Katarzyna Stefańska

Posts by this author:

Zawsze TAK

Pamiętacie taką komedię z Jimem Carreyem pt. „Jestem na tak”? Prosta ckliwa historia opowiadająca o czterdziestoletnim mężczyźnie, który pracuje w banku, unika wyjść ze znajomymi i ogólnie w życiu jest zawsze na „nie” lub „nie wiem”. Kiedy pewnego dnia przypadkowo spotyka szalonego kumpla z dawnych lat, który opowiada mu o tym, jak to każdego dnia „jest na tak”, główny bohater postanawia odmienić swoje życie, także będąc otwartym na wszystko i odpowiadając „TAK” na każdą propozycję. Film pomimo tego, że jest banalny i może nie jest mistrzostwem tego gatunku to oprócz tego, że bawi do łez, to niesie również za sobą przesłanie, które porusza i pozostaje w pamięci.

Wiele jest filmów o podobnym przesłaniu, powstało mnóstwo genialnych książek, piosenek, podcastów czy wykładów, a wokół wciąż jest mnóstwo ludzi, których największą maksymą życiową wydaje się być „Jestem na nie”. Dlaczego? Zadaje sobie pytanie, bo to ostatnio temat, którego nie potrafię zrozumieć. Jak można być zdrowym, żyć w świecie pełnym możliwości, z dostępem online do każdej możliwej książki, płyty czy filmu, mogąc robić absolutnie wszystko ze swoim dwunastogodzinnym dniem, a jednocześnie cały czas odmawiać, negować i być zamkniętym?


Zawsze NIE

Zacznę od „Nie mam czasu”, bo to moja ulubiona wymówka. Nikt nie może jej podważyć, nikt nie może zajrzeć do mojego „dziennego czasomierza” i sprawdzić, czy mówię prawdę, nikt wreszcie nie może mnie oceniać, bo to moje życie i mój czas. Przyczyna idealna, zawsze działa. Bo kto normalny powie ci, że może źle organizujesz swój czas i może źle planujesz swój dzień, a w ogóle to przestań mówić, że nie masz czasu, bo powtarzając to, jak mantrę nigdy nie będziesz go miał. Pamiętam jak któregoś dnia, mój bardzo mądry wujek Franek udzielił mi rady, która zmieniła moje postrzeganie czasu. Wujek jest radcą prawnym kochającym swoją pracę, ma ukochaną żonę, dzieci, wnuki i dom nad samym morzem. Zdobył wszystko, czego pragnął. Można go niewątpliwie nazwać człowiekiem, który osiągnął w swoim życiu sukces. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że ciężko się do mnie dodzwonić, zawsze jestem zajęta i rzadko mogę tak po prostu pogadać. Wiele lat temu, zaraz po mojej przeprowadzce do Warszawy wujek Franek próbował się do mnie dodzwonić wielokrotnie, kiedy wreszcie oddzwoniłam, opowiadając mu, że nie mam czasu, że jestem bardzo zajęta, że uczę się, pracuje i w ogóle brakuje mi dnia. Wujek ze swą wrodzoną cierpliwością powiedział wtedy: „Wiesz Kasia ludzie, którzy mówią, że nie mają czasu, nigdy go nie będą mieć, po prostu nie chcą, bo jeśli ludzie czegoś chcą, to wyobrażają sobie, że to mają. Czas odpłaca się tym, jak go szanujesz i jak umiesz go wykorzystać”. Ja dwudziestoletnie pomyślałam wtedy: „Nieźle, nie dość, że tak dużo robię, to jeszcze dostaje za to ochrzan”. Ale przez kolejne dni nie dawało mi to spokoju, aż do dnia, w którym rozpisałam mój dzień na godziny i minuty. Okazało się wtedy, że czasu mam dużo, ale organizacji żadnej. Wszystko działo się poza mną i jakoś szło. Tylko ja czołgałam się wtedy w żółwim tempie, a mogłam biec jak antylopa. Doznałam olśnienia i zaczęłam najzwyczajniej w świecie planować własny czas. Stało się to odkryciem mojego życia, całkowitą miłością do własnego czasu i szacunkiem dnia. Czy zatem nie używam określenia „Nie mam czasu”? A gdzie tam! Łapię się na tym czasami, ale teraz już wiem, że to nie wina czasu, ale moja. I wracając do tych normalnych ludzi, co ci nigdy nie powiedzą. Kochany czytelniku, jeżeli używasz stwierdzenia „Nie mam czasu” to najpewniej źle organizujesz swój czas, źle planujesz swój dzień i przestań mówić to, jak Matrę, bo nigdy nie będziesz go miał.

Przejdźmy do drugiej na podium wymówki życiowej. Panie i Panowie oto „Jestem zmęczony”. Takie to życie widzisz ciężkie. Takie ono trudne i nieprzewidywalne. Praca, studia, własna firma, ślub, dziecko, przyjaciele, kłopoty w domu, rachunki, egzaminy, psujące się samochody, niedziałające komputery, kredyty, złe wiadomości, głośne miasta, niezdrowe jedzenie mogłabym wymieniać w nieskończoność trudy i znoje życia. Naszego życia. Każdy z nas się z tym mierzy. I mierzył się Benjamin Franklin i Albert Einstein, Adam Mickiewicz i Matka Teresa, Whitney Houston i Jan Sebastian Bach, Katarzyna Stefańska i Ty. Wszyscy mamy dużo na głowie, wszyscy mamy problemy, wszyscy mamy zobowiązania i wszyscy musimy sobie z tym radzić. „Jestem zmęczony” to powód, który ani nie pomaga, ani nic nie zmienia, wręcz przeciwnie przytłacza i podobnie jak z powodem wyżej, jeśli będziemy go bez przerwy powtarzać, wejdzie nam w nawyk. Nie powinieneś być zmęczony, kiedy jesteś wdzięczny. Gdy cieszyć się życiem i każdym dniem. Kiedy otaczasz się ludźmi, którzy chcą i mogą zmieniać świat. Zacznijmy może mieć czas i czuć się dobrze. Na pytanie: “Jak tam?” Dla odmiany odpowiedzmy: „Świetnie, mój dzień jest dobry, mam czas”. Tylko kto normalny tak robi, prawda?


NIE zawsze TAK

Są także te powody, które weszły nam w krew od czasów szkolnych, nadal świetnie się sprawdzając w dorosłym życiu. Jesteśmy do nich tak przyzwyczajeni, że nawet nie robi na nas wrażenia, jak ludzie nadużywają tych zwrotów. Usprawiedliwiamy innych, no bo ręka do góry, komu nie zdarzyło się ich użyć.

Wspaniałe „Nie da się” – no bo po co miałoby się dawać? Pamiętam, jak pracowałam w sieci komórkowej Play. Rozczulało mnie wtedy, jak przychodzili klienci z problemami technicznymi, które naturalnie naprawialiśmy i mówili: „A wie pani, że w innym salonie powiedziano mi, że tego się nie da zrobić.” Moja babcia powtarzała zawsze, że nie da, to się parasola w tyłku rozłożyć. To jest najprawdziwsza z prawd, jaką w życiu słyszałam. Nie przyjmuje w swoim życiu, że się czegoś nie da, bo wiele razy okazało się, że jeśli się za czymś idzie, to cały świat ci może mówić, że się nie da, a ty to zrobisz. Mogę z czegoś zrezygnować, nie zdążyć, poddać się, uznać, że gra niewarta jest świeczki, ale nigdy nie mam prawa mówić, że czegoś „nie da się”.

Urocze „Nie umiem” – czy będziesz mnie teraz mnie przekonywać, że powinienem wszystko umieć? Bulshit Kaśka! Spokojnie zaczekaj, nie chodzi o to, żeby nie używać stwierdzenia „Nie umiem”, bo każdy z nas czegoś nie umie, ja może nawet nie umiem więcej rzeczy, niż ty umiesz. To bardzo prawdopodobne. Jednak mam na myśli odrzucanie jakiegoś tematu bez podjęcia próby poznania go i spróbowania. Jeśli to zrobiłeś i nie umiesz, to masz racje — nie umiesz. Ale jeśli nigdy nie zajmowałeś marketingiem, nigdy nie próbowałeś malować, nigdy nie skakałeś wzwyż, nigdy nie miałeś aparatu fotograficznego w ręce, nigdy nie robiłeś zastrzyku, to nigdy się nie dowiesz, że tego nie umiesz i za każdym razem jak mówisz mi, że tego nie umiesz, to odbierasz sobie szansę i możliwość nauczenia się tego.

Perfekcyjne „Następnym razem”. To piękna kraina. Są tam kolorowe jednorożce, różowe niebo i niebieska trawa. Wielu z nas lubi tam dryfować, nie wymaga to przecież żadnej pracy i wysiłku. „Następnym razem” to miejsce, które nie istnieje. To się nie wydarzy. To nie ma sensu. Odkładanie na później to cecha większości nas, bo jesteśmy przekonani, że kiedyś przyjdzie jakiś lepszy moment, wena, energia czy dobra pogoda. Wiecie jak, to jest, z weną w pisaniu? Nie wiem, co to jest, bo dopóki nie siądę na tyłku i nie zacznę pisać, to się po prostu nie wydarzy. Mam wrażenie, że ze wszystkim tak jest, popraw mnie, jeżeli jest inaczej.

Cudowne „Po co mi to?”. To dewiza ludzie nieciekawych świata. Po co mam czytać durne książki, mówiące jak żyć? Może po to, żeby wiedzieć jak żyć, albo lepiej po to, żeby wiedzieć, jak nie żyć. Lub po to, żeby stwierdzić, że to głupie i bezwartościowe? Chyba że robisz to na podstawie okładki lub cytatów w internecie. Po co mam się uczyć nowych rzeczy? Na przykład obsługi social mediów. Przecież od tego są ludzie, ja się na tym nie znam, ja tylko obserwuje. Albo, po co mam się uczyć o planowaniu, skoro zawsze byłam niezorganizowana, taka już jestem. Po co mam wiedzieć jak zbudowany jest człowiek, skoro nie jestem lekarzem? Tak można ze wszystkim i wszystko pozostanie zagadką.

Nie zapominajmy również o niezastąpionych: „To jest trudne”, „To się nie uda”, „Nie jestem w tym specjalistą”.

Od wszystkich tych, towarzyszących nam na codzień wymówek jedyną uczciwą jest “Nie chcę mi się”, bo jesteśmy przynajmniej w stanie przyznać przed sobą i innymi jak jest naprawdę.


GDYBY TAK

A gdyby tak, zamienić „nie” na „tak”. Gdyby od dziś zapomnieć o tych wszystkich wpajanych nam regułach i wymówkach. Żyć tak, jak babcia Tereska, żeby nie istniało „nie da się”. A każde „Nie umiem”, „To jest trudne”, „To się nie uda” i „Po co mi to” zamienić na „Spróbuje”, „Co mi szkodzi?”, „Nic nie tracę”. Wziąć do serca radę od wujka Franka i już nigdy nie mówić „Nie mam czasu”. Wyobraź sobie świat, w którym czujesz się dobrze, mając na wszystko czas. Świat, w którym wiesz, czym to wszystko jest i jak to wszystko zmieścić w dniu, tygodniu, miesiącu i roku. Takie życie w którym „Jestem na tak”, doceniając każdą możliwość, którą podsuwa mi życie, każde wyzwanie, z jakim mogę się mierzyć i każde spotkanie, które może stać się wspaniałym momentem. Bo tak naprawdę, to nikt z nas nie wie ile jeszcze mamy czasu i jak łaskawy okaże się czas i nikt z nas nie wie, czy nie jest w jakiejś dziedzinie mistrzem świata, bo wiemy tylko tyle, ile nas sprawdzono i jakie granice sami sobie stawiamy.

Follow:

GDYBY NIE HIP HOP JUŻ DAWNO BYM UMARŁA

Słowa mają wielką moc. Te wypowiedziane prosto w twarz. I te napisane wierszem, przepełnione metaforami i wymagające analizy. Te krótkie wiadomości stworzone w smartfonach i komunikatorach. Jak również piękne i szlachetne, które poznajemy, czytając książki. Także te, których słuchamy, oglądając na ekranie film, przenosząc się na moment do innego świata. Są słowa, które umykają naszej percepcji i takie, które pozostają w pamięci na zawsze. Słowa definiują emocje. Nadają uczuciom znaczenia. Sprawiają, że zaczynamy rozumieć lub wręcz przeciwnie wydaje nam się, że nie pojmujemy, tego, co ktoś inny chce nam przekazać. Mogą podarować lub odebrać nadzieje. Dają szczęście, ukojenie, ale potrafią też zadać nieodwracalny ból. Słowa są karabinem maszynowym, który w rękach człowieka może zabić lub uratować człowieka.

W muzyce słowa nadają znaczenie. Uruchamiają empatię i współczucie. Identyfikujemy się z historią, którą muzyk chciał przekazać, czując z nim więź, bo myśli lub przeżywa dokładnie to, co my. To jedno z najpiękniejszych sposobów ratowania czyjegoś świata. Pokazanie, że koniec końców wszyscy jesteśmy tacy sami. Popełniamy te same błędy, upadamy na kolana i cieszymy się, kiedy ktoś nas kocha.


Pozbawieni granic

Hip hop, bo o tym gatunku muzycznym będzie dzisiaj mowa, ma dla mnie ponadto wartość dodaną: jest autentyczny. Raperom można zarzucić wiele, ale rzadko, że piszą teksty nieprawdziwe lub że chcą kogoś oszukać. Chłopcy wychowani w trudnych warunkach na blokowiskach mają w sobie 200% prawdy i szczerości. Opisują rzeczywistość, tak jak potrafią. Ale to, co jest piękne w hip-hopie, jest trochę dalej. Mianowicie chodzi o to, w jaki sposób on się zmienia i jak dojrzewa wraz ze mną. Teksty utworów, niczym teksty na blogu zmieniały się, kiedy wspólnie z raperami dorastałam. W wieku nastoletnim mierzyliśmy się z innymi problemami niż teraz. I ja i oni. Poziom poprawności tekstów, odnośniki do filmu, poezji i literatury, czy wreszcie dobieranie słów w sposób metaforyczny i zmuszanie słuchacza do pełnej analizy to czynniki, które zmieniały się na przestrzeni lat. Jeśli ktoś mówi, że hip-hop to patologia, przekleństwa, strata czasu i brak wartości, to ja odpowiadam tekstem:

Eldo “Granice”

Mówią “możesz wszystko”, więc głowę mam spokojną
Może Ty, ja wiem, że czegoś mi nie wolno
Mówią “to się opłaca, więc skąd skrupuły?”
Ja wolę wiedzieć, co warto. Niezależnie od sumy
Niezależnie od dumy, reperkusji i skutków
Nawet gdy uwodzi głupców, idą za czymś tłumy
Mówią “prać brudy należy w wąskim gronie, za kurtyną”
Ale cóż i tak masz brudne dłonie
Stoję, nic więcej i nic mniej, niż człowiek
Z każdą wadą i zaletą gotów konsekwencje ponieść
Stanąć w obronie, lub uderzyć pierwszy
Milczeć, lub wziąć pióro i pisać trudne wersy
I nawet jeśli milczę, gdy trzeba krzyczeć
Nawet kiedy krzyczę, gdy powinienem milczeć
Sumienie da mi znać
Popiół mam zawsze przy sobie i nie musisz mi pomagać
Sam wysypię go na głowę.


Młodzi gniewni

Moje początki z hip-hopem to mało przyjemne wspomnienia. Wszystko zaczęło się w latach 90, kiedy miałam nieco ponad dziesięć lat. Wtedy wraz z ówczesną przyjaciółką Kingą za pieniądze z jej kieszonkowego kupiłyśmy płytę Liroya. Zrobiłyśmy to głównie ze względu na to, że płyta była nie dla dzieci i czułyśmy, że robimy coś, co jest zakazane. Nie zdążyłyśmy jej jednak dobrze przesłuchać, kiedy rodzice Kingi znaleźli ją w jej pokoju, skończyło się zabraniem płyty, szlabanem i przeszukiwaniem rzeczy. Mnie też nieźle się oberwało. To był album „Bestseller”, który do dziś wzbudza we mnie dreszczyk emocji. Kinga była jedynaczką i jej rodzice rzeczywiście od tej pory bardzo wnikliwie sprawdzali, czym się zajmuje ich córka. Moi rodzice byli tak zajęci Tomkiem, że nie mieli czasu kontrolować jakiej muzyki słucha ich córka i czy aby na pewno nie pójdzie przez nią do piekła. Liroy był dla mnie pierwszym artystą, który niczego nie udawał — otwarcie mówił o tym, że jest niegrzecznym chłopcem, opisywał szczegółowo, jak się bawi i na co ma ochotę. Zupełnie nie dbał o to, co powiedzą inni. Niewątpliwie zaszczepił we mnie konieczność zadawania pytań, nawet jeśli nie istnieją odpowiedzi oraz to, że ocena innych, to jest ich problem. Jednak poza tym obdarzył mnie czymś, co doceniam do dziś: pokazał zły świat i konsekwencje złych czynów. Nie musiałam ich próbować, bo wierzyłam, że narkotyki, jednorazowy seks, alkohol i przemoc, to coś, czego nie chcę w swoim życiu.

Liroy “Daleko zaszło” 

Powiedz czy ty widzisz to co się dzieje za twym oknem
Obok ciebie, u sąsiada to jak Polska pada na twarz przed tobą i płacze
Tylko proszę nie mów mi znowu że jest inaczej niż ja mówię
Że to moja chora wyobraźnia, wymysł rapera i czysta fantazja
Bo ty wiesz co ja mówię ale mówisz coś zupełnie innego
Dlaczego
Powiedz mi dlaczego tak jest
Że takie same oczy widzą dwie różne rzeczy
Takie same uszy słyszą dwa różne słowa
Język wielu ludzi mówi zupełnie co innego
Niż w tym czasie myśli głowa
Powiedz mi jak długo jeszcze będziesz mówił głośno “nie”
Myśląc “tak”, powiedz jak długo jeszcze będziesz mówił że to fałsz
Wiedząc bardzo dobrze że to prawda
Powiedz jak długo jeszcze


Próbujący 

Moja pierwsza kaseta magnetofonowa to twórczość zespołu Kaliber 44. Pamiętam, jak miałam dreszcze, chowając się cała pod kocem i słuchając utworu „+ i – (plus i minus)”. Tyle emocji ile dostarcza ten kawałek, nie dawała żadna ówczesna gwiazda popu. Kończyłam właśnie szóstą klasę podstawówki i byłam chodzącą sprzecznością. Z jednej strony wrażliwa dziewczynka biorąca udział w konkursach recytatorskich, pisząca regularnie pamiętniki i występująca na scenie. A z drugiej zbuntowana, pewna siebie i nieprzyjmująca odmowy dziewucha. Ciekawostką jest (wie o tym garstka), że właśnie w tym okresie buntu i sprzeczności nagrałam refren jednego z utworów hip-hopowych z moim kolegą, który tworzył wtedy materiał na płytę. Fajnie było być po i jednej i po drugiej stronie barykady.

Diabeł feat Katarzyna Stefańska “Nie wiesz jaki jestem “

Nie wiesz jaki jestem,
Więc nie mów tego czego nie chcę,
Tego czego nie wiem
Czego nie jestem pewien. 

To był czas, w którym pierwszy raz zafarbowałam włosy na blond, nie pytając nikogo o zdanie. Nie minął rok, jak poszłam do gimnazjum, gdzie „moimi kumplami” i mentorami byli raperzy z Paktofoniki, Molesty, Fenomena czy Grammatika. Co ciekawe stali oni na równi z Cyprianem Kamilem Norwidem, Wisławą Szymborską czy Juliuszem Słowackim. Nie było dla mnie różnicy pomiędzy jednymi a drugimi. Poeci podobnie jak raperzy chcieli przekazać jakąś wartość. Prawdy, które wyznawali, często powielały się lub były zupełnie przeciwne. A ja dojrzewająca dziewczynka mogłam obserwować to i analizować z dwóch perspektyw. Dziś jestem za to niezwykle wdzięczna, bo nauczyło mnie to rozumieć prostych ludzi wychowujących się na ulicy i tych, którzy chcieli więcej, poszerzając wciąż swoją wiedzę.

Kaliber 44 “Co robisz”

To był ten dzień, w którym
Po wstaniu rano Pomyślałem,
że dziś nie stanie się to samo
Odmawiam chmury, bo chcę mieć umysł czysty
W sposób oczywisty cel osiągam
Z pracą się nie ociągam, bo nie należy
Jak chcesz coś zdziałać – musisz w to wierzyć
I dążyć do tego jak by niczego nie było innego.

Pytasz co robić – powiem to Ci
Rób co najlepiej Ci wychodzi!


Upadający

Dzięki odkrywaniu „zakazanego świata” czułam się dojrzalsza, wydawało mi się, że wiem i mogę więcej. Nie bałam się nikogo i niczego. Biegałam z chłopakami po piwnicach i włamywałam się na dachy. Latem siedzieliśmy na ławkach i w przełączkach między blokami, zimą w piwnicach i na klatkach. Miałam poczucie wpływu nawet na starszych złych chłopców i miałam ambicję naprawić ich świat.

Nie udało mi się. Większość z nich albo właśnie wychodzi na wolność, albo żyje w trudnych warunkach, albo mierzy się z nałogami.

Nie potrafiłam zrozumieć, że słuchaliśmy tych samych piosenek, a wyciągaliśmy zupełnie inne wnioski. Nie mogłam pojąć, że, mimo że raperzy ostrzegali moich kolegów, mówiąc im wprost, jak i gdzie skończą, robiąc to, co robią, to oni ślepo za tym szli. To tak jakby ktoś pokazał ci instrukcje, jak skończyć na dnie, krok po kroku, a ty wiedząc, czym jest dno, dokładnie to robisz.

Grammatik – “Mówią mi”

Minuta za minutą płynie, to jest tak
Cały czas z nowym dniem, w głowie tyle spraw
A pośród nich ja, i wiara w to, że dusza czysta
Stań tu, wyczuj świata puls, a potem rytm łap
Mówią jedna bitwa, a ja mówię każdy moment
Jutro jest za późno, póki mogę żyje sobie
Jak to jest, że pewnie stoję, a wpajają mi że
Lepiej mogłem, że mam problem dokąd idę
To że mam marzenia inne niż reszta to minus?
Ludzi bez marzeń tam gdzie mieszkam jest tylu
Patrzę na nich setki ich, ale sami w tym
Widzą wszystko oprócz sensu z kolejnych dni
Wszystkim to samo się śni, szybko biegnij
A jeśli nie dajesz rady to zostają białe kreski
Nie warto wierz mi, nie warto wierz mi. 


Przekonani

Oprócz tego, że hip-hop pokazał mi jak uniknąć błędów i nie dać się zwieść krótkotrwałym przyjemnościom. Dał mi również nadzieje, wiarę w marzenia i umiejętność cieszenia się z małych rzeczy. Utwór zespołu Fenomen pt. „Marzenia” rozczula mnie do dziś, bo kiedy słucham, że raper Ziaja nawija o tym, że nigdy nie przestanie wierzyć w marzenia, jednocześnie mówiąc, że jednym z nich była płyta, której właśnie słucham, to dla mnie nie ma większego dowodu na to, że warto marzyć.

Fenomen “Marzenia”

Wielu ludzi ma marzenia i ja też należe do nich
Chociaż różnią się od innych to ich zawsze będę bronił
Bo są tylko moje i to ja jestem ich autorem
Kreatorem wszystkich marzeń, które są tylko moje
Zawsze będą, to wiem na pewno, że nie znikną
Że te myśli nigdy nie zamilkną 
Będą żywe w nas, będą lśnić przez cały czas
Na tle wszystkich tych wydarzeń
Bo czym by był świat bez marzeń, nie wiem
Nigdy nie przestane marzyć tego jestem pewien
O tym by w przyszłości mieć radości tyle samo z życia
Zdobyć wszystko co mam do zdobycia
A moim największym marzeniem jest ta płyta.

I jeśli chłopcy z tego samego zespołu nagrywają piosenkę o tytule „Jak nie teraz to kiedy?” to jak ja mam się z nimi nie utożsamiać?

Fenomen “Jak Nie Teraz To Kiedy?”

Jak nie teraz to, kiedy? Weźmiesz się w garść
Jak nie teraz to, kiedy? Będzie cię stać
Jak nie teraz to, kiedy? Na co liczysz?


Że to, co robią ma sens

W liceum i na studiach rap był towarzyszem mojego życia. Muzyka ilustrowała każdą radość i szczęście, ale i pomagała, kiedy było bardzo źle. Była chusteczką na moje łzy, kompanem w złości, odpowiedzią na niesprawiedliwy świat i potwierdzeniem kruchości życia oraz miłości. Hip-hop był, jest i będzie obecny w każdym etapie mojego życia. Dlatego, że jest elastyczny, ponadczasowy, wnikliwy, prawdziwy i dający do myślenia. Na pytanie, czy jest ci wstyd, że słuchasz “takiej” muzyki, odpowiadam tekstem piosenki:

Flexxip “Własny wstyd”

Kiedy oni z góry patrzą na to co robisz ty
Ukrywając przy tym zawsze swój własny wstyd
A wiesz każdy z nich poprostu boi się prawdy
Pokazując jaki świat jest niby zabawny
Kiedy oni z góry patrzą na to co robisz ty
Ukrywając przy tym zawsze swój własny wstyd
A wiesz każdy z nich nie wie czym jest dziś
Nie wie kim jest dziś, nie wie nic. 

Hip-hop nauczył mnie jeszcze takich prostych rzeczy, które często umykają gdzieś w trakcie dojrzewania, ustępując miejsca ważniejszym informacją, jak nauka historii czy biologii (takie żarty). Mianowicie, aby nigdy za żadną cenę nie sprzedać drugiego człowieka. I że za kradzież zawsze przyjdzie ci zapłacić. Że miłość jest ulotna i nie możesz oczekiwać, że będzie na zawsze. Że przyjaciela, należy traktować jak brata. A matkę i ojca szanować, bo koniec końców tylko oni zawsze staną po twojej stronie. Również, że nie ma błędów, których nie da się naprawić. Ale i tego, że warto trzy razy zastanowić się, zanim się coś zrobi. I że pieniądze raz są, raz ich nie ma.  Oraz tego, że nie warto udawać i tylko bycie sobą powoduje, że możesz szczęśliwy.

L.U.C – Empatii reflekcje feat. S. Sojka, Rahim

Bądź sobą, pokaż piękne wnętrze #Quasimodo
Rusz głową, nie stój jak posąg #Dyskobol
I nie gap się tym tępym wzrokiem #Hodor
Bez cierpienia nie zrozumiesz szczęścia #Fiodor

“Na miły Bóg
Życie nie tylko po to jest, by brać
Życie nie po to, by bezczynnie trwać
I aby żyć siebie, samego trzeba dać”

Dzisiaj stare teksty przywołują obrazy wspomnień w mojej głowie, każdy utwór to konkretny etap lub sytuacja w życiu. Nie wiem, w którym miejscu byłabym dzisiaj i czy pragnęłabym spróbować rzeczy, których odradzali mi moi hiphopowi „przyjaciele”, ale wiem, że bez nich w moim życiu czegoś by brakowało. Wypełnili oni bowiem szufladkę w moim sercu, mając tam miejsce na całe życie.

Kiedy zatem kolejny raz skrytykujesz lub ocenisz kogoś za gatunek muzyczny, spróbuj dla odmiany wsłuchać się w jego serce. Bo ono może widzi więcej, niż to, co na ten temat krzyczy świat. I ono może jeszcze bije, dzięki temu, co ty skreślasz bez próby poznania tego.

Zapraszam do mojego muzycznego świata: HIP-HOP by www.jaknieteraztokiedy.pl


Hej, dużo czasu zajęła mi praca nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie to uzasadnienie, że moja praca ma jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.


 

Follow:

#25DAYSCHALLENGE – JAK ZOSTAŁAM WEGETARIANKĄ?

Na wstępnie muszę wspomnieć, że przez całe życie byłam ogromnym mięsożercą. Uwielbiałam mięso w każdej postaci. Boczek, kurczaka, baraninę. Byłam z tych, którzy uważają, że bez mięsa, to nie obiad. Śniadanie to kanapka z szynką. Pizza tylko z salami. Przekąski zazwyczaj mięsne. Wyobraźcie sobie zatem moje poświęcenie, kiedy pewnego dnia postanowiłam przez 25 dni nie jeść mięsa. Dzisiaj mija rok.


Co z tym mięsem?

Wyzwania #25dayschallenge to mój projekt, który rozpoczęłam w 2018 roku. Głównym jego założeniem jest odmawianie sobie przyjemności, do których przyzwyczaiłam swój organizm, ale też podejmowanie wyzwań, które są dla mnie bardzo trudne. Po co? Żeby pokonywać siebie. Aby być gotowym na trudne warunki. Chciałam udowodnić sobie, że silną wolę można ćwiczyć. Udowodnione jest bowiem naukowo, że wystarczy 21 dni, aby wprowadzić do swojego życia nowy nawyk. Moje założenia zaskoczyły mnie samą, ale były też niezwykle motywujące i pozwoliły mi nauczyć się nowych rzeczy o sobie.

W marcu ubiegłego roku moim celem było właśnie niejedzenie mięsa. Wyzwanie trudne, bo od dziecka zostałam do mięsa przyzwyczajona. Ciężko zrezygnować z czegoś, co dostarczane było do organizmu ponad 20 lat. Zaskakujące jest, że szybko zorientowałam się, że jedzenie mięsa jest nałogiem, który porównać mogę bez wyrzutów sumienia z hazardem, alkoholem i paleniem papierosów. Pierwsze dni przebiegały bezboleśnie, po tygodniu jednak organizm tak domagał się mięsa, że zaczęło mi się ono śnić. To zabawne, ale dokładnie tak było. Czułam się zdenerwowana i zła, że nie mogę swobodnie korzystać z wyuczonych nawyków.


Co z tym zdrowiem?

Z pomocą przyszedł film “What the health?” dostępny na netflixie. Dziwnym trafem wyskoczył mi jako proponowany film dokumentalny. Przeczytałam opis, ale nie zrobił on na mnie dużego znaczenia, oglądałam już filmy o podobnej tematyce, gdzie twórcy przekonują, że nie powinno się jeść mięsa z pobudek etycznych i zdrowotnych. Jednak nacisnęłam play.

Film jest bardzo mocny, ale też mocno amerykański. Na początku miałam mieszane uczucia. Reżyser w sposób bardzo kontrowersyjny próbuje przekonać, że wszystkie produkty pochodzenia zwierzęcego są złem wcielonym. Przedstawia bohaterów, którzy stracili zdrowie przez spożywanie mięsa i niejako je odzyskali, mięsa nie jedząc. Moim zdaniem problem jest bardziej złożony, ale to, czego nie można odmówić twórcom to, że film daje do myślenia. Każdy myślący człowieka bowiem zatrzyma się i zastanowi, a jeśli dodatkowo po obejrzeniu realizacji zacznie sprawdzać etykiety na produktach, które kupuje, to według mnie ogromny sukces. W filmie dużo jest o krzywdzeniu i stresowaniu zwierząt, o nawozach chemicznych i wstrzykiwanych antybiotykach, o biznesie zarówno spożywczym, jak i farmaceutycznym. I, mimo że w USA normy dostarczanych zwierzętom antybiotyków, hormonów i innych „wspomagaczy” są dużo wyższe niż w Europie, to nie zmienia faktu, że ciężko dyskutować z badaniami. W filmie jest jednak jedna rzecz, która szczególnie zapadła mi w pamięci. To słowa farmera, który wypowiada się na temat korporacji, które świadomie zatruwają ludzi. Mężczyzna mówi: „Jeśli nasze czyny krzywdzą ludzi, to źle czynimy”. I nie sposób się z tym nie zgodzić. Opinie na temat filmu są podzielone, jedni uważają, że to bzdury wyssane z palca, inni, że prawda poparta realnymi badaniami. Ja jednak nie chcę krzywdzić ani zwierząt, ani wspomagać tych, którzy krzywdzą ludzi. Zbyt mocno kocham i jednych, i drugich.

Po obejrzeniu filmu zaczęłam szukać informacji w Internecie. Wszystko, co po kolei znajdywałam, było jeszcze bardziej przerażające. Wywiady, badania, artykuły i obrazy zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie, że tego dnia, po niespełna dwóch tygodniach niejedzenia mięsa podjęłam decyzje, że już nigdy nie wezmę go do ust.

Mija rok, więc mogę podzielić się swoim stanem zdrowia. Czuje się rewelacyjnie, nie pamiętam, żebym czuła się lepiej, jeśli chodzi o niespodzianki żołądkowe. Nie boli mnie brzuch, nie czuje się wzdęta, nie mam zgagi. Mam wrażenie, że czuje się lekka i zdrowa. Ale to, co zyskałam przede wszystkim, to poczucie małej zmiany wobec świata. Jestem dumna i wdzięczna, że nie wspieram przemysłu, który krzywdzi.


Hej, dużo czasu zajęła mi praca nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie to uzasadnienie, że moja praca ma jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.


 

Follow:

PWSFTViT – skończyłam jedną z najlepszych szkół filmowych na świecie.

Marzenie dotyczące studiowania w Łódzkiej Szkole Filmowej wydawało się mało realnym snem. Pierwszy raz w mojej głowie pojawiło się, jak miałam piętnaście lat i zdecydowałam, że chcę być aktorką. Uczestniczyłam wtedy we wszystkich możliwych kółkach teatralnych, odbywających się w Krakowie. Wcielanie się w różne role dawało mi w tym czasie masę radości i satysfakcji. Możliwość odkrywania różnych emocji w sobie było niczym poznawanie się wciąż na nowo. Zajęcia z dykcji, utrzymania równowagi, właściwego oddychania, tańca czy śpiewu to umiejętności, które wykorzystuje do dziś.

Do szkoły filmowej na wydział aktorski zdawałam jednak trzy razy, zawsze ponosząc porażkę. Nigdy nie zapomnę egzaminów, które kosztowały mnie dużo stresu i zaangażowania. Byłam niepokorną nastolatką, bo kiedy moi rówieśnicy studiowali, ja obiecałam sobie, że nigdy nie skończę studiów, na których nie pragnę z całego serca być. Postanowiłam zatem pójść do prywatnej szkoły aktorskiej, Krakowskich Szkół Artystycznych (SPOT) i to była jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w życiu.

Nauczyłam się tam, że wiara w siebie, to podstawa sukcesu w życiu. Dostałam dużo uwagi, empatii, wsparcia i profesjonalnych wskazówek. Nawet przez moment nie dano nam w szkole odczuć, że jesteśmy w gorszym miejscu, że możemy mniej, niż studenci szkół państwowych.


PORAŻKA – kolejny krok do spełnienia marzeń

Byłam na tyle zdeterminowana, że po uzyskaniu dyplomu aktora oraz skończeniu SPOT-u wraz ze znajomymi aktorami wyjechałam do Warszawy, aby spełniać swoje marzenia związane z pracą aktora. Nie było to jednak takie proste, jak mi się wydawało. Porażek na castingach nie było końca. Przestawałam wierzyć, że rynek potrzebuje mnie jako aktorki. Pieniądze szybko mi się skończyły i wróciło szare życie. Aby się utrzymać, musiałam pracować kilkanaście godzin, co jednocześnie spowodowało, że musiałam zrezygnować z przesłuchań na rzecz prawdziwego przetrwania. To był bardzo trudny moment, przestałam wtedy wierzyć, że marzenia w ogóle mają sens.

Kiedy dotknęłam dna, będąc zazdrosną niespełnioną dorosłą kobietą, jedyne co mogłam zrobić to zmienić myślenie. O sobie, o innych, o aktorstwie, życiu i marzeniach. Wtedy właśnie zmieniło się wszystko i to wszystko trwa do dziś. W momencie, kiedy moja sytuacja z pracą i utrzymaniem ustabilizowała się, wróciłam do marzeń o aktorstwie. Pamiętam, że powiedziałam sobie: „Skoro nie chcą mnie na castingach i nie sposób dostać się do tego świata drzwiami, wejdę oknem, a jak będzie zamknięte, to nauczę włamywać, jeśli to nie pomoże, to wybije okno i naprawię szkody”. Wpadłam na pomysł, że pójdę na wydział Organizacji Produkcji Filmowej i Telewizyjnej, ucząc się tego świata z drugiej strony, poznając ludzi, od których byłam zależna.


PWSFTVIT – coś więcej, niż szkoła

Jednak tak pokochałam produkcje od tej strony, że postanowiłam zmienić swoje plany życiowe na najbliższe lata. Tak znów wrócił do mnie pomysł ukończenia jednej z najlepszych szkół filmowych na świecie, jednak na innym kierunku. Podobnie jak na aktorstwo nie było łatwo się dostać. Na każdym kierunku bowiem są egzaminy wstępne. Nauczona jednak doświadczeniem do egzaminów podeszłam bez stresu mówiąc sobie „co ma być, to będzie”. W komisji miałam wspaniałego dziekana Romana Sawkę oraz genialnego Pawła Kosseckiego zajmującego się podatkami, finansami i całą szeroko pojętą matematyką na Wydziale Sztuki Filmowej. W trakcie egzaminu musiałam obliczyć VAT procentowy na fakturze, były pytania o patrona mojego liceum Cypriana Kamila Norwida, o to, czemu nie zdaje na wydział aktorski i o twórców kina w latach 50. Poszło mi bardzo słabo. Na koniec przeprosiłam za brak wiedzy, mówiąc jednocześnie, że jestem mistrzem wykorzystywania szans i jeśli dostanę możliwość uczenia się, to na pewno nie pójdzie to marne. Usłyszałam, że producent poza wiedzą powinien mieć jeszcze to coś i urok osobisty. Dostałam się.


Wykładowca – ktoś więcej, niż nauczyciel

To były najwspanialsze dwa lata w moim życiu. Poznałam niesamowitych ludzi i przyjaciółki na całe życie. Szkoła, poza unikalną wiedzą dała mi dużo pewności siebie, nauczyła cierpliwości i determinacji. Owoce tej nauki zbieram do dziś. Bo kiedy słyszę od swoich szefów i ekip na planie, że jestem świetnym kierownikiem produkcji czy producentem. Pełnym empatii i profesjonalizmu. To jest poniekąd właśnie zasługa szkoły filmowej. Wykładowcom dodatkowo zawdzięczam więcej, niż na pewno przypuszczają.

Urszula Świerczyńska-Kaczor będąca moją promotorką jest moim największym autorytetem. Swoją niesamowitą wiedzą i pozytywnym nastawieniem realnie zmienia świat. Mało kto tak bardzo we mnie wierzył w życiu i tak mocno mi kibicował. Jestem wdzięczna, że mogłam poznać, obserwować i uczyć się od Pani Uli. To mentor, jakich mało.

Roman Sawka swoją empatią i wrażliwością na każdych zajęciach udowadniał, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych, że jak się czegoś pragnie, to wystarczy po to sięgnąć. Mam wrażenie, że widział więcej, niż potrafią dostrzec ludzkie oczy.

Zdzisław Kuczyński udowodnił mi, że wszystko w życiu ma sens. Gdyby nie zadana przez niego obszerna praca na zaliczenie nigdy nie obroniłabym tytułu magistra. Był najbardziej surowym i wymagającym wykładowcą, ale gdyby nie on nie nauczyłabym się systematyczności i cierpliwości.

Marek Rudnicki to wyjątkowy, wielki i skromny człowiek, który dał mi nadzieje, że w każdym momencie życia warto  robić dobre rzeczy. Pokazał, że spokój i organizacja idą zawsze w parze. Jego doświadczenie obnaża ponadprzeciętną wrażliwość. To zaszczyt uczyć się od kogoś takiego.

Oraz wielu niesamowitych ludzi jak Zbigniew Domagalski, Monika Żelazowska, Joanna Miksa, Jan Buchwałd, Marcin Adamczak, Marek Szukalski, Krzysztof Franek, Andrzej Wrzesień, Magdalena Sobocińska, Jacek Snopkiewicz, Anna Pachnicka, Izabela Łapińska, Paweł Kossecki, Andrzej Bednarek. Proszę Państwa, jestem ogromnie wdzięczna, że mogłam Państwa poznać, uczyć się od Was, czerpać od Was energię. To był zaszczyt.

Jestem dumna, że zostałam magistrem sztuki kończąc PWSFTViT i zawsze będę ten etap życia wspominać z uśmiechem na ustach. Dziękuje za wszystko.


Hej, dużo czasu zajęła mi praca nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie to uzasadnienie, że moja praca ma jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.


 

Follow:

Przywiązanie

Przywiązujemy się naturalnie do ludzi, rzeczy czy miejsc. Kiedy jeden raz poczujemy się dobrze i doświadczymy, że możemy być w pełni sobą, wariujemy, tracąc rozsądek i myśląc, że to coś jest dane nam na zawsze. Chcemy wierzyć, że światem nie rządzi przypadek, że wszystko jest po coś, że skoro jakaś wyższa siła stawia na naszej drodze coś wspaniałego, to przecież nie po to, żeby dać lekcje, ale po to, abyśmy wznosili się wyżej. Nasza pełna wiara to moment, kiedy tracimy czujność. Wszystkie zasady, na które pracowaliśmy, stają się kruche jak szkło. A kiedy ono w jednej chwili upada, jesteśmy zaskoczeni, że byliśmy w stanie popełnić błąd, w momencie, kiedy dbaliśmy o tą cholerną szklankę latami. Nasza zdolność do tracenia zmysłów jest wprost proporcjonalna do tego, jak bardzo zaczyna nam zależeć. I nie ma znaczenia czy to dwa tygodnie, dwa lata czy połowa życia. Czujemy, że stąpamy po twardym gruncie, zapominając, że przyjdzie nam zapłacić za bezmyślne zaangażowanie. Przywiązanie to kruche uczucie, które trzyma nas w garści tak długo, jak długo jesteśmy zależni od kogoś. Poznajemy osobę i wiemy, że dawno nikt nie dał nam tego, czego nie szukaliśmy, ale kiedy to się pojawia, zachowujemy się tak nierozsądnie, jakbyśmy czekali na to całe życie. Dokonujemy wyborów i dajemy się ponieść, bo będąc dorosłym, przecież tak trudno znaleźć kogoś, kto myśli o życiu tak jak my. Dlatego nie pamiętamy już, że świat to szkoła, w której codziennie uczymy się czegoś nowego, i każdego dnia jesteśmy poddawani niezapowiedzianym kartkówkom, której mają zadecydować jak dużo jeszcze, musimy się nauczyć. Przywiązanie, dając chwilowe poczucie szczęścia, sprawia, że zapominamy jeszcze o tym, że pewność i stabilizacja nie istnieją.

W teorii jesteśmy mistrzami świata. Zawsze wiemy lepiej. Potrafimy postawić się na miejscu każdego, podejmując lepsze decyzje. Ale kiedy przychodzi zmierzyć się z codziennością, życie weryfikuje naszą zarozumiałość i bezczelność, dając pstryczek w nos, mówiąc: „I co? Taka byłaś pewna? To patrz”. Najbardziej boimy się, że rozczarujemy innych, a prawda jest taka, że boli najbardziej, kiedy rozczarowujemy samych siebie. Byłoby łatwiej cofnąć czas i nie przywiązywać się w ogóle. To zaoszczędziłoby nam bólu i milczenia. Tylko że takie podejście to tchórzostwo. To strach przed życiem, to obawa o to, że mamy możliwość poznać wszystkie jego smaki, nawet te gorzkie i kwaśne. Nie popełnia błędów, tylko ten, kto nic nie robi, a moim zdaniem jeszcze ten, któremu wszystko jedno i nic nie czuje. Ale z dwojga złego wolę stracić podejmując próbę, niż pozostać obojętną, nie czując nic. Bo jeśli nie doświadczasz, nie działasz, nawet wystawiając się na porażkę, nie posuwasz się do przodu, nie uczysz się i nie istniejesz.

Follow: