Katarzyna Stefańska

Posts by this author:

12 lekcji, których nauczyłam się w 2018

Każdy rok jest dla mnie wspaniały. Żyje, jestem zdrowa, tak samo moja rodzina i przyjaciele. Uważam, że to największy sukces. Nie ma nic ważniejszego. Warto jednak korzystać z tego zdrowia i przekraczać własne granice, ucząc się, bawiąc, poznając nowe rzeczy i ludzi.

1. Odwagę trzeba ćwiczyć.

Wyjazd do Japonii, Korei Południowej i Indonezji, aby zrealizować program telewizyjny, był nie lada wyzwaniem. Chyba nigdy tak bardzo się nie bałam. Choć wydawało mi się, że nic nie jest w stanie mnie złamać, to tak duże przedsięwzięcie na drugim końcu świata, które muszę zorganizować, za które będę odpowiedzialna i z którego zostanę rozliczona, wydawało się górą nie do przeskoczenia. To nieprawda. Teraz wiem, że nie ma takie góry, która może mnie zawodowo pokonać. Mam wrażenie, że im częściej wystawiamy się na próby, tym bardziej stajemy się odważni i odporni na nowe.

(O tym wyjeździe będzie jeszcze więcej w oddzielnych wpisach niebawem).


2. Zmiany – to najciekawsza strona życia. 

Fajnie jest się przywiązywać do ludzi i miejsc. Dobrze wiedzieć czego się można spodziewać. Miło jest odpuścić wiedząc na ile można sobie pozwolić. Wszystko to bardzo przyjemne, ale ciekawe, że za rogiem czeka lepsze. Kiedy postanowiłam odejść z pracy, była to bardzo trudna decyzja. Znam to miejsce, lubię je, wiem, czego się mogę spodziewać, wiem, ile zarabiam, znam ludzi — jest mi dobrze i bezpiecznie. Ale, kto wie, czy gdzieś nie czeka na mnie lepsze… ktoś może nie wie, ale ja wiedziałam i tak się stało. Zawsze spodziewaj się najlepszego, a tak będzie.


3. Zawsze ktoś ma gorzej niż ja.

To żadne pocieszenie, raczej jedna z lekcji wdzięczności. Kiedy tylko na moment traciłam nadzieje i miałam dość, świat dawał mi znaki, abym doceniła to, co mam, bo mam naprawdę wiele. Moje ulubione zdanie, które powtarzałam w 2018 roku to: “Martwiłam się bardzo, że nie mam ładnych butów. Dopóki nie spotkałam człowieka bez nóg.”


4. Ratując jedno życie, ratujesz wszechświat. 

Czasami ratujemy innym życie, w ogóle o tym nie wiedząc. Niechcący, przypadkiem podnosimy z ziemi kogoś, kto przestał wierzyć, że cokolwiek ma sens. Często, tak mało wystarczy, aby dać tak dużo. Krótka rozmowa, olbrzymie nakłady empatii i umiejętność słuchania sprawia, że drugi człowiek czuje się potrzebny i rozumiany. A to z kolei sprawia, że ma siłę iść dalej i nauczył się właśnie od Ciebie, że tak trzeba i następnym razem to on uratuje kolejne życie.


5. Możesz przeżyć remont, kradzież i robaki – a wtedy nic cię nie pokona. 

To ciekawe, ale to też dowód na to, że moja rodzina jest ze stali. Wspólnie jesteśmy silni i nie do pokonania. Najpierw nie wiadomo skąd w naszym mieszkaniu znalazły się pluskwy, z którymi walczyliśmy dwa miesiące. Walka była zatarta, trudna, bolesna i wygrana dla nas. Następnie postanowiliśmy zrobić generalny remont, wiecie gładzie ściany, drzwi, podłogi, moja niezastąpiona Ada pięknie wszystko zaprojektowała. Remont robił mój kolega, z którym niegdyś siedzieliśmy na jednej ławce, niestety był bardzo niesłowny, straciliśmy dużo czasu, nerwów, a moi rodzice również zostali okradzeni przez jednego z robotników. Kradzież małej szkodliwości — pierścionek zaręczynowy mojej mamy. Przepiękny wyraz miłości taty. Ale czy to ma znaczenie? W ogóle. Bo miłość moich rodziców nie ma ceny.


6. Wszystko wraca.

To już wiedziałam, ale zdałam sobie sprawę jak bardzo. Jak byłam nastolatką, to nie lubiłam WF-u. Lubiłam tańczyć, chodzić po polu (Kraków), jednak samych ćwiczeń nie znosiłam. Wydawało mi się, że zawsze będę chuda i nigdy nie będę potrzebować durnych skłonów, podskoków czy pajacyków. Wykłócałam się z nauczycielami, że nie potrzebne mi to do niczego. Mamy koniec roku 2018, a ja mam brzuszek, którego nigdy nie miałam, a w związku z tym chodzę regularnie na siłownie, robiąc skłony, podskoki i pajacyki.


7. Przyjaźń damsko-męska istnieje. 

Nigdy, przez całe moje życie nie wierzyłam w takie zjawisko, ale ten rok pokazał mi, jak bardzo się myliłam. Bez Damiana moje życie byłoby niepełne. To ktoś, kto tak dokładnie i dobrze mnie rozumie, przy kim mogę być na milion procent sobą. Kto bezinteresownie pomógł mi i wiele razy ratował moje życie. To wspaniałe mieć kogoś takiego, do kogo można się zwrócić i jak wali się świat, i jak jest naprawdę dobrze. To mężczyzna, który podobnie jak mój tata nigdy mnie nie zawiódł i z nim moje życie jest lepsze.


8. Zmianę świata zacznij od znalezienia dobrych ludzi. 

Łatwo mówić, że zmiany zaczynają się w nas samych, jak nie mamy wokół siebie ludzi, którzy w nas wierzą. To właśnie dzięki tym dobrym ludziom zmienia się świat wokół nas i nasz świat się zmienia. W tym roku utwierdziłam się w przekonaniu, że mam przy sobie najlepszych ludzi, dzięki którym ja chcę być lepsza, a jednocześnie mogę być w pełni sobą.


9. Nie czekaj, aby się z kimś pogodzić. 

W tym roku minęły dokładnie trzy lata, odkąd przestałyśmy się odzywać z Kasią. Kasia była moją pierwszą poznaną w Warszawie przyjaciółką, byłyśmy zupełnie różne, ale całkowicie sobie oddane. Zawsze nawzajem mogłyśmy na siebie liczyć, aż do momentu, kiedy ja miałam przełomowy moment w życiu, a ona miała dość tego, że zawsze odzywa się pierwsza. Nieporozumienie, które czas wyolbrzymił na tyle, że, mimo że obie chciałyśmy odpuścić, żadna z nas nie podjęła próby. I w tym roku stało się. Nasze pierwsze spotkanie było, jakby nigdy nie minął ten czas, szybko wróciłyśmy do relacji sprzed lat, żałując tylko, że musiały minąć te lata.


10. #25dayschallenge – da się żyć.

To moje wyzwanie w 2018 roku, które dotrwało mniej więcej do połowy roku, pewnie ze względu na ten duży zawodowy projekt ciężko mi było kontynuować. Jednak nie jest powiedziane, że nie powróci w 2019. Nie piłam kawy, nie jadłam cukru i mięsa, nie kupowałam ubrań, nie oglądałam telewizji, nie przeklinałam i nie narzekałam, dodatkowo dałam sobie wyzwanie zdobyć 1000 fanów na TikToku. I wszystko zrobiłam, bo bez wszystkiego da się żyć, kwestia naszego przyzwyczajenia, podejścia, konsekwencji i nastawienia.


11. USA – mam wizę, ale muszę mieć cierpliwość. 

W 2018 miałam być w Stanach Zjednoczonych, w zamian za to byłam w Japonii. Dlatego plan USA przełożony na obecny 2019 rok. Staranie się o wizę dla mnie, małego człowieka z Krakowa było dużym przeżyciem. Marzyłam o niej i mam ją, teraz tylko kupić bilet i nauczyć się tego, co jest moim jedynym ograniczeniem.


12. Take and be stało się rzeczywistością, dla której warto nauczyć się marzyć. 

Od roku, w każdy czwartek, pięć osób pracuje nad tym, abyś ty uwierzył, że wszystko jest możliwe i abyś dostał wszystko, czego chcesz i na co zasługujesz. Kiedy zaczynaliśmy, wszyscy byliśmy niepewni, nie dało się tego dotknąć, nie umieliśmy tego nazwać, nie wiedzieliśmy, czym to jest, aż nie poznaliśmy ludzi, którzy tak samo, jak my mają wszystko, czego pragną. W listopadzie 2019 roku pokażemy ci jak.

(więcej o takeandbe pojawi się na blogu wkrótce).


Tak bardzo dziękuje za ten rok i proszę, aby 2019 był tak samo dobry.

Follow:

Kup mieszkanie, wyjdź za mąż i przed trzydziestką miej pierwsze dziecko.

To paskudne uczucie być wykluczonym z tłumu. Nie wpisywać się ramy. Być odludkiem, którego ciężko zrozumieć. Odstawać od normy, nie pasować do reszty, nie działać zgodnie ze schematem.

Boli zarówno w szkole, jak i w pracy, wśród znajomych, rodziny i jak gasną światła, kiedy zostajesz sam ze swoimi myślami.

Tak bardzo, za wszelką cenę chcemy być potrzebni, bo to sprawia, że życie ma sens. Choć wszyscy chcemy być oryginalni i niepowtarzalni, to tak naprawdę jesteśmy tacy sami. Bo w szkole nigdy nie mówiono, żeby być szczęśliwym, musisz to szczęście znaleźć w sobie. Nikt nie wspominał, że dobrze zatrzymać się i zastanowić czego naprawdę chcemy. Aby czuć się dowartościowanym, musieliśmy zasłużyć dobrą oceną, byciem lubianym w grupie, lepszymi rzeczami lub drugą osobą, która jest w nas wpatrzona jak w obrazek.


Miałam fajne dzieciństwo, bo tak mało było mi do szczęścia potrzebne, że nic mi w życiu nie brakowało. Zawsze byłam w centrum zainteresowania, lubiana w grupie, szybko w związku z chłopcem, który gdyby mógł, oddałby mi cały świat, nawet kiedy ten świat kończył się na pierogach z borówkami, które ukradkiem podkradał z domu, abym ja była szczęśliwa. Zawsze miałam blisko kogoś, kto stanął po mojej stronie, nieważne czy chodziło o wybór filmu w kinie, miasto, w którym zamieszkam czy racje, której nie miałam. To taki rodzaj uczucia, że dla świata możesz być nikim, ale dla tej jednej osoby jesteś najpiękniejszy, najmądrzejszy, najzabawniejszy — jesteś lepszy, niż w rzeczywistości, a wtedy chcesz jeszcze lepszym być.

Wszyscy byli zadowoleni i ja byłam w strefie stabilizacji, której wymagał ode mnie świat. 8 lat w związku, wspólne mieszkanie, pełna akceptacja mojej rodziny, planowany ślub na 15.08.2015. Praca na pełen etat (z pewną emeryturą w przyszłości), marzenie o dwójce dzieci, psie, zakupie domu i wakacjach w ciepłych krajach. W tym związku przeżyliśmy tyle dobrych i złych rzeczy, że wydawało się, że tak wygląda życie i już nic nie jest w stanie nas poróżnić.

I gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, to… nie wiem, gdzie bym teraz była, ale na pewno spełniłabym oczekiwania całego świata wobec siebie. Byłabym żoną, matką, w domu, który starałabym się wypełnić miłością.


Ale pewnego dnia przypomniałam sobie, że jak byłam mała, to chciałam być prezydentem. Zawsze chciałam więcej. Nigdy w domu nie miałam monotonii i przysięgałam, że nie będę jej mieć. Chciałam, żeby słuchały mnie tłumy, bo byłam na tyle bezczelna, żeby twierdzić, że jestem najlepsza i zawsze mam racje. Nie rozstawałam się ze sceną, bo ona dawała możliwość mówienia wieloma głosami. Miałam w sobie zawsze tak dużo empatii, na tyle, że czasami zastanawiałam się czy nie dostałam też porcji empatii mojego brata (co często jest ogromnym ciężarem). Marzyłam o tym, żeby zostawić coś po sobie światu, co sprawi, że zostawię go lepszym, niż teraz. Wybierałam zawsze jakieś kręte ścieżki, w których gubiłam się, traciłam czas, popełniałam nieodwracalne błędy i szłam pod wiatr. Nigdy nie chciałam być taka jak inni, dlatego, kiedy panowała moda na kolczyki w języku i pępku, ja obiecałam nigdy sobie ich nie zrobić, kiedy dziewczyny nosiły czarne bluzy, ja ubierałam różowy sztruksowy żakiet, jak moi rówieśnicy odrabiali lekcje, ja pisałam pamiętniki, a gdy wszyscy po liceum poszli na studia, ja wybrałam szkołę aktorską. Wreszcie, kiedy oni szukali pierwszej pracy, ja miałam już trzecią w innym mieście.


I cały plan jak domek z kart legł w gruzach. Zawiodłam wszystkie oczekiwania świata i innych ludzi, nawet mojej rodziny wobec mnie. Wybrałam niepewność, mieszkanie w kawalerce i umowę o dzieło. Byłam przekonana, że będzie banalnie prosto, bo takimi szalonymi chłopcami, podobnymi do mnie jest wypełniony cały świat. Więc szaleńczo się zakocham, objedziemy razem cały świat, tak aby niedługo naszym dzieciom pokazywać wszystko, co do zaoferowania ma świat.

I też nie wyszło. Tyle tylko, że świat krzyczy głośniej i zalewa mnie pytaniami: gdzie Twój mąż? Kiedy będziesz miała chłopaka? Co, nikt cię nie chce? Musi być z tobą coś nie tak, skoro nikogo nie masz? Oraz a kiedy ty dzieci chcesz mieć? Czy wiesz ile masz lat? Ja w twoim wieku miałam dwójkę? Najzdrowsze dzieci rodzi się przed trzydziestką… ale będziesz starą mamą… jak również od 10 lat wynajmujesz mieszkanie? Wiesz ile byś już miała spłaconego kredytu? Wynajmowanie się nie opłaca.. i też ty sobie składki na emeryturę odkładasz? Bo na starość, to nikt ci szklanki wody nie poda…


Ja pieprzę! Co ja mam odpowiadać? Tak. Bardzo chciałabym, aby ktoś mnie pokochał, chciałabym kogoś poznać, zakochać się, nie widzieć świata poza drugą osobą. Mieć kogo trzymać za rękę, z kim iść do kina, na kolacje i do łóżka. Bardzo chciałabym, aby moi rodzice byli dziadkami, chciałabym mieć trójkę wspaniałych zdrowych dzieci, być młodą mamą, która nigdy się nie starzeje i jest najfajniejszą mamą w przedszkolu. I naprawdę chciałabym mieć swój dom albo chociaż mieszkanie, móc pomalować ściany na kolor, o który marzę, wynająć moją przyjaciółkę Adę, aby zaprojektowała mi najpiękniejsze przestrzenie pod słońcem. Chciałabym mieć zmywarkę i dużą wannę, mozaikowe kafelki w kuchni i dużą biblioteczkę. I bardzo chciałabym mieć umowę o pracę, składki, urlop i możliwość zachorowania nie przychodząc do pracy. Premie, szczeble kariery, kartę multisportu i wolne weekendy.

Ale… nie mam. I nie mogę zadręczać się tym i nie możecie ode mnie oczekiwać, tego, co jest normą dla całego świata. To są akurat rzeczy, na które często nie mam wpływu, jak dzieci czy kochający facet. Choć jestem przekonana, że na pewno gdzieś jest ktoś, kto czeka na kogoś tak szalonego, jak ja (jeśli znacie kogoś takiego, to ja jestem chętna rzucić wszystko i iść na randkę). Świadomie jednak wybrałam pracę, w której może nie ma tych wszystkich korporacyjnych profitów, ale przychodzę do niej z pełną satysfakcją i przyjemnością. I jestem pewna, że ta praca właśnie da mi możliwość kupienia tego domu czy mieszkania, jak tylko będzie mnie na to stać. Bo nie stać mnie na spłatę kredytu bankowi w wysokości kilkuset tysięcy złotych. Stać mnie na to, aby wynajmować mieszkanie, ale nie stać mnie na ryzyko utraty zdrowia i stresu, bo brakuje mi jakiś nic nieznaczących papierków.


Więc jeśli nie masz mieszkania, męża i dziecka przed trzydziestką, to przybij piątkę i nie daj się zwariować, bo każdy ma swój własny czas. I zawsze jest odpowiedni czas na wszystko. I może, to jest czas, aby w sobie poszukać dziecka i nie brać wszystkiego, aż tak poważnie.

A tak w ogóle, to już tak do samej siebie, jeśli urodziłaś się, by być prezydentem, to czy widziałaś prezydenta użalającego się nad sobą, że jest sam, bez dzieci i mieszkania. Głupia TY!

Follow:

DLACZEGO BOIMY SIĘ DZIELIĆ?

Znam wielu ludzi, którzy mają talent, zdolności czy umiejętności i tworzą, bo czują taką potrzebę, a potem chowają to, na co poświęcili godziny. Wkładają zeszyt do szuflady, zamykają komputer, ukrywają swoje zdjęcia, kładą w kąt gitarę w obawie przed tym, że świat źle oceni ich twórczość, będą nierozumiani, hejtowani albo – co gorsza – w ogóle niezauważeni. Taka postawa jest zupełnie zrozumiała, oni wolą pozostać w sferze bezpieczeństwa, tajemniczości i niejakiej stabilizacji twórczej. Przypomina mi się teraz taki cytat Sztaudyngera z mistrzowskiego wystąpienia Jacka Walkiewicza „Stabilizacja motylka, to szpilka”.


Życie jednak zna takie przypadki, kiedy ludzie postanowili pokonać strach i podzielili się swoją twórczością z całym światem. Teraz w dobie programów telewizyjnych typu talent show, YouTube i rozmaitych nowo powstających social mediów wystarczy kilka kliknięć palcem i „co ma być, to będzie”. Jednak okazuje się, że nadal robią to tylko jednostki, albo inaczej, pojedynczy twórcy, którzy mają w sobie nadprzeciętną ilość wytrwałości, sumienności, cierpliwości i odwagi.

A przecież to, co robisz, ma wartość, niesie za sobą radość, daje ci satysfakcje, więc dlaczego nie dzielić się tym z innymi, którzy być może poczują to samo co ty, w trakcie podziwiania, słuchania, czytania tego, co wyraża ciebie?

Mam taką przyjaciółkę, która pięknie śpiewa, pisze teksty, gra na ukulele. Uwielbiam słuchać jej głosu, czuje się wtedy taka spokojna i daje mi to mnóstwo radości. Rzadko jednak mam szansę posłuchać jej twórczości, bo skrzętnie ją ukrywa przed światem, twierdząc, że tworzy tylko po to, bo czuje, że musi wyrazić swoje emocje i robi to wyłącznie dla siebie. Moja przyjaciółka to twarda sztuka, nie przemawiają do niej błahe argumenty, motywacyjne bzdury czy słowa wyssane z palca. Zawsze, kiedy mam problem z przekonaniem kogoś do swojego zdania, szybko się zniechęcam, ludzie mają swoje racje, wiedzą lepiej, a moja energia niewarta jest zachodu. Jednak zupełnie inaczej jest, kiedy ci na kimś zależy, wtedy nie odpuszczasz. Dlatego przeczytałam setki artykułów, obejrzałam kilkanaście filmów i posłuchałam kilku podcastów, aby zapalić w niej mały płomień niepewności, czy aby na pewno warto ukrywać swoją twórczość. I tak powstała lista 7 powodów, dlaczego warto dzielić się z innymi swoim talentem.


1 POWÓD – KRYTYKA

Jesteś swoim jedynym krytykiem. Jesteś więc nieobiektywny. Możesz powiedzieć, że to jest takie tam pisanie, taka tam fotografia czy obraz, takie sobie granie bez wykształcenia muzycznego, że nic ciekawego, nic wartościowego. Jesteś sam dla siebie największym wrogiem i hejterem. Sam zabijasz swój talent i sam świadomie się nie rozwijasz. Stajesz się Norwidem XXI wieku, z tym że w przeciwieństwie do niego świat tobie daje multum możliwości.


2 POWÓD – DYSTANS

Wystawianie się na cudzą opinię, to też uczenie się odbierania krytyki. Cóż, jednemu się podoba, drugiemu nie, każdy ma jakąś swoją wrażliwość, nie dogodzisz wszystkim. Ale uczysz się zdrowego podejścia, dystansu, bronienia swojego zdania, dostrzegania zalet i przełknięcia wad swojego dzieła. Nawet jeśli sto twoich filmów na YouTube będzie miało 150 wyświetleń i będą to z pewnością twoi przyjaciele i rodzina, to nigdy nie wiesz, czy sto pierwszy film nie sprawi, że jakiś obcy człowiek, na drugim końcu świata się nie uśmiechnie. Nie wiesz, czy twoja twórczość, zapał i cierpliwość nie staną się inspiracją dla innych, nie wiesz, czy nie zbudujesz drugiego człowiek, nie wpiszesz się swoją twórczością w punkt jego życia. Na świecie jest 7,53 miliarda ludzi, dajmy na to, że 99% z nich jest obojętnych, to nadal zostaje ci siedemdziesiąt pięć milionów trzysta tysięcy ludzi, którzy nie są bierni.


3 POWÓD – ROZWÓJ

Nawet jeżeli myślisz, że twoja twórczość jest niedoskonała, że nie czujesz się mocny, że nie masz talentu, to dzieląc się z innymi, pokazujesz, że masz odwagę, że robisz to, co sprawia ci radość, bez względu na to, czy jest to brzydkie, głupie i złe. Nadal inspirujesz, bo dajesz jasny komunikat, jeśli ja dałem radę, to ty też możesz. Jednym słowem rozwijasz się, poprawiasz, dostajesz informację zwrotną. Pokazujesz pierwsze utwory, słuchasz opinii, przechodzisz jakiś etap, potem piszesz następne rzeczy i następne, inne. Ktoś może podpowie Ci, jak oszlifować ten diament. Ktoś da inne spojrzenie. Dzieło ożywa w kontakcie z odbiorcą, który nadaje mu nowe znaczenie. W ten sposób to, co stworzyłeś, żyje w każdym człowieku, który się z tym zetknął.


4 POWÓD – SZANSA

Internet to medium, które w prosty sposób pozwala nam skontaktować się z każdym człowiekiem na świecie. Ja bardzo w to wierzę. Kiedy dzielisz swoją twórczością, masz szansę trafić na odbiorcę, który jest jednocześnie profesjonalistą, co oznacza, że zna się trochę bardziej niż inni. Kto wie, co może z tego wyjść? Może jakieś zamieszanie, może coś dobrego? No, chyba że nie chcesz zamieszania. Może chcesz po prostu coś sobie stworzyć, a potem sobie to schować. Tylko szuflada, plik na komputerze, zapisany notatniczek zrozumie, przyjmie, przechowa. Może i tak, ale nic nigdy się nie zmieni. Musisz sobie to powiedzieć w lustrze i zaakceptować, że zawsze będzie tak jak teraz.


5 POWÓD – WĄTPLIWOŚCI

Musisz sobie uświadomić, że każdy je ma. Największe talenty, najlepsi sportowcy, najmądrzejsze umysły. Słyszałam kiedyś taką opinię, że zazwyczaj jest tak, że im większy masz talent, tym większe ogarniają cię wątpliwości.

Sądzę, że masz i chęci, i talent. Większy, niż sądzisz ale mniejszy, niż pragniesz. Ale takich co mają i chęci, i talent jest wielu, a mimo to większość z nich nigdy do niczego nie dochodzi. To tylko punkt wyjścia, by cokolwiek w życiu zrobić. Wrodzony talent jest jak siła dla sportowca. Można urodzić się z większymi lub mniejszymi zdolnościami. Ale nikt nie zostaje sportowcem tylko i wyłącznie dlatego, że urodził się wysoki, silny lub szybki. Tym, co czyni kogoś sportowcem jest praca, praktyka i technika. Wrodzona inteligencja jest tylko i wyłącznie amunicją. Żeby ją skutecznie wykorzystać musisz przekształcić swój umysł w precyzyjną broń. – Carlos Ruiz Zafon “Gra anioła”


6 POWÓD – SUKCESY

Ten powód jest realnym dowodem na to, że warto. Podobno jedna z piosenek Edda Sherana (o którym mój przyjaciel twierdzi, że nie umie śpiewać) uratowała życie pewnej nastolatce, Eminem do dziś opowiada w wywiadach, że gdyby nie sukces związany z muzyką dawno siedziałby w więzieniu, a urodzony w 1922 roku Alfred Schreyer ostatnim polski Żyd z Drohobycza, więzień trzech obozów koncentracyjnych i muzyk, mówi wprost: „Muzyka – to moje życie! Teraz jestem w stanie coś zaśpiewać, a nawet podróżować po Europie z moim trio, które się nazywa „Trio Schreyera”. Jednak im bardziej zagłębiałam się w temat, tym bardziej byłam przerażona. Justin Bieber, Shawn Mendes, Torii Kelly, Jacob Sartorius, Jojo Siwa, Kate Upton, Christina Gimmie czy nasze polskie podwórko Tomasz Tomczyk, Krzysztof Gonciarz, Dawid Kwiatkowski i wielu, wielu, naprawdę wielu innych, którzy, nawet jeśli jeszcze nie zostali zauważeni, to stanie się to za chwilę. A pomimo to, ludzi, tacy jak oni to nadal pojedyncze jednostki i szary tłum. To Twoja decyzja, w którym szeregu stoisz.

Poniżej przedstawiam muzyczne dowody, których twórcy najchętniej pozbyliby się z internetu, albo wręcz przeciwnie specjalnie pozwalają im trwać, aby właśnie przekonać innych do dzielenia się.

Edd Sheeran – jeszcze chłopiec z prostą gitarą, bez tatuaży, śpiewający w sadzie.

Justin Bieber – naprawdę myślisz, że to dziecko miało widoczny talent? 

Christina Grimmie – ta amerykańska piosenkarka przyznaje, że bardzo wstydziła się zamieszczać w Internecie covery. 

Kiedy przygotowywałam się do tego artukulu, obejrzałam również mnóstwo filmów z gatunku muzyczny dokument. Głównie po to, aby mieć konkretne podparcie dowodowe. Polecam Wam obejrzeć, to bardzo motywujące filmy, które przekonują, że warto wyjść poza strefę własnego bezpieczeństwa i pokazać co nam w duszy gra.

“Masz talent” reż. David Frankel

Historia prawdziwa z Britain’s Got Talent w tle autorstwa Davida Frankela. Uroczy obraz pokazujący wprost, że warto podzielić się swoją twórczością jest film “Masz talent”. Główny bohater Paul Potts to 40-letni sprzedawca, który do śniadania lubi posłuchać utworów operowych. Nigdy nie skończył żadnej szkoły muzycznej, a jego śpiewanie ogranicza się do czterech ścian domu dzielonego wspólnie z rodzicami. Kiedy postanawia wreszcie podzielić się ze światem swoją twórczością, okazuje się, że los nieustannie zrzucamu kłody pod nogi.

“O krok od sławy” reż. Morgan Neville

Kolejny dowód na dzielenie się własną twórczością to Laureat Oscara za Najlepszy Dokument Pełnometrażowy “O krok od sławy”. Film o wątpliwościach, normalności i byciu zawsze w cieniu.

“Sugar Man” reż. Malik Bandjelloul

Kultowy już, ale warty przypomnienia sobie “Sugar Man” czyli jeden z najbardziej pozytywnych i zarazem smutnych filmów. Historia Rodrigueza to opowieść o sile skromności, pokory, ale też i tym, ile tak naprawdę zależy od szczęścia i trafienia w życiu na odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Pomyślcie co, by było, gdyby Rodriguez wychowywał się teraz w dobie Internetu.

“Boska Florence” reż. Stephen Frears

Wisienkom na torcie jest oparty na faktach autentyczny film  “Boska Florence” o niesamowitej Florence Foster Jenkins, które kochała muzykę ponad życie. I udowodniła, że jeśli się czegoś chce i wierzą w ciebie inni ludzie (lub chociaż tak myślisz), to można to osiągnąć nawet za wszelką cenę.


Gdybym bała się dzielić, tym co piszę, nigdy byście tego nie czytali. I nigdy nie powstałyby wpisy, które sprawiły, że ktoś się uśmiechnął, albo poczuł podniesiony na duchu, albo pomyślał: “ale idiotka, jestem lepszy niż ona” lub “ej ja też tak mam”. Jak zaczynałam, pisałam tak źle, że moi przyjaciele wytykali mi błędy ortograficzne. Stylistycznie nie dało się tego czytać, a jednak chwytało za serce. I to serce jest kluczem, i w dzieleniu się, i w odwadze, bo jeśli ono słucha to zawsze warto. Bo ono nie ocenia, nie dostrzega błędów, nie krzywdzi i zawsze rozumie.

Ten artykuł powstał dla moich przyjaciół Pauliny Jeronim i Damiana Podrazy, którzy według mnie mają wszystko, aby przekazywać swoją twórczość dalej. Myślę jednak, że każdy odnajdzie w nim cząstke siebie. Bo warto właśnie w sobie poszukać czegoś, co może dla naszego wewnętrznego krytyka jest słabe, a mimo to sprawia nam radość i po prostu to róbmy, a gdy poczujemy, że jesteśmy gotowi podzielić się tym ze światem – nie zastanawiajmy się ani chwili. Po prostu to zróbmy. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że porwą Wasze serca, Paulina z Damianem, jak również, Wy dacie swoją twórczością porwać moje i wiele innych.


Cześć, długo pracowałam nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to tylko moment, a dla mnie to dowód, że moja praca ma jeszcze jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.

 

Follow:

A TY, JAK OCENIASZ LUDZI?

O założeniu przeze mnie konta na aplikacji TikTok (dawniej Musically) będzie na pewno osobny wpis, choć myślę poważnie, aby napisać na ten temat książkę. Pomyślcie, 29-letnia dziewczyna, która odkrywa, bawi się, a na końcu myśli bardzo poważnie o aplikacji, która została stworzona dla dzieci. To prawie tak jakbym teraz zaczęła bawić się w piaskownicy lub oglądać bajki albo – co gorsza – grać w klasy na podwórku i śpiewać piosenki Disneya jadąc metrem. Chociaż wiecie co, zdradzę wam, że tak mam zamiar przeżyć swoje życie. Wygłupiając się, śmiejąc, robiąc niestosowne dla dorosłych rzeczy i bawiąc aplikacjami stworzonymi dla dzieci. Tyle bowiem jest w dorosłym życiu szarości, odpowiedzialności, smutku, wymagań od świata, że bycie szczęśliwym, z pozoru nieodpowiedzialnym szaleńcem całkowicie mi odpowiada. Wystarczy, że życie funduje nam koszmary, sami powinniśmy zadbać o komedię. Ale to nie jest wpis o byciu dorosłym dzieckiem, a o ocenianiu innych, a właściwie o zadaniu sobie pytania: czy można nie oceniać ludzi?


ONI MNIE

Dorosłość ewidentnie mnie zaskoczyła, nie wiem, jak to się stało i – co gorsza – jak to zatrzymać. Jak byłam dzieckiem, wydawało mi się, że im bardziej się od siebie różnimy, tym lepiej, a jednocześnie wszyscy się rozumiemy. No bo jesteśmy przecież ludźmi, jednym gatunkiem, każdy ma taki sam mózg, serce i empatię. Mam wrażenie, że długo żyłam w takiej bańce mydlanej, dopiero jak byłam nastolatką, zaczęłam dostrzegać, że każdy człowiek jest inny, a im bardziej skomplikowany, tym trudniej go zrozumieć, zaakceptować i powstrzymać się od oceniania.

Nie wiem, czy najpierw ja zaczęłam oceniać, czy to ja byłam oceniana. Ale oceniano mnie zawsze przez pryzmat brata, twierdzono, że jestem tak samo nienormalna, jak on. Jednak nie było mnie to w stanie złamać, wychowałam się bowiem na osiedlu w nowej hucie, gdzie, jeśli byłam w stanie wytłumaczyć sytuacje z moim bratem chłopcom siedzącym na ławce, których ideały sięgały dna, zanim zaczęli wiedzieć co to dno, to wiedziałam, że z innymi będzie tylko łatwiej. Byłam dziewczyną z białymi włosami, która do 15 roku życia próbowała wszystkiego, co nastolatce oferowało życie. Próbowałam śpiewać, tańczyć, pisałam poezje, uprawiam sport, grałam w planszówki, czytałam książki, pracowałam, sprzedając warzywa na targu, ale i piłam alkohol, paliłam papierosy, biegałam po dachach, chodziłam na domówki i nieraz uciekałam przed policją. Ciężko wtedy było mnie ocenić, bo z jednej strony byłam empatyczną, wrażliwą dziewczynką, a z drugiej niegrzeczną chłopczycą, która robi bardzo nielegalne i niebezpieczne rzeczy.

Ocenianie jednak zawsze mi towarzyszyło, a to, że chuda, a to, że wyzywająca, a to, że słabo się uczy, a to, że nic z niej nie wyrośnie, nic nie osiągnie, do niczego nie dojdzie. Pamiętam, że strasznie mnie ta krytyka motywowała. Pewnie dlatego, że byli to obcy ludzie, w domu zawsze mówiono mi: dasz radę, uda ci się, możesz wszystko, jesteś najlepsza! I z tą siłą wychodziłam na pole — podbijać świat. Bardzo ważne jest to, co mówisz swojemu dziecku, bez względu na to, z czym zetknie się na ulicy, bo to albo da, albo odbierze mu siłę, którą ma każdy człowiek jak się tylko rodzi.


JA ICH

Nie dajcie się jednak zwieść, nie byłam aniołkiem. Dużo i często oceniałam innych. Oceniałam bardzo pochopnie, niesprawiedliwie i niesłusznie. Może dlatego, że czułam się silna i lepsza. Do pewnego wieku, spróbowałam przecież więcej rzeczy niż moi rówieśnicy. Byłam zazwyczaj lubiana w grupie, zawsze w centrum uwagi, uśmiechnięta i zabawna ekstrawertyczka. Dlatego pewnie pozwalałam sobie na więcej, oceniałam i nie rozumiałam ludzi, którzy dobrze się uczyli, którzy nie nosili modnych w tych czasach dzwonów, oceniałam dziewczyny, które nigdy nie miały chłopaka i chłopców, którzy byli dla mnie frajerami bez przyszłości na fajne życie. Oceniałam dzieci bogatych rodziców, że mają łatwo i nie będą umiały same zrobić kroku w przód, znajomych, którzy nie umieli grać w gry zespołowe oraz ludzi, którzy wstydzili się wyjść i powiedzieć wierszyk. Nie rozumiałam tych, którzy nie umieją tańczyć, nie są adorowani, nie mają przyjaciół ani fajnych ciuchów. Teraz jak to wspominam, myślę sobie, jak okrutnymi jesteśmy dziećmi i jak wielką krzywdę wyrządzamy innym, oraz że robimy to tylko po to, aby podbudować swoje ego. Nie da się ukryć, że jako jednostki potrzebujemy czuć się lepsi, wyjątkowi, odmienni, indywidualni. Ludzi, którzy według nas nie postępują do końca właściwie, wolimy dyskretnie obserwować z pewnej odległości. To właśnie buduje nasze ego i sprawia, że w jakiś sposób czujemy się od nich lepsi. Świadomie bądź nie, odczuwamy potrzebę, by czuć się lepszymi od innych, pragniemy manifestowania dezaprobaty do pewnych postaw. Jednak osądzając, zamykamy drzwi dla empatii i zrozumienia. To musiałam zrozumieć, będąc już dużą dziewczynką, bo jak nie wierzyć w karmę, kiedy absolutnie wszystko, całe to ocenianie wróciło do mnie rykoszetem.


KARMA

Nie wiem, czy macie tak samo, ale ja się boję robić złe rzeczy, doświadczenie nauczyło mnie, że absolutnie wszystkie uczucia, czyny i rzeczy wracają jak bumerang. Stało się to, jak miałam 20 lat i przeprowadziłam się do Warszawy. Życie wtedy postanowiło całkowicie wystawić mnie na próbę. Wszystkie zachowania i uczucia, którymi obdarzałam innych, wróciły do mnie całkowicie. Na początku byłam silną dziewczyną i walczyłam z tym, co mnie spotyka, ale szybko okazało się, że bez przyjaciół z Krakowa, rodziny i znajomości każdego kąta jestem pustą, cienką, lekką i łatwą do zniszczenia kartką papieru. Całe to poczucie starałam się wtedy zwalczać złością, zazdrością, krzykiem i ocenianiem innych właśnie. Na nic się to zdało, było jeszcze gorzej. Im bardziej tkwiłam w tych negatywnych uczuciach, tym gorzej działo się w moim życiu. Byłam najgorszą wersją siebie, nikt mnie nie akceptował, o byciu w centrum uwagi już nie wspomnę. Na castingach (wtedy byłam po szkole aktorskiej) okazywało się, że jestem specyficzna, ale nie piękna i zdolna — jak mi się zawsze wydawało. Zderzyłam się z rzeczywistością braku pieniędzy na fajne ciuchy, nie miałam żadnej pasji, własnego miejsca, znajomych, wstydziłam się wyjść do ludzi, tak jak śmiałam się z dzieci, które wstydziły się wyjść powiedzieć wierszyk. Chłopcy, których nazywałam frajerami, chodzili z pięknymi dziewczynami, mieli dobrą pracę i właśnie planowali kolejne wakacje. A z uśmiechniętej i zabawnej ekstrawertyczki stałam się pełną poczucia niesprawiedliwości, źle życzącą innym wiecznie nadąsaną dziewuchą.

Wtedy uratowała mnie znowu rodzina, a mianowicie tata, który w pewnej rozmowie telefonicznej powiedział mi, że jeśli wszystko idzie źle, to nie świat jest zły, tylko z Tobą jest coś nie tak. Pamiętam, że się popłakałam, a następnego dnia zaczęłam od nowa. Ta pusta kartka była gotowa rozpocząć nowy rozdział.


A TY?

I wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dlatego, kiedy mówię o tym, że da się wszystko zacząć od nowa i że można wszystko osiągnąć i że w każdym momencie życia można się zmienić, to naprawdę jestem tego pewna, bo jestem tego najlepszym przykładem.

Ale czy od 20 roku życia nie oceniam innych? Oczywiście, że nie. I bardzo ze sobą walczę. Zmieniło się jednak to, że staram się przed jakąkolwiek oceną, zadawać pytania i włączać empatię oraz wrażliwość, tak jak włączamy pilotem telewizor. Zaczęłam tę notkę od aplikacji dla dzieci TikTok, bo to ona pokazała mi, jak nawet najbliżsi przyjaciele nie są w stanie powstrzymać się od oceniania i zakładania, że jesteś durny. Nie mówię, że to źle, bo to całkowicie naturalne, ale rzeczywiście to przykład jak wszyscy ocenili mnie, bez zapytania, dlaczego to robisz. A gdyby to zrobili, wiedzieliby, co mną kieruje. Gdyby spytać ludzi o to, czy przejawiają w życiu empatię, większość by odpowiedziała, że tak. I pewnie tak jest. Kiedy przychodzą do nich przyjaciele, aby zwierzyć się ze swoich problemów, potrafią wtedy wczuć się w ich położenie, a nawet pocieszyć. Z problemami idzie nam całkiem dobrze, gorzej radzimy sobie z sukcesami, zabawnymi pomysłami i nienaturalnymi zachowaniami, nawet naszych przyjaciół.

Wracając jeszcze do początku tego artykułu, czyli do przeżycia życia dorosłego jak małe dziecko myślę, że jako ludzie dorośli jesteśmy leniwi, jeśli chodzi o poznawanie świata. Jako dzieci chcieliśmy wiedzieć coraz więcej, o wszystkim, zadawaliśmy głupie pytania, robiliśmy rzeczy spontanicznie, a odruchowe co to jest? Albo, dlaczego tak jest? Z czasem doprowadzało dorosłych do złości, ale dla nas jako dzieci było bardzo rozwijające. Lata jednak biegną, a my wyrastamy z tych ciekawskich i spontaniczny dzieci, tracąc ciekawość świata, a już na pewno ciekawość drugiego człowieka. Według psychologów społecznych Susan Fiske i Shelly Taylor, ludzie są „skąpcami poznawczymi”. Oszczędzamy swoją energię poznawczą, w zamian kierując się utartymi przekonaniami, upraszczając złożone problemy. Oceniamy, bo to najłatwiejsze rozwiązanie, które pozwala nam oszczędzać energię, a i sprawia, że siłą rzeczy budujemy swojego ego, aby być lepszymi od ocenianego.


SERIO?

Nikt nie chcę, aby nazywano go skąpcem, czy jeśli chodzi o finanse, czy o ciekawość świata. Mam wrażenie, że nie da się nie oceniać, ale można przestać oceniać po pozorach, można zadawać więcej pytań, można być ciekawym drugiego człowieka, można włączyć guzik głęboko chowanej empatii. Bo zarówno ta niemodnie ubrana dziewczyna, jak i ten chłopak co nie wyjeżdża na wakacje od lat i ta pani co pracuje w korporacji i twój znajomy co nagrywa słabe filmy na YouTube, albo robi z siebie wariata na TikToku, to za każdym ich wyborem stoi jakaś decyzja, jakieś priorytety, jakieś doświadczenia i jakiś plan. A nawet jeśli nie, to może po prostu dobrze się bawią, a to sprawia im radość, ratując im jednocześnie życie. Dopóki nie zapytasz, nigdy nie dowiesz się, o co chodzi. Wiadomo, oceniać jest łatwiej, ale i prędzej okazuje się, że wychodzimy na głupców, nie rozumiejąc innych i zakładając, że wiemy lepiej.

Myślę, że trzeba spróbować na chwilę odrzucić stereotypowe myślenie i pozwolić sobie oraz innym na bycie dziwakiem czy 30-letnim dzieckiem. Bo nawet jeśli dla nas jest to trudne, to innym może dodać pewności siebie, siły i wiary we własne możliwości. Możesz codziennie sprawić, że ktoś poczuje się potrzebny, wysłuchany i wyjątkowy albo niechciany, dziwny i głupi — twój wybór. Pamiętaj tylko, że karma wraca. Serio.


Cześć, długo pracowałam nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to tylko moment, a dla mnie to dowód, że moja praca ma jeszcze jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.

Follow:

U mnie w domu deszcz

Są takie rzeczy, sprawy, sytuacje czy uczucia, których nie da się opisać słowami. Widziałam w życiu różne cierpienia, słabości i upadki. Oglądałam wojny, uczestniczyłam w bitwach, krzyczałam i kłóciłam się nieraz. Doświadczałam wielu porażek i popełniałam błędy, które bolały. Kiedy ktoś niezwykle bliski zabił człowieka, czułam się współwinna, bo przecież coś mogłam zrobić. Wiem, jak to jest odwiedzać kogoś w więzieniu, w szpitalu i w hospicjum. Jednak nic, co przeżyłam dotychczas, nie równa się z tym, co dzieje się w moim domu.


MASLOW SIĘ POMYLIŁ 

Na studiach dużo uczyłam się o metodzie Abrahama Maslowa, który badał potrzeby niezbędne do życia dla człowieka. W wyniku wielu lat badań powstała bardzo znana piramida Maslowa, która w pięknej teorii przedstawia hierarchię potrzeb. Na górze piramidy widnieje szeroko pojęta samorealizacja, czyli dążenie człowieka do rozwoju swoich możliwości. Zaraz pod jest szacunek i uznanie, które odpowiadają za rzekome potrzeby uznania i prestiżu we własnych oczach i w oczach innych ludzi. Jako trzecia z potrzeb uplasowała się przynależność, czyli nawiązywanie bliskich stosunków oraz uczestnictwo w życiu jakiejś grupy. Przedostatnia potrzeba to bezpieczeństwo. A ostatnie są potrzeby fizjologiczne, czyli wymagania fizyczne potrzebne do przetrwania człowieka. Maslow dodaje, że jeśli potrzeby fizjologiczne nie są zaspokojone, dominują nad wszystkimi innymi potrzebami, wypierają je na dalszy plan i decydują o przebiegu zachowania człowieka.

U mnie w domu było zawsze dużo mądrości i miłości, ale dokładnie tyle samo jest cierpienia i bólu. Agresji, złości, krzyku, słabości. Skąd się to bierze? Jeśli chcesz mnie zrozumieć, to proszę, weź udział w zabawie, którą przygotowałam.

Spróbuj przez 5 minut wyobrazić sobie taki stan. Wchodzisz do pomieszczenia, w którym jesteś sam na sam z człowiekiem (przystojny, wysoki brunet, lat ok. 30, taki jak ten ze zdjęcia wyżej), na pierwszy rzut oka wygląda normalnie, ale po chwili orientujesz się, że strasznie cierpi, okazuje się, że słyszy w głowie głosy i nic nie potrafi zrobić sam. Mimo że ma zdrowe ręce i nogi, to nie potrafi nic powiedzieć i nie umie wyartykułować co myśli. Od teraz jest skazany na twoją łaskę, a ty kierujesz się tylko własnym sumieniem. Dodajmy do tego więzy rodzinne, może będzie Ci trudniej. Nie mija piętnaście minut, jak ten człowiek zaczyna krzyczeć, tak jakby obdzierali go ze skóry, ostatnio taki krzyk słyszałeś pewnie na dobrym horrorze. A on dodatkowo, nadal krzycząc, a jednocześnie śmiejąc się, bije się po głowie. Zapewne próbujesz mu pomóc, ale on odpycha twój dotyk, choć, kiedy mówisz, to widzisz, że on słucha uważnie każde wypowiedziane zdanie. I jesteś pośrodku tego pomieszczenia, z krzyczącym silniejszym od ciebie człowiekiem, któremu ewidentnie dzieje się krzywda. Co robisz?

Więc odpowiedź A: dzwonisz na pogotowie, bo nie chcesz, aby zrobił sobie krzywdę, a i problem będzie z głowy, wrócisz do domu, zaprosisz przyjaciół, włączysz dobry film i zapomnisz. Kiedy jednak postanowisz, sprawdzić jak ten człowiek się czuje, po kilku dniach zobaczysz, że umarł w szpitalu. Przedawkowane leki, upadek na ziemię i rozbita czaszka. Wybrałeś złą odpowiedź, zabiłeś bliskiego sobie człowieka.

Wróćmy więc do historii, załóżmy, że wybierasz odpowiedź B: jesteś szlachetny, silny i cierpliwy, dlatego zamierzasz przeczekać ten stan, przecież to się kiedyś skończy, przyjdzie noc, zaśniecie, będzie lepiej. Ale noc przychodzi, a on nie usypia i nie daje ci usnąć, dodatkowo całe pomieszczenie jest wypełnione gównem, ale cieszysz się, bo chwilowo przestał krzyczeć. Lepsze to gówno niż bezradność. Myślisz, że może wysrał wszystkie problemy i teraz będzie lepiej, ale musisz to posprzątać, a na samą myśl wymiotujesz. Jednak bierzesz się w garść, nie takie rzeczy… i sprzątasz dzielnie, w końcu jesteś nieustępliwy. I kiedy myślisz, że pozbyłeś się problemu, wszystko wraca do normy sprzed godziny, krzyk, agresja i złość. I czujesz się kurewsko bezradny, bo widzisz, że ktoś cierpi, a ty nie możesz absolutnie nic zrobić. No, ale przecież tak się nie da żyć, dlatego odchodzisz, mając świadomość, że zostawiasz tego człowieka na pastwę losu, sam pewnie zginie, nie później niż w tydzień.

Ale spokojnie, możesz wybrać odpowiedź C: rezygnujesz ze swojego życia i poświęcasz je, składając uroczystą przysięgę, że na zawsze będziesz babrał się w kupie, nigdy nie zobaczysz niczego, co świat ma do zaoferowania, już nigdy nie wyjdziesz do kina ani do teatru, nie przeczytasz książki, nie poznasz nowych ciekawych ludzi, nie pójdziesz do restauracji, nie rzucisz wszystkiego i nie wyjedziesz na Bieszczady. Mało tego osoba, którą najbardziej kochasz, będzie wyrządzać Ci codziennie cielesną i psychiczną krzywdę. Obiecujesz, że będziesz starał się z całych sił, wiedząc, że nigdy nie będzie ani odrobiny skutków twojej pracy. Będziesz budował, a osoba, którą kochasz, będzie niszczyła wszystko, co zbudowałeś. Już nigdy się nie wyśpisz, ale będziesz miał złotą kartę w aptece za ciągłe wykupowanie leków, które będziesz miał wrażenie, że nic nie pomagają. Stracisz wszystkich przyjaciół, bo jak chcesz ich utrzymać, skoro nie będziesz się z nimi spotykał? Rodzina nie podzieli się z tobą nawet kawałkiem działki (na której mógłbyś wybudować dom, aby człowiek, którym będziesz się opiekował całe życie miał trochę lepsze warunki) twierdząc, że masz cudowne życie, bo dostajesz rentę. Twój każdy dzień będzie taki sam, ale zaczniesz cieszyć się z małych rzeczy. Reasumując, ratujesz komuś życie i tracisz własne życie.

Pytanie, które się nasuwa jako pierwsze to, dlaczego akurat mi życie zgotowało taki los? A potem już lawina pytań, na które odpowiedzi nigdy nie uzyskasz: dlaczego to ja jestem pozostawiony przed wyborem bez wyjścia? Co złego musiałem zrobić, żeby los mnie tak wynagrodził?

Jeśli Maslow twierdził, że człowiek nie jest w stanie funkcjonować, bez podstawowych potrzeb to zapraszam go do siebie do domu, gdzie się nie śpi, nie można czuć się bezpiecznym, nawet najbliżsi nie mają uznania za to, co robisz, a samorealizacja sprowadza się do przeżycia kolejnego dnia. Zapraszam do domu, w którym niepewność i stres są na porządku dziennym. Zjesz tutaj gorącą zupę, a wychodząc, już nigdy nie będziesz narzekał na swoje życie, bo docenisz każdy postawiony krok, każdego napotkanego człowieka, każdą umiejętność i każdy najmniejszy szczegół. W twoim życiu już nigdy nie będzie ważne, czy ktoś cię denerwuje w pracy, czy zdasz egzamin na studiach lub, czy zjesz dzisiaj dobre sushi.


TANIEC W DESZCZU

Choć ciężko uwierzyć, to nawet jeśli w moim domu pada deszcz, to my się w tym deszczu nauczyliśmy tańczyć. Bo rezygnacja ze swojego życia, to zmiana swojego życia. To cena za bycie niezwykłym, jedynym w swoim rodzaju, oryginalnym. To ciekawe jak wielu z nas stawia sobie to za cel nadrzędny, a bycie niezwykłym, to nie zawsze sukces, sława i radość, czasami, choć moim zdaniem częściej to walka, cierpienie i odrzucenie. Moi rodzice zasługują na pomnik cierpliwości, miłości i oddania. Mój brat zasługuje na drugie życie, bo każdego dnia widzę na jego twarzy jedno pytanie: dlaczego, kurwa ja? Pomimo tego wszystkiego, mój dom jest pełen wdzięczności, za każdy dobry dzień, za każdy mały szczegół, za każdy promień słońca. Nie znam nikogo innego kto, mając w domu koszmar, potrafi cieszyć się, że przynajmniej nie pada deszcz. I nie znam drugiej tak zgranej drużyny — jak moja mama i tata. Ale to właśnie z bratem łączy mnie niesamowita więź, bo to on, mimo że nigdy nie powiedział ani jednego słowa nauczył mnie, że ludzie zawsze będą się gapić i zawsze będą gadać, i niech się gapią i gadają, bo nie wmieszasz się w tłum, jeśli urodziłeś się, aby się wyróżniać. Nauczył mnie również tego, że dobrze jak pada deszcz, bo oprócz tego, że uczysz się świetnie tańczyć, to gdy tylko wychodzi słońce, wydaje mi się, że mam wszystko  co potrzebne do szczęścia.


MASZ WSZYSTKO

Ten wpis jest pełen żalu i poczucia niesprawiedliwości, ale sprowadza się do jednego: masz wszystko. Jeżeli czytasz ten wpis, to masz wszystko. Jeżeli widzisz, słyszysz, czujesz to masz wszystko. Jeżeli chodzisz, piszesz, oddychasz to masz wszystko. Jeżeli masz się w co ubrać, mijasz ludzi na ulicy i umiesz podejmować decyzje to masz wszystko. Jeżeli samodzielnie pijesz, jesz i załatwiasz potrzeby fizjologiczne to masz wszystko. Jeżeli możesz uprawiać sport, zarabiać pieniądze i realizować swoje pasje to masz wszystko. Jeżeli możesz śmiać się, płakać i popełniać błędy to masz wszystko. Jeżeli masz możliwości podróżowania, uczenia się, bawienia życiem to masz wszystko. Jeżeli myślisz, rozumiesz, kochasz to masz wszystko.

Pokochaj swoje życie, takim, jakim jest teraz, bo naprawdę, wierz mi, masz wszystko, aby pozostawić ten świat lepszym, i masz wszystko, aby być szczęśliwym człowiekiem.


Cześć, długo pracowałam nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to tylko moment, a dla mnie to dowód, że moja praca ma jeszcze jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.



 

Follow: