Katarzyna Stefańska

Posts by this author:

bomba na ursynowie

Wracam z Łodzi do Warszawy, jest po 22, okazuje się, że ulica, na której mieszkam, jest zamknięta. Szybko dowiaduje się, że jest podejrzenie podłożenia bomby przy Ul. Zaruby, pytam, czy to bezpieczne, abym doszła do domu, słyszę, że na własną odpowiedzialność. Na ulicy mnóstwo ludzi, karetka, straż pożarna, kilka radiowozów policyjnych, wóz saperski — nie robi to jednak na mnie wielkiego wrażenia, widok jak zwyczajny plan filmowy. Spotykam sąsiadów, od których dowiaduje się, że ewakuowano mieszkańców z bloku obok, bo ktoś zadzwonił, że jest bomba.

Trochę zaczynam czuć powagę sytuacji. Na dobre orientuje się, że to nie żarty, kiedy odbieram kilka telefonów z pytaniami, czy żyje i czy wszystko u mnie w porządku. Albo to ci, którzy uważnie obserwują media, albo ci, których na mnie zależy. To teraz bez znaczenia, bo taśmy policyjne coraz bardziej przesuwane są w stronę bloku, w którym mieszkam, policjanci informują, że polecają pójście do domu. Obiecujemy z sąsiadami informować się i budzić w razie, gdyby ewakuacja niezbędna była również w naszym bloku.

Wchodzę do domu. Siadam na wersalce i myślę sobie jakie życie jest kruche. Rozglądam się po 24-metrowej kawalerce, która spełnia funkcje tymczasowego domu, mimo że w żadnym stopniu nie jest moja i mam refleksje nad tym, co właściwie należy do mnie i ile warte są te wszystkie przedmioty, którymi się otaczam. Na poważnie zastanawiam się, co wzięłabym ze sobą, gdyby ktoś kazał mi natychmiast stamtąd wyjść. Myślę o komputerze, dokumentach, książkach i dyskach, ale po chwili zdaje sobie sprawę, że w razie nagłego wypadku, nikt nie pozwoli mi spędzić kilkunastu minut na myśleniu i pakowaniu rzeczy. Koniec końców zostanę sama ze sobą i wychodzi na to, że to wszystko, co mam.

Doznaje olśnienia, bo nie komputer, zdjęcia, dyski, książki, pamiętniki, a myśli, wspomnienia, marzenia, pamięć i nadzieja to wszystko, czym jestem i co powinnam pielęgnować. Pierwszy raz tak dosadnie zdaje sobie sprawę, że nie w rzeczy należy inwestować, a w doświadczenia, siebie i ludzi wokół. Podczas ewakuacji nie muszę zabierać tych wszystkich rzeczy, bo są one głęboko we mnie i zabrać ich nie może nikt. W dodatku mam wrażenie, że coś we mnie pęka i, że cała wypełniam się wdzięcznością, i nagle przed oczami pojawiają się możliwości, i już wszystko wiem, i chcę zacząć działać, i dziękować i…

Moją ekscytację przerywa wiadomość od sąsiadki, że sytuacja opanowana, bo bomba okazała się atrapą. Informacja ta, to nie dość, że ulga, ale też poczucie, że mam ogromne szczęście mając takich sąsiadów, od których zawsze mam wsparcie, nawet jak mimo braku czasu nie widujemy się tygodniami. Doceniam też wszystkich, którzy bali się o moje zdrowie, dzwoniąc i pisząc w trakcie akcji, która trwała niespełna 2 godziny.

Sytuacje, jak ta z bombą zdarzają się pewnie nagminnie na całym świecie, ale zawsze wydaję nam się, że są gdzieś daleko i nie spodziewamy się, że kiedykolwiek mogą nas dotyczyć. Można więc tę akcję potraktować jak incydent, żart, pomyłkę, zapomnieć o niej, albo zobaczyć i doświadczyć małego cudu, bo kto wie, czy nie zdarzyło się to, aby chociażby jedna osoba, doceniła i przemyślała to, co ma i co naprawdę jest ważne?

Bo gdyby zabrano ci wszystko co masz materialnie, to czy pozostałbyś nadal szczęśliwy?

Follow:

W/DECH

Niedziela rano. Wstaje z łóżka. Świeci słońce. Idę na spacer. Pierwsze piętnaście minut to nieustające wyrzuty sumienia i miliony pytań. Ciekawe, że mózg nie zapamiętuje prostych informacji, które powinien, ale kiedy tylko może zachowuje się jak przeglądarka mająca setki otwartych kart, z którymi sobie nie radzi. “Gdzie jesteś, czemu chodzisz bez celu, co robisz ze swoim życiem, zrób coś efektywnego, zadzwoń do kogoś, napisz coś, obejrzyj, wejdź na pocztę, włącz muzykę, zajmij się czymś, czemu nic nie robisz?”

To prawda, nie zaplanowałam tego dnia, nie robię nic ważnego. To jeden z niewielu dni w ciągu roku, kiedy nie pracuje, nie myślę, nie uczę się, nie rozmawiam z nikim i właściwie nie robię nic, co doprowadzi mnie do jakiegoś wyższego celu. A przecież nieustannie powtarzam sobie, że ci, którzy stoją w miejscu, zostają w tyle. Dlatego ja codziennie zmierzam dalej, szybciej i bardziej. Świat ma przecież tyle możliwości! Zaraz zacznę jakiś nowy projekt albo pójdę na kolejne studia, warsztaty, treningi. Tyle wokół rzeczy, które są w stanie sprawić, że możemy stać się jeszcze lepsi.

Ale dzisiaj jest niedziela, a ja stojąc w miejscu, robię nic.


TACY SAMI

Spacerowanie samemu jest jak medytacja, najpierw pojawia się milion myśli, potem zaczynamy dostrzegać drobiazgi, z których zbudowany jest świat, skupiamy się na oddechu: wdech, wydech, a później wyciągamy wnioski. Przechadzam się wydeptanymi na Kabatach ścieżkami, mijając różnych ludzi, patrzymy sobie w oczy, nic o sobie nie wiedząc, ale czytam z tych oczu, że wszyscy na swój sposób chcemy być wyjątkowi. Dążymy do tego, by czuć się niepowtarzalnie. W pracy być doceniani, innowacyjni i sumienni. W życiu kochani, piękni i zdrowi. Dla jednej, chociaż osoby na świecie niezastąpieni. Dla wszystkich ciekawi. Chcemy być lajkowani, czytani, obserwowani i lubiani. Absurdem jednak jest to, że nie zależy nam na sympatii rodziny, przyjaciół i znanych nam ludzi. Najbardziej pragniemy być podziwiani przez tych obcych, dla których stajemy się wyjątkowi nie przez to, co robimy na co dzień, ale jacy wydajemy się być i jacy kreujemy się w wirtualnej rzeczywistości. Nieważne już jest, kim jesteśmy dla siebie, ważne, że dla innych jesteśmy wyjątkowi, a przynajmniej sprawiamy takie wrażenie.

Pod koniec dnia jednak wszyscy i ci ważni, i ci wyjątkowi w sieci, i popularni, i ci nikomu nieznani, niewidoczni i nieważni kładziemy się spać. Jedni we własnym ciepłym i wygodnym łóżku, inni wtuleni w hotelowe materace, czasami na plaży, innym razem w pociągach, niektórzy w szpitalach, ośrodkach, domach dziecka, inni na zimnej ziemi, trawie, bądź kartonie. Pod tym względem jesteśmy tacy sami, wszyscy pod koniec dnia zamykamy oczy. Są też sprawy w ciągu dnia wspólne dla wszystkich, to co ludzi boli i co ich uszczęśliwia. Każdy kiedyś płaci rachunki, każdy miał blisko kogoś, kto nie radził sobie z alkoholem, każdy kogoś kocha i każdy coś traci.

Może więc to nieustanne ściganie się, konkurowanie z innymi i aspirowanie do wzorców, które często nie są nasze, jest niepotrzebne? Może również te spektakularne sukcesy, które obserwujemy u innych, to nie są właściwie nasze własne marzenia, może po prostu narzuca nam je świat, w którym żyjemy?

Bo jeśli codziennie wieczorem zamykamy oczy, oznacza to, że wszyscy jesteśmy tacy sami. A jeśli wszyscy jesteśmy tacy sami, to może wszyscy jesteśmy wyjątkowi? I może nasze życie jest wystarczająco dobre i warto by w końcu w nim trochę pożyć. Poczuć przyjemność z tego, co robimy, a nie z ciągłego marzenia dokąd nas ono zaprowadzi.


OFF/ON LINE

Cały czas mam również przemyślenia na temat nowych mediów. Z jednej strony mam wrażenie, że nie nadążam, a z drugiej, że postępuje właściwie, bo wyznaczam granicę między rzeczywistością wirtualną a realną. A może jestem zbyt słaba, nie umiejąc połączyć jednego z drugim.

W ostatnim czasie planuje wyjazd do USA na kurs językowy. W związku z tym byłam w kilku szkołach językowych dopytać o szczegóły. Kiedy szukałam informacji na temat kursów, pojawił się problem, że żadne video nie pokazuje jak się przygotować, czego się spodziewać, na co zwrócić uwagę i co jest tylko zbędnym strachem i stresem związanym z organizacją oraz wyjazdem na kurs. Jeśli chodzi o vlogi w obszarze kursów językowych, są to teledyskowe video, bardzo “pocięte” montażowo, niepokazujące właściwie gdzie jesteśmy, z kim i jak to jest osadzone w czasie. Pomyślałam, że chciałabym stworzyć relacje video, której mi brakuje. Wyjazd stał się moją motywacją do założenia kanału na YouTube i też ciekawym doświadczeniem w przekraczaniu granic oraz stawianiu sobie nowych wyzwań. Dlatego przygotowuje ofertę dla szkoły językowej. Chcę wziąć udział w transakcji barterowej. W trakcie jej tworzenia uświadamiłam sobie jednak, że w porównaniu do innych mam trochę mało lajków, subskrypcji i obserwacji. I nie wiem, dlaczego zrobiło mi się przykro, tak jakby miało to wpływ na moje zdrowie, samopoczucie, przyjaciół czy rodzinę.

Moja przyjaciółka wyprowadziła mnie jednak z melancholii, opowiadając o kampanii marketingowej peguota prowadzonej przez youtuberów. Mieli oni jedynie ponad trzysta wyświetleń. Wydawało się to wielką porażką marki, bowiem zainwestowano w kampanię kilkadziesiąt tysięcy złotych. Okazało się jednak, że klient był więcej niż zadowolony, ponieważ zostało sprzedanych kilkanaście samochodów.

Ile obserwujących zatem czyni wyjątkowym? Ile lajków sprawia, że jesteśmy ciekawi?

Moim zdaniem liczy się tylko ilość tych, którzy naprawdę ci wierzą. A to nie zawsze idzie w parze z pieniędzmi i pozycją społeczną. Bo ile właściwie kosztuje szczęście, a ile jesteś w stanie zapłacić za satysfakcje? Więcej czy mniej niż kosztuje prawda? A wreszcie ilu internautów musi uznać pozycję społeczną za autorytet, aby nim naprawdę być?

Dystans i balans. To chyba ważne zarówno w realu, jak i online. Nawet jak nie istnieje w 100% w sieci, to żyje na 100% w realu. Proporcje te będą się zmieniać, ale mimo wszystko nie zamierzam być kimś innym, nawet jeśli prawda ma mało lajków.


W czasach, w których wypada mieć własne zdanie, w których z każdej strony bombardowani jesteśmy informacjami. W multizadaniowej rzeczywistości, w której tyle się dzieje, i w której ciągle tak wiele jest do zrobienia, przeczytania, nauczenia się i zaplanowania. Tu gdzie, nawet jeśli sami od siebie nie wymagamy, to świat wymaga od nas bycia wyjątkowymi. Właśnie teraz najlepsze co możemy zrobić dla siebie to nie robić nic. Nie zawsze, ale codziennie, przez moment. Bo czasami robienie nic jest bardziej efektywne od robienia czegoś na siłę. I czasami to nic nierobienie otwiera umysł i porządkuje sprawy jak nic innego. Zatem bycie offline dla świata, to bycie online dla siebie.

Follow:

Frus/racja

Cokolwiek nie postanowisz zrobić, napotkasz przeszkody i będziesz mierzył się z problemami, a twoja postawa zadecyduje, jak długo dana przeszkoda będzie ci zagradzać drogę. Wyobraź sobie, co by było, gdyby każdemu z nas w dzieciństwie ktoś powiedział to jedno proste zdanie. Czy czulibyśmy się kiedykolwiek rozczarowani, źli, podirytowani, kiedy coś idzie nie po naszej myśli? No właśnie, ale nie martw się, mi tego też nikt tego nie powiedział. W dodatku ostatnio osiągnęłam ekstremum złości, mając taki czas, że zamiast zacząć rzucać talerzami, stali się nimi wszyscy najbliżsi mi ludzie, w domu, w pracy i poza nią.


POTRZEBA

Wspólny cel ludzkości to szczęście i spokój. Paradoks jednak jest taki, że Im bardziej próbujemy to osiągnąć, tym mniejsze szanse, że to się stanie. Usilne staranie, by czuć się szczęśliwym, wpędza nas w całkowitą rozpacz. Sprawdziłam to na własnej skórze, bowiem mój ciągły wysiłek, by całkowicie wyeliminować negatywne uczucia, takie jak brak pewności siebie, smutek, niepewność czy poczucie porażki — sprawiły, że mało tego, że czułam się nieszczęśliwa, ale wpadałam w pułapkę bezradności. Wszyscy z uporem maniaka gonimy za czymś, w trakcie orientując się, że nie wiemy za czym. W dodatku zakładając maski pozytywnych siłaczy, bo to się teraz ceni w towarzystwie.

Zimą w dodatku łatwiej niż kiedykolwiek popadamy w przygnębienie, smutek i zły humor. Wiemy o tym nie od dziś, a jednak nie umiemy nad tym zapanować. Dodatkowo huśtawki emocji często spowodowane są naszą fizjonomią, hormonami, czynnikami zewnętrznymi a ponad wszystko związane są z ludźmi, których spotykamy na swojej drodze. Wszystkim nam żyłoby się lepiej, gdyby po prostu negatywne i niechciane emocje zastąpić tymi pozytywnymi i lubianymi. Jak to jednak zrobić? Nie da się za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienić swojego charakteru i genetyki, ale można codziennie się siebie uczyć, dostrzegając popełniane błędy. W rzeczywistości jednak aby nauczyć się pracy nad sobą trzeba zacząć od zasady numer jeden: przyjmuj to, co ci się przytrafia.


POJEDNANIA

Jak jednak radzić sobie z negatywnymi ludźmi i sytuacjami? Mówi się, że na świecie jest niewielu negatywnych ludzi, stanowią jakieś 10% populacji, ale za to mają największą siłę przebicia. To ci ludzie, którzy wyglądają, jakby karmiono ich cytrynami, zawsze mają skrzywioną minę i psują wszystkim humor. Są marudni, zawsze mają powody do narzekań. Są cyniczni, w nikim i w niczym nie są w stanie znaleźć nic dobrego. Zawsze coś im nie pasuje, ale nie sposób ich unikać. Właściwie cały czas wzajemnie na siebie wpływamy i nasze zróżnicowane charaktery się przenikają, czy tego chcemy, czy nie. Brutalna prawda jednak jest taka, że nikt cię nie zdoła rozzłościć, jak nie dasz mu na to przyzwolenia. Warto wreszcie uświadomić sobie, że obwiniając innych o zły nastrój, rezygnujemy z odpowiedzialności i z trzymania mocno w rękach kierownicy swojego życia. Dajemy prowadzić się tym ludziom, zupełnie jakbyśmy im ufali, mimo że wcale nie chcemy i nie zapraszaliśmy ich do swojego życia. Czynniki, w których codziennie się znajdujemy, są niezależne od naszych wyborów, ale na pewno do nas należy wybór jak na nie zareagować, bo to nie okoliczności tworzą człowieka, ale one odsłaniają jego prawdziwą naturę. Kiedy napisałam te słowa, zrobiło mi się wstyd, bo uświadomiłam sobie, jak źle zachowuje się, kiedy tracę panowanie nad sobą lub ktoś wyprowadza mnie z równowagi. Tu chyba zaczyna się nauka.

Nie da się wszystkiego kontrolować, nie da się również unikać problemów. Może więc, skoro już wiemy, że zawsze będą, warto otworzyć się na nie i uśmiechnąć się do nich. Potraktować je jako ważne życiowe lekcje.

 

 

Follow:

Prz/szłość

Formalnie mamy tylko trzy czasy — przeszły, teraźniejszy i przyszły. Gramatyka to jednak tylko teoria. Granice między tym, co jest i co będzie, wcale nie są takie oczywiste. Przeszłość wpływa na teraźniejszość i przyszłość, natomiast zarządzanie teraźniejszością to tak naprawdę wyciąganie wniosków z przeszłości i planowanie przyszłości.


2033

Nie ma firmy i ekspresu do kawy. Nie masz szefa i nie masz stałego zespołu, z którym przyzwyczaiłeś się pracować od lat. Nie palisz papierosów, jedynie przy biurku wydychasz elektroniczny dym. Pracujesz krócej, ale w kilku zawodach. Nie masz służbowego komputera, telefonu czy samochodu. Masz wszystko, ale nie stać cię na nic. Spowiadasz się online bez względu na to, czy to ksiądz, czy psychoterapeuta. Nie masz szans na emeryturę i będziesz pracował do 80 roku życia. To nie film science-fiction to niedaleka przyszłość, która czeka każdego z nas. Opieranie się jej to najgorsza opcja. Najlepsza — wyprzedzić ją.

Świat, w którym funkcjonujemy, zmienia się na ogół szybciej, niż możemy to zarejestrować. Kiedy już wydawało nam się, że zrozumieliśmy, jakim zasadami rządzą się social media, bez problemu używamy VOD a 4K to jedna z funkcji kamery naszego zaawansowanego smartfona, technologia znów się nie poddaje i sypie nam wiatrem między oczy.  Sztuczna inteligencja, samoprowadzące się samochody, drony czy nanotechnologia to tylko kilka z ciekawostek, którymi na co dzień zaskakuje nas nauka. Pracujemy więcej i szybciej, a wciąż brakuje nam czasu. Mamy genialne aplikacje monitorujące serce, spożycie wody, przypominające o medytacjach, spacerach i zdrowym rozsądku. Okazuje się jednak, że to tylko gadżety, którymi zaśmiecamy gigabajty naszych niezbędnych do życia smartfonów, tabletów, ultrabooków czy smartwatchy. Lista “rzeczy do zrobienia” jednak się nie kurczy, nasze zdrowie nie poprawia, a doba ma tylko 24 godziny. Najwyższa pora zatem zrozumieć, że zarządzanie czasem nie jest sztuką robienia wszystkiego, tylko tego, co naprawdę się dla nas liczy.


JA TO KTOŚ INNY

Problem w tym, że z natury jesteśmy leniami. Nie dość, że myślimy na skróty, to podążamy dawno przetartymi ścieżkami. Wydaje nam się, że dzięki temu zyskujemy czas i pewność siebie, ale zazwyczaj narażamy się na błędy. W największą pułapkę wpadają jednak nasi szefowie, tak bardzo pewni siebie, swojej nieomylności, nabytego doświadczenia i braku umiejętności słuchania przyszłych pokoleń. Nikt tak jak oni nie zatrzymuje się w miejscu, będąc przekonanym, że lata pracowali na sukces i posadę w miejscu, które wydeptali własnymi nogami. Ciężko mi zrozumieć brak zaufania, wykorzystywania możliwości i kreatywności młodych ludzi. A ponad wszystko brak zrozumienia i znajomości własnych pracowników. Często jesteśmy dla naszych szefów, kimś innym niż jesteśmy. Ich postawa to jakby dostać coś za darmo, co jest pewnym zyskiem i odtrącić to mówiąc: zysk długoterminowy? Nie, dziękuje. Nasi szefowie to jednak nie nasz problem, skoro przyszłość przewiduje, że ma ich w ogóle nie być.

Mamy rok 2018, nie istnieje lojalność do pracodawcy, na świecie nie docenia się pracownika za staż pracy, prognozy są bardziej brutalne, bowiem nasze portfolio zawodowe będzie budowane z kilkudziesięciu instytucji. I nikogo nie będzie to dziwić.

Powinniśmy już dziś przygotować się na pewność niepewności, gdyż nie ma nic bardziej pewnego niż to, że za kilkanaście lat będzie konieczność zmiany zawodu kilka razy w ciągu życia. Dobrą wiadomością jest jednak to, że praca, edukacja i odpoczynek będą się wzajemnie bardzo aktywnie przenikać.

Według raportu „The future of Jobs” najbardziej przyszłościowe i pożądane umiejętności to jak na ironię często zupełnie niedoceniane: empatia, kreatywność, tolerancja dla zmian, zarządzanie ludźmi, współpraca z innymi, umiejętność oceniania i podejmowania decyzji, elastyczność oraz inteligencja emocjonalna. Potwierdza to regułę, że nadal najbardziej dochodową inwestycją jest inwestycja w siebie.

Świadomi młodzi ludzie zmieniają jednak podejście do pracy. Coraz częściej widać wśród nas niechęć do korporacji, bo sami chcemy decydować o sposobie pracy. Chcemy podróżować, pracować zdalnie, być postrzegani jako pracowici i ambitni, ale także utrzymywać równowagę między życiem a pracą. Swoją postawą chcemy kształtować swoje życie, a nie biernie podporządkowywać się regułom. Na te potrzeby będzie też po części odpowiadał tworzony wraz z moimi przyjaciółmi startup TAKEANDBE.

Może zatem jest to odpowiedni moment, w którym warto wsłuchać się w swoje serce, intuicje i pasję. Trochę głębiej pogrzebać w sobie, zadać sobie kilka ważnych pytań w ciągu dnia i ponad wszystko próbować nowych rzeczy. Być może to najlepsza droga do zrozumienia i odnalezienia swojego miejsca w płynnej i błyskawicznej współczesności.

Follow:

Kosmos nadziei

Napoléon Bonaparte mówił, że od zamiaru do wykonania należy odczekać trzy lata. Gdyby tylko mieć pewność, że czekanie i rezultaty dadzą wymierny efekt poświęcenia, wtedy cierpliwość nie sprawiałaby tyle trudności. Nie pomaga również fakt, że oprócz wiary w to, co sobie wymyśliśmy nie mamy żadnej gwarancji, ani żadnych namacalnych dowodów na to, że się uda. Z drugiej jednak strony niebo również pełne jest niebezpieczeństw, znaków zapytania i wątpliwości, a mimo to oddajemy się w ręce pilota latającej maszyny, która nie wiemy nawet jak jest zbudowana. Oczekujemy efektów natychmiast, ale nie wsiedlibyśmy do samolotu, który został zbudowany przez niecierpliwych i niedokładnych ludzi, którymi sami jesteśmy chcąc mieć wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki tu i teraz. Najchętniej bez porażek, problemów i nie przychylnych nam ludzi na drodze. Chcielibyśmy nie upadając stanąć na podium, bo przecież nie jestesmy ślepi i widzimy tych ludzi, którzy właśnie stamtąd patrzą na nas jakby przeczytali wszystkie książki, wszystko mieli i od zawsze pławili się w blasku sukcesu. Rozwiązaniem zagadki jest jednak to, że Ci wszyscy idealni ludzie to szaleńcy i nieudacznicy, którzy mają więcej cierpliwości i wiary niż pieniędzy na koncie.


Zrzut ekranu 2017-12-01 o 16.24.17

Przygotowania do pierwszego lotu w kosmos trwały ponad 20 lat. Jeszcze 40 lat temu podróż do wszechświata była igraniem z życiem. Obecnie za 20 milionów dolarów każdy turysta może sobie kupić bilet na stację orbitalną Mir. To suche fakty, nikt bowiem nie widzi ile wysiłku, ofiar i czasu musiało minąć od szalonego pomysłu, po realizacje, aż do możliwości właściwie dla każdego. Kosmos może wydawać się przykładem skrajnym, ale podobnie wyglądało to z samochodami czy samolotami, które całkowicie zrewolucjonizowały świat i życie człowieka. A my obecnie nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie nie wyremontowanego mieszkania od developera, oczekując natychmiastowego efektu. Nie potrafimy poświęcić lat na naukę, bo chcemy wiedzieć wszystko od razu. Nie chcemy przeżywać trudnej wędrówki, ale chcemy spełnić american dream. Nie wyobrażamy sobie nawet poświęcenia czasu na poznanie drugiego człowieka, bo powierzchownie wydaje nam się nie ciekawy, brzydki i nic nie wnoszący do naszego życia. Przyszło nam żyć w czasach całkowicie pozbawionych elementów czekania i cierpliwości.

photo-1504333638930-c8787321eee0

Znam to od podszewki, bo dojrzewałam w latach 90, kiedy już właściwie wszystko było na wyciągnięcie ręki, a jednak cały czas było niedostępne. Na wszystko zawsze musiałam czekać, a świat nie stawał w miejscu i rzeczy, które chciałam mieć przestawały być popularne. To była największa porażka w czekaniu, chciałam mieć lub być gdzieś teraz, w tym momencie, a to nigdy nie było dla mnie dostępne. Pamiętam, kiedy marzyłam o pierwszym telefonie komórkowym. Wzięłam, wtedy ulotkę z jednego z salonów telekomunikacyjnych, wycięłam zdjęcie wymarzonego telefonu i nosiłam je ze sobą wszędzie. Rodzice nie godzili się na abonament, a moje małe marzenie było połową ich pensji. Nigdy nie zapomnę jak po roku odkładania i codziennym przyglądaniu się zdjęciu kupiliśmy ten telefon z rodzicami na spółkę. To niesamowite uczucie mieć coś, na co tak długo się czekało. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że mój siemens był już nieaktualnym trendem, bo wszyscy moi rówieśnicy mieli o niebo lepszą nokie 3310. Zawsze gdzieś tam byłam do tyłu, bo na coś musiałam zbierać, na coś czekać, do czegoś się przyzwyczajać. To napewno fajna lekcja na przyszłość. Rodzice podświadomie wyrobili we mnie nawyk tego, że jestem wartościowa bez względu na to, co posiadam. Że klocki lego i oryginalna barbie nie są wyznacznikiem niczego i, że w życiu muszę godzić się na to, co jest, a nie oczekiwać najlepszego. To napewno wyrobiło we mnie cechy ugodowości, łatwego pójścia na kompromisy i braku oczekiwań. Umocniło jednak siłę i walkę o siebie. Obiecałam sobie, że to nie warunki będą dyktowały mi czy mam coś mieć, gdzieś pojechać, kogoś poznać, ale to ja będę decydowała o sobie. Będę stawiała sobie cele, chociażby na tę chwile były one nieosiągalne i usunęłam słowo niemożliwe.


photo-1487837647815-bbc1f30cd0d2

Nadal jednak, podobnie jak większość jestem niecierpliwa. Chciałabym już wiedzieć czy postępuje dobrze, do czego mnie to doprowadzi i czy efekt będzie dokładnie taki o jakim marzyłam. Od pół roku pracuje intensywnie nad wizją, która zmieni świat, nie wiem jeszcze jak bardzo globalnie, ale napewno zmienia małe światy po drodze. Idea, którą tworzymy daje mi ogromne poczucie spełnienia, sens i taką świadomość, że właśnie to chcę zrobić w życiu. Minęło pół roku, a my mamy nazwę, wizje i design concept strony internetowej. Miną kolejne lata, kiedy wprowadzimy to w życie, a ja mam poczucie, że tak dużo po drodze się zmienia, że będzie dokładnie jak z tym telefonem komórkowym. Z jednej strony bardzo wierzę w pomysł , ale z drugiej mam mnóstwo wątpliwości. Droga jest bardzo wyboista, kosztowna i trudna. Miesiące poświęcone na spotkania, kreowanie, wymyślanie, zmienianie i szukanie, które niewątpliwie są bardzo potrzebne, ale ile takich projektów nie ujrzało światła dziennego? Ile moich projektów zakończyło się porażkami? Ile pomysłów zrealizował ktoś inny?

Zrzut ekranu 2017-12-01 o 16.34.30

Ja wiem, że koniec końców osiągnę wszystko to, co chce, że moja mapa marzeń to mapa rzeczy, które zawsze realizuje, że ten wysiłek zawsze ma swoje rezultaty i , że za te kilka lat idea ta rozprzestrzeni się na całym świecie. Ja już to wiem. Chcę tylko powiedzieć, że mam teraz tak samo dużo wątpliwości jak ty. Że więcej nie wiem, niż wiem. I że jestem zależna od wielu czynników, które dyktuje świat. Że jeśli jest łatwo to nie idziemy w dobrym kierunku. Że mam ochotę się poddać i zacząć robić poważne rzeczy, które wiem do czego mnie doprowadzą. Że chciałabym mieć swoje piękne mieszkanie, ale odkładam wszystkie pieniędze na projekt, chociaż nie wiem czy nie pójdą w błoto. Że marzę tak jak ty aby spakować plecak i wyruszyć w podróż życia, a mimo to pracuje nad czymś, co mogę dać innym, w tej chwili siedząc w małej kawalerce na kabatach.

I mimo, że wiem, że przez najbliższe lata moje życie to będzie poświęcenie, cierpliwość i upadanie to może tylko na tych fundamentach zmienia się świat?


photo-1497114046243-1154db4f4abf

Mam 28 lat, jestem w środku swojego życia, to wbrew pozorom czas, który bywa ciężki, bo wszyscy oczekują od nas podjęcia ważnych decyzji, określenia się co chcemy w życiu robić, środowisko wymaga poukładania, męża, dzieci, domu. A ty czujesz się maksymalnie pogubiony, bo nie wiesz czy powinieneś budować swój własny ogródek, czy rzucić wszystko i pojechać w świat szukać odpowiedzi, czy może dać życiu się toczyć samemu.

Jak byłam mała to mówiłam sobie, że moje życie nigdy nie będzie monotonne, dom praca rodzina, że będzie w nim mnóstwo szleństwa, i może właśnie to jest kluczem do rozwiązania. Codziennie zaczynać od początku, nie wpisywać się w ramy społeczne, nie dać się zwariować na posiadanie rzeczy, nie dać znajomym z Facebooka zaburzyć twoich wartości i nawet jeśli cały świat będzie Cię miał za szaleńca, niedojrzałe dziecko czy nieodpowiedzialnego dorosłego to trzeba i tak znaleźć siłe i cierpliwość do codziennego odkrywania świata od nowa. I może trzeba przestać ograniczać się tym co realne i przyzwoite tutaj na ziemi, nie poddawać się schematom i stereotypom, ale w kosmosie nadziei poddać się temu, co dyktuje serce.

Follow: