Katarzyna Stefańska

Posts by this author:

Przywiązanie

Przywiązujemy się naturalnie do ludzi, rzeczy czy miejsc. Kiedy jeden raz poczujemy się dobrze i doświadczymy, że możemy być w pełni sobą, wariujemy, tracąc rozsądek i myśląc, że to coś jest dane nam na zawsze. Chcemy wierzyć, że światem nie rządzi przypadek, że wszystko jest po coś, że skoro jakaś wyższa siła stawia na naszej drodze coś wspaniałego, to przecież nie po to, żeby dać lekcje, ale po to, abyśmy wznosili się wyżej. Nasza pełna wiara to moment, kiedy tracimy czujność. Wszystkie zasady, na które pracowaliśmy, stają się kruche jak szkło. A kiedy ono w jednej chwili upada, jesteśmy zaskoczeni, że byliśmy w stanie popełnić błąd, w momencie, kiedy dbaliśmy o tą cholerną szklankę latami. Nasza zdolność do tracenia zmysłów jest wprost proporcjonalna do tego, jak bardzo zaczyna nam zależeć. I nie ma znaczenia czy to dwa tygodnie, dwa lata czy połowa życia. Czujemy, że stąpamy po twardym gruncie, zapominając, że przyjdzie nam zapłacić za bezmyślne zaangażowanie. Przywiązanie to kruche uczucie, które trzyma nas w garści tak długo, jak długo jesteśmy zależni od kogoś. Poznajemy osobę i wiemy, że dawno nikt nie dał nam tego, czego nie szukaliśmy, ale kiedy to się pojawia, zachowujemy się tak nierozsądnie, jakbyśmy czekali na to całe życie. Dokonujemy wyborów i dajemy się ponieść, bo będąc dorosłym, przecież tak trudno znaleźć kogoś, kto myśli o życiu tak jak my. Dlatego nie pamiętamy już, że świat to szkoła, w której codziennie uczymy się czegoś nowego, i każdego dnia jesteśmy poddawani niezapowiedzianym kartkówkom, której mają zadecydować jak dużo jeszcze, musimy się nauczyć. Przywiązanie, dając chwilowe poczucie szczęścia, sprawia, że zapominamy jeszcze o tym, że pewność i stabilizacja nie istnieją.

W teorii jesteśmy mistrzami świata. Zawsze wiemy lepiej. Potrafimy postawić się na miejscu każdego, podejmując lepsze decyzje. Ale kiedy przychodzi zmierzyć się z codziennością, życie weryfikuje naszą zarozumiałość i bezczelność, dając pstryczek w nos, mówiąc: „I co? Taka byłaś pewna? To patrz”. Najbardziej boimy się, że rozczarujemy innych, a prawda jest taka, że boli najbardziej, kiedy rozczarowujemy samych siebie. Byłoby łatwiej cofnąć czas i nie przywiązywać się w ogóle. To zaoszczędziłoby nam bólu i milczenia. Tylko że takie podejście to tchórzostwo. To strach przed życiem, to obawa o to, że mamy możliwość poznać wszystkie jego smaki, nawet te gorzkie i kwaśne. Nie popełnia błędów, tylko ten, kto nic nie robi, a moim zdaniem jeszcze ten, któremu wszystko jedno i nic nie czuje. Ale z dwojga złego wolę stracić podejmując próbę, niż pozostać obojętną, nie czując nic. Bo jeśli nie doświadczasz, nie działasz, nawet wystawiając się na porażkę, nie posuwasz się do przodu, nie uczysz się i nie istniejesz.

Follow:

7 myśli, które nas trują

Często skupiamy się na swoich słabych stronach i nieprzyjemnych emocjach, takich jak lęk czy poczucie winy. Nie doceniamy tych mocnych stron, nie dostrzegamy przyjemnych stanów. Jesteśmy mistrzami w krzywdzeniu samych siebie. Umiemy robić to bezbłędnie. Potrafimy być dla siebie największymi krytykami. Nikt inny nie ma na tyle tupetu i bezczelności, aby stojąc przed lustrem powiedzieć sobie: „jestem beznadziejny, brzydki, nikt mnie nie lubi i nic w życiu nie osiągnąłem”. A to ma tak mocne działanie, jak najgorszy narkotyk. Trucizna krążąca we krwi. Paskudne prowadzące do chorób myśli, bo to one są odpowiedzialne za działanie największego i najdoskonalszego narządu, jaki posiadamy – mózgu. Nasz organizm jest najdoskonalszym stworzonym komputerem, potrafi sam się uzdrawiać, przeciwdziałać zagrożeniem, na które go narażamy i walczyć z trucizną, którą go karmimy. Do czasu. Dlatego poznajcie 7 myśli, które nas trują, aby już nigdy nie narażać swojego organizmu na niebezpieczeństwo.


1. MYŚLENIE CZARNO-BIAŁE

Albo jestem super, albo do niczego. Obecny brak sukcesu oznacza całkowitą porażkę. Nie ma dla mnie nic, poza tak lub nie.

Życie jest pełne szarości. Właściwie nic nie jest białe albo czarne. Sukces zawsze opatrzony jest wysiłkiem i potężną ilością błędów. Porażka to tylko przystanek, z którego powinniśmy czerpać, bo czasami, kiedy się przewrócimy, warto sobie poleżeć i odpocząć. Naładować baterię. Rozejrzeć się dookoła. Wszyscy jesteśmy super, nie znam ludzi do niczego.


2. WYGÓROWANE STANDARDY

Muszę być doskonały, zawsze należy być pierwszym, nie wolno popełniać błędów.

Dobrze mieć ambicje, bo ona sprawia, że mierzymy wysoko i przekraczamy własne granice, ale powiem Wam coś w tajemnicy — nigdy nie byłam doskonała. Zawsze bardzo chciałam, ale albo nie było czasu, albo był ktoś lepszy, albo nic nie szło tak, jak sobie zaplanowałam. W szkole byłam dziewczyną, która raczej miała trójki. W konkursach recytatorskich zajmowałam trzecie miejsce. A w aktorskiej dowiedziałam się, że nie mam szans na scenę, bo moje oczy cały czas się śmieją. Pieprzyć doskonałość! Zrobione, oddane, zrealizowane, zaliczone, zamknięte jest lepsze niż doskonałe, bo to się wydarzyło i ty to osiągnąłeś.


3. GENERALIZOWANIE

Nigdy nic mi się nie udaje, zawsze się mylę, nikt mnie nie lubi.

A my przecież doszliśmy, gdzie jesteśmy i osiągnęliśmy, to co mogliśmy i poradziliśmy sobie ze wszystkimi napotkanymi problemami, więc jakie mamy prawo twierdzić, że NIGDY. I kto dał nam przyzwolenie, aby wobec siebie używać słowa ZAWSZE. Oraz przypomnijmy sobie wszystkich spotkanych na swojej drodze ludzi i z ręką na sercu zastanówmy się, czy możemy powiedzieć NIKT. Będą momenty bolesne i te najszczęśliwsze w życiu, i ani nigdy, ani zawsze nie ma recepty jak się w trakcie nich zachować, ale kiedy one się pojawiają, jest blisko ktoś, kto nie chciałby dowiedzieć się, że ktoś myśli o nim nikt.


4. PORÓWNYWANIE SIĘ Z INNYMI


Ona jest ładniejsza, on jest mądrzejszy, oni są wysportowani, ona więcej zarabia, on ma rodzinę, oni zwiedzają świat, ona umie kilka języków.

To moja ulubiona trująca myśl. Głównie dlatego, że walczę z nią od zawsze. Porównywanie się z innymi to najprostszy sposób, żeby dostrzec własne słabości, przecież pośród milionów ludzi zawsze znajdzie się ktoś mądrzejszy, piękniejszy, mający więcej szczęścia. Moje życie jednak zawsze w takich chwilach dosadnie mnie doświadcza. Kiedy narzekam na swoje włosy, chciałabym mieć gęste, grube i długie, to spotykam kogoś, kto nie ma ich w ogóle. Jak denerwuje się, że moje nogi są grube i mają cellulit, to napotykam człowieka bez nóg. W momencie, gdy myślę o tym, że nie jestem hollywoodzką pięknością, życie stawia przede mną ścianę, karząc mi docenić niesamowite zdrowie. Zawsze wtedy spoglądam w niebo i mówię: OK! Już nigdy nie będę! Jeśli tobie życie nie daje znaków, to zamień każde „on jest” na „ale ja”.


5. KATASTROFIZOWANIE

To się nie da, nie ma szans, na pewno będzie źle.

Tutaj też byłabym hipokrytką, nie przyznając się, że poza byciem niepoprawną optymistką, zdarzało mi się mówienie, że coś może się nie udać. Ale dobra wiadomość jest taka, że można się nauczyć myśleć na odwrót. Dzieje się tak, wtedy, kiedy rozłożymy problem na czynniki pierwsze i uświadomimy sobie, że snucie pesymistycznych scenariuszy, oczekiwanie potknięć i porażek działa jak samospełniająca się przepowiednia. Bo jeśli ma się nie udać, to myślenie o tym, że się nie uda, dodaje siły i utwierdza negatywny skutek. Jednak jeżeli ma się nie udać, a my myślimy, że się uda, to dodajemy energii pozytywnemu rezultatowi i wtedy, nawet jeśli się nie uda, zyskujemy pozytywne wibracje, które sprawiają, że porażka nie wypełnia w pełni naszego mózgu, tylko rozkłada się równomiernie.


6. ZGADYWANIE, CO MYŚLĄ O MNIE INNI

Ona na pewno myśli, że jestem głupia. Patrzy na mnie, jakbym coś jej zrobiła. On obgaduje mnie z kolegami, myśli, że jestem dziwna.

To moja ulubiona trucizna, bo dawno nie wiem, jak smakuje. Nie mam pojęcia, co myślą o mnie inni. Nie dbam o to. Nie wiem, jakie mają wobec mnie zamiary. Cieszę się i rosną, kiedy kibicujesz mi, dobrze mi życzysz, jesteś blisko, doceniasz i darzysz pozytywnymi emocjami. Bardzo mi to dodaje sił. Ale jeśli źle mi życzysz, nie interesuje cię, co robię, brzydko o mnie mówisz, to nie zabierasz mi sił, mało tego karmisz złymi emocjami siebie i sam siebie trujesz. Proszę, nie myślcie o tym, co myślą o was inni, bo jeśli przy kimś nie czujecie się dobrze, to nie przebywajcie blisko, nie zastanawiajcie się dlaczego, nie traćcie czasu i energii. W zamian otaczajcie się i dbajcie o relacje z tymi, przy których rośniecie, dzięki którym chcecie więcej, którzy dodają sił.


7. OBARCZANIE SIĘ ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ

Jeśli się potknąłem to dowód na to, że niezdara ze mnie i fajtłapa, a nie że chodnik akurat był oblodzony.

Ostatnio na zdjęciach wywinęłam takiego orła, że siniaki na tyłku schodzą do dziś. Co ciekawe, wysiadłam z samochodu i od zamknięcia drzwi powtarzałam sobie w głowie: „obym się nie wywróciła, obym się nie wywróciła”. Było bardzo ślisko, temperatura minus. Kiedy pokonałam 100 metrów trasy, na końcu przy samych drzwiach się wywaliłam. I pierwsze, o czym pomyślałam to: „Bogu dzięki, że mam plecak, który zamortyzował głowę” i „ty idiotko, to ty nie wiesz, że zawsze przyciągasz, to co chcesz”. Ale w życiu nie przyszłoby mi do głowy pomyśleć, że jestem niezdara. Kiedy coś wam nie wychodzi, zawsze mówcie sobie: „Tak miało być!” to najbardziej zajebiste zdanie na wszystkie niepowodzenia. Jeśli się spóźniacie, mówcie „Tak miało być!” inaczej potrąciłby mnie samochód. Kiedy coś Was ominie, mówcie „Tak miało być” w innym wypadku zdarzyłoby się coś niekorzystnego dla mnie. Tak miało być — to recepta na wszystko, co nie idzie po naszej myśli.


Joanna Kulmowa to jedna z moich ulubionych poetek. Myślę, że w jej wierszach jest magia tłumacząca realny świat. W 1967 r. napisała wiersz, który idealnie podsumowuje dzisiejszy wpis. Pamiętaj, że jesteś i aniołem, i geniuszem — nie pozwól myśleć o sobie inaczej.
Samokrytyka

Pomiędzy jednym a drugim

wybitnym moim bykiem

składam sobie niedługą

twórczą samokrytykę.

Własne upadki i wzloty

stawiam swej jaźni za przykład.

Podziwiam me rzadkie cnoty

i grzech w którym bywam niezwykła.

Porządek robię niemały

ścierając starannie pyłek

z rejestru mych potknięć wspaniałych

i oryginalnych pomyłek.

Jakiej to gafy nie zrobię

jakiego głupstwa nie palnę

to indywidualnie

wzbogacam się ucząc na sobie.

Aż w końcu przyznać muszę

chyląc przed sobą czoła

że w cnotach mam coś z anioła

zaś w błędach nic poza geniuszem.


Cześć, długo pracowałam nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to tylko moment, a dla mnie to dowód, że moja praca ma jeszcze jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.

Follow:

JAPONIA – KRAJ, W KTÓRYM MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ.

Życie czasami pisze scenariusze, których nigdy byśmy się nie spodziewali. Wysyła nas w miejsca, o których nie marzyliśmy. Stawia przed nami wyzwania, którym wydaje nam się, że nie podołamy. Dostarcza emocji, na które nie jesteśmy gotowi. Podpowiada rozwiązania, na które byśmy nie wpadli. Wystarczy tylko dać się prowadzić intuicji i być otwartym na wszystko, co pojawia się na naszej drodze. Najtrudniejsze i najbardziej wymagające sytuacje mogą wtedy otworzyć oczy i poprowadzić nas dużo dalej niż granice naszych możliwości. Bo dopiero, wtedy możemy przekraczać siebie i dokonywać tego, co niemożliwe. To egzamin, który wielu ludzi oblewa, bo ściąga odpowiedzi od ludzi wokół, nie sprawdzając, czy mają taką samą grupę pytań. Życie jednak to test, w którym każdy z nas ma inny zestaw i nie zawsze są to pytania, w których wystarczy zaznaczyć a, b lub c. Nie ma klucza, w który musisz się wpisywać, a im bardziej jesteś kreatywny, tym życie staje się bardziej otwarte.


Japonia to kraj, który nie był dla mnie nigdy celem. Nie marzyłam o poznaniu jego specyficznej kultury, a jedyna wiedza, jaką miałam, ograniczała się do lekcji geografii, sporadycznym jedzeniu sushi i książek poświęconym długowieczności. Wyprawa do Japonii odłożona była na półkę „może kiedyś, raczej nigdy”. Tym bardziej wyobraźcie sobie moje zdziwienie i strach, kiedy dowiedziałam się, że właśnie tam mam wyprodukować program telewizyjny. „Nie dam rady”, „Nie znam języka”, „To będzie porażka” to tylko kilka ze zdań, które krążyły po mojej głowie. Później pojawiły się nieśmiałe „Nie wiem jak”, „To będzie katastrofa” i „Umrę w podróży”. Żeby na końcu powiedzieć „A, co mi tam”, „Nie mam nic do stracenia” i „Nadal cholernie się boje”. Miałam dwa miesiące na przygotowanie programu, który amerykanie produkowali rok. Miałam budżet na sześć odcinków, taki jak amerykanie na jeden odcinek. Miałam zerowe doświadczenie w produkcji czegokolwiek za granicą pięknej Polski. I miałam wreszcie dużo nadziei i energii, żeby zrobić to najlepiej, jak potrafię. Pamiętam jak na egzaminie do Łódzkiej Filmówki, nie odpowiedziałam dobrze na żadne pytanie, ale powiedziałam, że jestem mistrzem wykorzystywania szans i mam dużo uroku osobistego, który jest niezwykle potrzebny w pracy kierownika produkcji. Tak jak dostałam się Szkoły Filmowej, tak znalazłam się w Japonii. Kraju, który sprawił, że po powrocie wszystko się zmieniło.


Nanakorobi yaoki

Jeśli upadniesz siedem razy, wstań osiem. 

Japonia nauczyła mnie przede wszystkim podnosić się po każdej porażce i pokazała, że dam sobie radę w każdych okolicznościach. Pokazała, że na świecie nie ma żadnych barier, ani językowych, ani religijnych, ani ludzkich. Udowodniła, że kiedy jesteś dobry dla ludzi, ludzie są dobrzy dla Ciebie. I kiedy potrzebujesz pomocy, dostaniesz pomoc. Kiedy wylądowałam w Tokio, spodziewałam się głośnego, nowoczesnego miasta nie do zniesienia dla europejki. Okazało się jednak, że Tokio to cisza i spokój. Tokio to bezpieczeństwo i samotność. Tokio to autonomia. Najgłośniejsze na ulicach są samochody i turyści. Ale Tokio to też miejsce, w którym okazało się, że mimo licznej ekipy zdjęciowej z Polski, jestem zdana tylko na siebie. To, co wydawało się, że mnie złamie, dało mi siłę. Pamiętam taką sytuację, kiedy w nocy po zdjęciach sama pojechałam metrem do centrum na Shibuya Station. To był taki piękny moment, kiedy mogłam pobyć sama i miałam szansę poznać miasto. Chodziłam między wąskimi uliczkami, obserwując tłumy przechadzających się ludzi. Jedni wracali z pracy, inni wychodzili na imprezę, samotni lub w grupach, zdobywcy świata, mieszkający w stolicy najbardziej rozwiniętego technologicznie kraju na świecie. Byłam małą dziewczynką, z wielkimi worami pod oczami, po kilku dniach zdjęciowych trwających po kilkanaście godzin. Cieszyłam się każdym światełkiem, sklepem i napotkanym wzrokiem drugiego człowieka. Aż wreszcie się zgubiłam. Zgubiłam się na końcu świata, tak naprawdę, że nie wiedziałam, gdzie jestem. Wpadłam w panikę i wtedy spotkałam parę młodych Japończyków, których zapytałam o drogę do hotelu. I wiecie co? Odprowadzili mnie niemalże do pokoju, trwało to prawie pół godziny. Zostawili wszystko, co mieli zaplanowane na ten wieczór, aby pomóc obcej dziewczynie, która pochodzi z miejsca, które niewidoczne jest na ich mapie. To był naprawdę mały gest, ale na tyle duży, że nigdy go nie zapomnę.


Powiedzenie Japońskie

Jedno dobre słowo może ogrzać trzy zimowe miesiące.

Tokio było duże, nowoczesne i absurdalnie pełne ludzi, a jednak wciąż przepełnione samotnością. Mimo to czułam się tam dobrze i bezpiecznie. Następnym przystankiem w produkcji programu telewizyjnego było Kioto. Tradycyjne, bajkowe i piękne. Drapacze chmur zamienione na wiekowe zakorzenione w tradycji niskie budynki ze specyficznymi dla Japonii dachami. Nowoczesne garnitury zostały zastąpione przez klasyczne kolorowe kimona. I ludzie jakby bardziej uśmiechnięci i spoglądający w górę, w przeciwieństwie do stolicy, w której większość wzrok wlepiony miała w ziemię. Pewnego dnia, kiedy odwiedzaliśmy jedną z najstarszych świątyń buddyjskich, położonych na wzgórzu odmienił się mój świat. Suchy las, wysoka temperatura i niewielka skromna świątynia, w której stacjonowało kilka osób. W scenariuszu zaplanowane było “oczyszczenie” głównych bohaterów, ja jednak dostałam tam więcej, niż mogłam się spodziewać. Kręciliśmy tam zdjęcia prawie cały dzień, kiedy nadeszła pora obiadu okazało się, że ja nie istnieje. Wszyscy byli ważni, ale nikt absolutnie nie przejmował się mną. To takie nowe uczucie. Chciałam zadzwonić do mamy i powiedzieć jej, że jest mi źle, nic dzisiaj nie jadłam, wszyscy wymagają ode mnie, ale nikt nie zapyta się, czy piłam łyk wody. Ale nie miałam zasięgu, może to i dobrze, bo wtedy właśnie miałam szansę przemyśleć, na czym polega mój zawód i mogłam pełnoprawnie rozpłakać się mówiąc sobie „nigdy więcej”. Nigdy więcej nie chcę pracować na tym stanowisku, nie chcę być odpowiedzialna za wszystkich, nie chcę, aby ode mnie wymagano, aby traktowano mnie źle za cenę, która jest niewarta. Płakałam jak bóbr, kiedy trzydzieści osób jadło obiad. Siedziałam na schodach zwinięta w małą kulkę i wtedy właśnie podszedł do mnie stary Japończyk ze świątyni i mnie przytulił. Nic nie mówiąc, a raczej mówiąc coś w swoim języku, którego, mimo że nie rozumiałam, to wiem, że chciał powiedzieć „jesteś silna, będzie dobrze, dasz radę, teraz jesteś mądrzejsza o to doświadczenie”. To była scena filmowa, ja płakałam, mówiąc po polsku, a on pocieszał mnie, mówiąc po japońsku i obydwoje – wiedzieliśmy. Tak mało mi wtedy dał, a tak bardzo mi wtedy pomógł.


Powiedzenie Japońskie

Słońce nie rozróżnia między dobrymi ani złymi. Słońce ogrzewa wszystkich po równo. Kto znajduje siebie samego jest jak słońce.

Nie wiem, jaka jest Japonia, ale wiem, jakich spotkałam tam ludzi. Wewnętrznie wolnych, żyjący tu i teraz oraz bardzo troszczących się o innych. Na pierwszy rzut oka zamkniętych w sobie, a jednak otwartych na innych. Pełnych pokory i wdzięczności. Gotowych do nauki. Potężnie pokornych i doceniających życie.

Wszystko, co jest nie do zabrania z Japonii, to jej ulotność, tajemniczość, umiejętność życia z wdzięcznością i całkowita obecność w nurcie przemijania. Coś, czego my, Europejczycy, uczymy się latami, czasami nigdy nie rozumiejąc. Czego nie dostrzegamy, bo jesteśmy tak zajęci sobą, że nie sposób tego zauważyć. W Japonii zobaczyłam uosobienie krótkości życia, docenianie tego momentu, którym życie jest.

Zapraszam do obejrzenia mojego krótkiego filmu opowiadającego o Japonii. Kolejny wpis już niebawem o Korei Południowej. 


Cześć, długo pracowałam nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to tylko moment, a dla mnie to dowód, że moja praca ma jeszcze jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.


 

Follow:

12 lekcji, których nauczyłam się w 2018

Każdy rok jest dla mnie wspaniały. Żyje, jestem zdrowa, tak samo moja rodzina i przyjaciele. Uważam, że to największy sukces. Nie ma nic ważniejszego. Warto jednak korzystać z tego zdrowia i przekraczać własne granice, ucząc się, bawiąc, poznając nowe rzeczy i ludzi.

1. Odwagę trzeba ćwiczyć.

Wyjazd do Japonii, Korei Południowej i Indonezji, aby zrealizować program telewizyjny, był nie lada wyzwaniem. Chyba nigdy tak bardzo się nie bałam. Choć wydawało mi się, że nic nie jest w stanie mnie złamać, to tak duże przedsięwzięcie na drugim końcu świata, które muszę zorganizować, za które będę odpowiedzialna i z którego zostanę rozliczona, wydawało się górą nie do przeskoczenia. To nieprawda. Teraz wiem, że nie ma takie góry, która może mnie zawodowo pokonać. Mam wrażenie, że im częściej wystawiamy się na próby, tym bardziej stajemy się odważni i odporni na nowe.

(O tym wyjeździe będzie jeszcze więcej w oddzielnych wpisach niebawem).


2. Zmiany – to najciekawsza strona życia. 

Fajnie jest się przywiązywać do ludzi i miejsc. Dobrze wiedzieć czego się można spodziewać. Miło jest odpuścić wiedząc na ile można sobie pozwolić. Wszystko to bardzo przyjemne, ale ciekawe, że za rogiem czeka lepsze. Kiedy postanowiłam odejść z pracy, była to bardzo trudna decyzja. Znam to miejsce, lubię je, wiem, czego się mogę spodziewać, wiem, ile zarabiam, znam ludzi — jest mi dobrze i bezpiecznie. Ale, kto wie, czy gdzieś nie czeka na mnie lepsze… ktoś może nie wie, ale ja wiedziałam i tak się stało. Zawsze spodziewaj się najlepszego, a tak będzie.


3. Zawsze ktoś ma gorzej niż ja.

To żadne pocieszenie, raczej jedna z lekcji wdzięczności. Kiedy tylko na moment traciłam nadzieje i miałam dość, świat dawał mi znaki, abym doceniła to, co mam, bo mam naprawdę wiele. Moje ulubione zdanie, które powtarzałam w 2018 roku to: “Martwiłam się bardzo, że nie mam ładnych butów. Dopóki nie spotkałam człowieka bez nóg.”


4. Ratując jedno życie, ratujesz wszechświat. 

Czasami ratujemy innym życie, w ogóle o tym nie wiedząc. Niechcący, przypadkiem podnosimy z ziemi kogoś, kto przestał wierzyć, że cokolwiek ma sens. Często, tak mało wystarczy, aby dać tak dużo. Krótka rozmowa, olbrzymie nakłady empatii i umiejętność słuchania sprawia, że drugi człowiek czuje się potrzebny i rozumiany. A to z kolei sprawia, że ma siłę iść dalej i nauczył się właśnie od Ciebie, że tak trzeba i następnym razem to on uratuje kolejne życie.


5. Możesz przeżyć remont, kradzież i robaki – a wtedy nic cię nie pokona. 

To ciekawe, ale to też dowód na to, że moja rodzina jest ze stali. Wspólnie jesteśmy silni i nie do pokonania. Najpierw nie wiadomo skąd w naszym mieszkaniu znalazły się pluskwy, z którymi walczyliśmy dwa miesiące. Walka była zatarta, trudna, bolesna i wygrana dla nas. Następnie postanowiliśmy zrobić generalny remont, wiecie gładzie ściany, drzwi, podłogi, moja niezastąpiona Ada pięknie wszystko zaprojektowała. Remont robił mój kolega, z którym niegdyś siedzieliśmy na jednej ławce, niestety był bardzo niesłowny, straciliśmy dużo czasu, nerwów, a moi rodzice również zostali okradzeni przez jednego z robotników. Kradzież małej szkodliwości — pierścionek zaręczynowy mojej mamy. Przepiękny wyraz miłości taty. Ale czy to ma znaczenie? W ogóle. Bo miłość moich rodziców nie ma ceny.


6. Wszystko wraca.

To już wiedziałam, ale zdałam sobie sprawę jak bardzo. Jak byłam nastolatką, to nie lubiłam WF-u. Lubiłam tańczyć, chodzić po polu (Kraków), jednak samych ćwiczeń nie znosiłam. Wydawało mi się, że zawsze będę chuda i nigdy nie będę potrzebować durnych skłonów, podskoków czy pajacyków. Wykłócałam się z nauczycielami, że nie potrzebne mi to do niczego. Mamy koniec roku 2018, a ja mam brzuszek, którego nigdy nie miałam, a w związku z tym chodzę regularnie na siłownie, robiąc skłony, podskoki i pajacyki.


7. Przyjaźń damsko-męska istnieje. 

Nigdy, przez całe moje życie nie wierzyłam w takie zjawisko, ale ten rok pokazał mi, jak bardzo się myliłam. Bez Damiana moje życie byłoby niepełne. To ktoś, kto tak dokładnie i dobrze mnie rozumie, przy kim mogę być na milion procent sobą. Kto bezinteresownie pomógł mi i wiele razy ratował moje życie. To wspaniałe mieć kogoś takiego, do kogo można się zwrócić i jak wali się świat, i jak jest naprawdę dobrze. To mężczyzna, który podobnie jak mój tata nigdy mnie nie zawiódł i z nim moje życie jest lepsze.


8. Zmianę świata zacznij od znalezienia dobrych ludzi. 

Łatwo mówić, że zmiany zaczynają się w nas samych, jak nie mamy wokół siebie ludzi, którzy w nas wierzą. To właśnie dzięki tym dobrym ludziom zmienia się świat wokół nas i nasz świat się zmienia. W tym roku utwierdziłam się w przekonaniu, że mam przy sobie najlepszych ludzi, dzięki którym ja chcę być lepsza, a jednocześnie mogę być w pełni sobą.


9. Nie czekaj, aby się z kimś pogodzić. 

W tym roku minęły dokładnie trzy lata, odkąd przestałyśmy się odzywać z Kasią. Kasia była moją pierwszą poznaną w Warszawie przyjaciółką, byłyśmy zupełnie różne, ale całkowicie sobie oddane. Zawsze nawzajem mogłyśmy na siebie liczyć, aż do momentu, kiedy ja miałam przełomowy moment w życiu, a ona miała dość tego, że zawsze odzywa się pierwsza. Nieporozumienie, które czas wyolbrzymił na tyle, że, mimo że obie chciałyśmy odpuścić, żadna z nas nie podjęła próby. I w tym roku stało się. Nasze pierwsze spotkanie było, jakby nigdy nie minął ten czas, szybko wróciłyśmy do relacji sprzed lat, żałując tylko, że musiały minąć te lata.


10. #25dayschallenge – da się żyć.

To moje wyzwanie w 2018 roku, które dotrwało mniej więcej do połowy roku, pewnie ze względu na ten duży zawodowy projekt ciężko mi było kontynuować. Jednak nie jest powiedziane, że nie powróci w 2019. Nie piłam kawy, nie jadłam cukru i mięsa, nie kupowałam ubrań, nie oglądałam telewizji, nie przeklinałam i nie narzekałam, dodatkowo dałam sobie wyzwanie zdobyć 1000 fanów na TikToku. I wszystko zrobiłam, bo bez wszystkiego da się żyć, kwestia naszego przyzwyczajenia, podejścia, konsekwencji i nastawienia.


11. USA – mam wizę, ale muszę mieć cierpliwość. 

W 2018 miałam być w Stanach Zjednoczonych, w zamian za to byłam w Japonii. Dlatego plan USA przełożony na obecny 2019 rok. Staranie się o wizę dla mnie, małego człowieka z Krakowa było dużym przeżyciem. Marzyłam o niej i mam ją, teraz tylko kupić bilet i nauczyć się tego, co jest moim jedynym ograniczeniem.


12. Take and be stało się rzeczywistością, dla której warto nauczyć się marzyć. 

Od roku, w każdy czwartek, pięć osób pracuje nad tym, abyś ty uwierzył, że wszystko jest możliwe i abyś dostał wszystko, czego chcesz i na co zasługujesz. Kiedy zaczynaliśmy, wszyscy byliśmy niepewni, nie dało się tego dotknąć, nie umieliśmy tego nazwać, nie wiedzieliśmy, czym to jest, aż nie poznaliśmy ludzi, którzy tak samo, jak my mają wszystko, czego pragną. W listopadzie 2019 roku pokażemy ci jak.

(więcej o takeandbe pojawi się na blogu wkrótce).


Tak bardzo dziękuje za ten rok i proszę, aby 2019 był tak samo dobry.

Follow:

Kup mieszkanie, wyjdź za mąż i przed trzydziestką miej pierwsze dziecko.

To paskudne uczucie być wykluczonym z tłumu. Nie wpisywać się ramy. Być odludkiem, którego ciężko zrozumieć. Odstawać od normy, nie pasować do reszty, nie działać zgodnie ze schematem.

Boli zarówno w szkole, jak i w pracy, wśród znajomych, rodziny i jak gasną światła, kiedy zostajesz sam ze swoimi myślami.

Tak bardzo, za wszelką cenę chcemy być potrzebni, bo to sprawia, że życie ma sens. Choć wszyscy chcemy być oryginalni i niepowtarzalni, to tak naprawdę jesteśmy tacy sami. Bo w szkole nigdy nie mówiono, żeby być szczęśliwym, musisz to szczęście znaleźć w sobie. Nikt nie wspominał, że dobrze zatrzymać się i zastanowić czego naprawdę chcemy. Aby czuć się dowartościowanym, musieliśmy zasłużyć dobrą oceną, byciem lubianym w grupie, lepszymi rzeczami lub drugą osobą, która jest w nas wpatrzona jak w obrazek.


Miałam fajne dzieciństwo, bo tak mało było mi do szczęścia potrzebne, że nic mi w życiu nie brakowało. Zawsze byłam w centrum zainteresowania, lubiana w grupie, szybko w związku z chłopcem, który gdyby mógł, oddałby mi cały świat, nawet kiedy ten świat kończył się na pierogach z borówkami, które ukradkiem podkradał z domu, abym ja była szczęśliwa. Zawsze miałam blisko kogoś, kto stanął po mojej stronie, nieważne czy chodziło o wybór filmu w kinie, miasto, w którym zamieszkam czy racje, której nie miałam. To taki rodzaj uczucia, że dla świata możesz być nikim, ale dla tej jednej osoby jesteś najpiękniejszy, najmądrzejszy, najzabawniejszy — jesteś lepszy, niż w rzeczywistości, a wtedy chcesz jeszcze lepszym być.

Wszyscy byli zadowoleni i ja byłam w strefie stabilizacji, której wymagał ode mnie świat. 8 lat w związku, wspólne mieszkanie, pełna akceptacja mojej rodziny, planowany ślub na 15.08.2015. Praca na pełen etat (z pewną emeryturą w przyszłości), marzenie o dwójce dzieci, psie, zakupie domu i wakacjach w ciepłych krajach. W tym związku przeżyliśmy tyle dobrych i złych rzeczy, że wydawało się, że tak wygląda życie i już nic nie jest w stanie nas poróżnić.

I gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, to… nie wiem, gdzie bym teraz była, ale na pewno spełniłabym oczekiwania całego świata wobec siebie. Byłabym żoną, matką, w domu, który starałabym się wypełnić miłością.


Ale pewnego dnia przypomniałam sobie, że jak byłam mała, to chciałam być prezydentem. Zawsze chciałam więcej. Nigdy w domu nie miałam monotonii i przysięgałam, że nie będę jej mieć. Chciałam, żeby słuchały mnie tłumy, bo byłam na tyle bezczelna, żeby twierdzić, że jestem najlepsza i zawsze mam racje. Nie rozstawałam się ze sceną, bo ona dawała możliwość mówienia wieloma głosami. Miałam w sobie zawsze tak dużo empatii, na tyle, że czasami zastanawiałam się czy nie dostałam też porcji empatii mojego brata (co często jest ogromnym ciężarem). Marzyłam o tym, żeby zostawić coś po sobie światu, co sprawi, że zostawię go lepszym, niż teraz. Wybierałam zawsze jakieś kręte ścieżki, w których gubiłam się, traciłam czas, popełniałam nieodwracalne błędy i szłam pod wiatr. Nigdy nie chciałam być taka jak inni, dlatego, kiedy panowała moda na kolczyki w języku i pępku, ja obiecałam nigdy sobie ich nie zrobić, kiedy dziewczyny nosiły czarne bluzy, ja ubierałam różowy sztruksowy żakiet, jak moi rówieśnicy odrabiali lekcje, ja pisałam pamiętniki, a gdy wszyscy po liceum poszli na studia, ja wybrałam szkołę aktorską. Wreszcie, kiedy oni szukali pierwszej pracy, ja miałam już trzecią w innym mieście.


I cały plan jak domek z kart legł w gruzach. Zawiodłam wszystkie oczekiwania świata i innych ludzi, nawet mojej rodziny wobec mnie. Wybrałam niepewność, mieszkanie w kawalerce i umowę o dzieło. Byłam przekonana, że będzie banalnie prosto, bo takimi szalonymi chłopcami, podobnymi do mnie jest wypełniony cały świat. Więc szaleńczo się zakocham, objedziemy razem cały świat, tak aby niedługo naszym dzieciom pokazywać wszystko, co do zaoferowania ma świat.

I też nie wyszło. Tyle tylko, że świat krzyczy głośniej i zalewa mnie pytaniami: gdzie Twój mąż? Kiedy będziesz miała chłopaka? Co, nikt cię nie chce? Musi być z tobą coś nie tak, skoro nikogo nie masz? Oraz a kiedy ty dzieci chcesz mieć? Czy wiesz ile masz lat? Ja w twoim wieku miałam dwójkę? Najzdrowsze dzieci rodzi się przed trzydziestką… ale będziesz starą mamą… jak również od 10 lat wynajmujesz mieszkanie? Wiesz ile byś już miała spłaconego kredytu? Wynajmowanie się nie opłaca.. i też ty sobie składki na emeryturę odkładasz? Bo na starość, to nikt ci szklanki wody nie poda…


Ja pieprzę! Co ja mam odpowiadać? Tak. Bardzo chciałabym, aby ktoś mnie pokochał, chciałabym kogoś poznać, zakochać się, nie widzieć świata poza drugą osobą. Mieć kogo trzymać za rękę, z kim iść do kina, na kolacje i do łóżka. Bardzo chciałabym, aby moi rodzice byli dziadkami, chciałabym mieć trójkę wspaniałych zdrowych dzieci, być młodą mamą, która nigdy się nie starzeje i jest najfajniejszą mamą w przedszkolu. I naprawdę chciałabym mieć swój dom albo chociaż mieszkanie, móc pomalować ściany na kolor, o który marzę, wynająć moją przyjaciółkę Adę, aby zaprojektowała mi najpiękniejsze przestrzenie pod słońcem. Chciałabym mieć zmywarkę i dużą wannę, mozaikowe kafelki w kuchni i dużą biblioteczkę. I bardzo chciałabym mieć umowę o pracę, składki, urlop i możliwość zachorowania nie przychodząc do pracy. Premie, szczeble kariery, kartę multisportu i wolne weekendy.

Ale… nie mam. I nie mogę zadręczać się tym i nie możecie ode mnie oczekiwać, tego, co jest normą dla całego świata. To są akurat rzeczy, na które często nie mam wpływu, jak dzieci czy kochający facet. Choć jestem przekonana, że na pewno gdzieś jest ktoś, kto czeka na kogoś tak szalonego, jak ja (jeśli znacie kogoś takiego, to ja jestem chętna rzucić wszystko i iść na randkę). Świadomie jednak wybrałam pracę, w której może nie ma tych wszystkich korporacyjnych profitów, ale przychodzę do niej z pełną satysfakcją i przyjemnością. I jestem pewna, że ta praca właśnie da mi możliwość kupienia tego domu czy mieszkania, jak tylko będzie mnie na to stać. Bo nie stać mnie na spłatę kredytu bankowi w wysokości kilkuset tysięcy złotych. Stać mnie na to, aby wynajmować mieszkanie, ale nie stać mnie na ryzyko utraty zdrowia i stresu, bo brakuje mi jakiś nic nieznaczących papierków.


Więc jeśli nie masz mieszkania, męża i dziecka przed trzydziestką, to przybij piątkę i nie daj się zwariować, bo każdy ma swój własny czas. I zawsze jest odpowiedni czas na wszystko. I może, to jest czas, aby w sobie poszukać dziecka i nie brać wszystkiego, aż tak poważnie.

A tak w ogóle, to już tak do samej siebie, jeśli urodziłaś się, by być prezydentem, to czy widziałaś prezydenta użalającego się nad sobą, że jest sam, bez dzieci i mieszkania. Głupia TY!

Follow: