#25DAYSCHALLENGE – JAK ZOSTAŁAM WEGETARIANKĄ?

Na wstępnie muszę wspomnieć, że przez całe życie byłam ogromnym mięsożercą. Uwielbiałam mięso w każdej postaci. Boczek, kurczaka, baraninę. Byłam z tych, którzy uważają, że bez mięsa, to nie obiad. Śniadanie to kanapka z szynką. Pizza tylko z salami. Przekąski zazwyczaj mięsne. Wyobraźcie sobie zatem moje poświęcenie, kiedy pewnego dnia postanowiłam przez 25 dni nie jeść mięsa. Dzisiaj mija rok.


Co z tym mięsem?

Wyzwania #25dayschallenge to mój projekt, który rozpoczęłam w 2018 roku. Głównym jego założeniem jest odmawianie sobie przyjemności, do których przyzwyczaiłam swój organizm, ale też podejmowanie wyzwań, które są dla mnie bardzo trudne. Po co? Żeby pokonywać siebie. Aby być gotowym na trudne warunki. Chciałam udowodnić sobie, że silną wolę można ćwiczyć. Udowodnione jest bowiem naukowo, że wystarczy 21 dni, aby wprowadzić do swojego życia nowy nawyk. Moje założenia zaskoczyły mnie samą, ale były też niezwykle motywujące i pozwoliły mi nauczyć się nowych rzeczy o sobie.

W marcu ubiegłego roku moim celem było właśnie niejedzenie mięsa. Wyzwanie trudne, bo od dziecka zostałam do mięsa przyzwyczajona. Ciężko zrezygnować z czegoś, co dostarczane było do organizmu ponad 20 lat. Zaskakujące jest, że szybko zorientowałam się, że jedzenie mięsa jest nałogiem, który porównać mogę bez wyrzutów sumienia z hazardem, alkoholem i paleniem papierosów. Pierwsze dni przebiegały bezboleśnie, po tygodniu jednak organizm tak domagał się mięsa, że zaczęło mi się ono śnić. To zabawne, ale dokładnie tak było. Czułam się zdenerwowana i zła, że nie mogę swobodnie korzystać z wyuczonych nawyków.


Co z tym zdrowiem?

Z pomocą przyszedł film “What the health?” dostępny na netflixie. Dziwnym trafem wyskoczył mi jako proponowany film dokumentalny. Przeczytałam opis, ale nie zrobił on na mnie dużego znaczenia, oglądałam już filmy o podobnej tematyce, gdzie twórcy przekonują, że nie powinno się jeść mięsa z pobudek etycznych i zdrowotnych. Jednak nacisnęłam play.

Film jest bardzo mocny, ale też mocno amerykański. Na początku miałam mieszane uczucia. Reżyser w sposób bardzo kontrowersyjny próbuje przekonać, że wszystkie produkty pochodzenia zwierzęcego są złem wcielonym. Przedstawia bohaterów, którzy stracili zdrowie przez spożywanie mięsa i niejako je odzyskali, mięsa nie jedząc. Moim zdaniem problem jest bardziej złożony, ale to, czego nie można odmówić twórcom to, że film daje do myślenia. Każdy myślący człowieka bowiem zatrzyma się i zastanowi, a jeśli dodatkowo po obejrzeniu realizacji zacznie sprawdzać etykiety na produktach, które kupuje, to według mnie ogromny sukces. W filmie dużo jest o krzywdzeniu i stresowaniu zwierząt, o nawozach chemicznych i wstrzykiwanych antybiotykach, o biznesie zarówno spożywczym, jak i farmaceutycznym. I, mimo że w USA normy dostarczanych zwierzętom antybiotyków, hormonów i innych „wspomagaczy” są dużo wyższe niż w Europie, to nie zmienia faktu, że ciężko dyskutować z badaniami. W filmie jest jednak jedna rzecz, która szczególnie zapadła mi w pamięci. To słowa farmera, który wypowiada się na temat korporacji, które świadomie zatruwają ludzi. Mężczyzna mówi: „Jeśli nasze czyny krzywdzą ludzi, to źle czynimy”. I nie sposób się z tym nie zgodzić. Opinie na temat filmu są podzielone, jedni uważają, że to bzdury wyssane z palca, inni, że prawda poparta realnymi badaniami. Ja jednak nie chcę krzywdzić ani zwierząt, ani wspomagać tych, którzy krzywdzą ludzi. Zbyt mocno kocham i jednych, i drugich.

Po obejrzeniu filmu zaczęłam szukać informacji w Internecie. Wszystko, co po kolei znajdywałam, było jeszcze bardziej przerażające. Wywiady, badania, artykuły i obrazy zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie, że tego dnia, po niespełna dwóch tygodniach niejedzenia mięsa podjęłam decyzje, że już nigdy nie wezmę go do ust.

Mija rok, więc mogę podzielić się swoim stanem zdrowia. Czuje się rewelacyjnie, nie pamiętam, żebym czuła się lepiej, jeśli chodzi o niespodzianki żołądkowe. Nie boli mnie brzuch, nie czuje się wzdęta, nie mam zgagi. Mam wrażenie, że czuje się lekka i zdrowa. Ale to, co zyskałam przede wszystkim, to poczucie małej zmiany wobec świata. Jestem dumna i wdzięczna, że nie wspieram przemysłu, który krzywdzi.


Hej, dużo czasu zajęła mi praca nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie to uzasadnienie, że moja praca ma jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.


 

Follow:
Udostępnij:

Komentarzy: 2

  1. Blazus
    6 kwietnia 2019 / 09:52

    Zwierzeta fostaja antybiotyki ale zobacz tez co dostaja rosliny – modyfikuja, leja pestycydami, tez moze szkodzic. Potem sie moczy w rostworach… .. marzy mi sie wlasny “pegieer” w ktorym uprawialbym wszystko sam z rodzina. Gdzies na zapupiu Polski 🙂
    Brawa za wytrwalosc i determinacje!

    • Katarzyna Stefańska
      Autor
      16 maja 2019 / 16:08

      Dziękuje! Będziesz miał swój własny “pegieer” wierzę w to!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *