Katarzyna Stefańska

Posts by this author:

7 myśli, które nas trują

Często skupiamy się na swoich słabych stronach i nieprzyjemnych emocjach, takich jak lęk czy poczucie winy. Nie doceniamy tych mocnych stron, nie dostrzegamy przyjemnych stanów. Jesteśmy mistrzami w krzywdzeniu samych siebie. Umiemy robić to bezbłędnie. Potrafimy być dla siebie największymi krytykami. Nikt inny nie ma na tyle tupetu i bezczelności, aby stojąc przed lustrem powiedzieć sobie: „jestem beznadziejny, brzydki, nikt mnie nie lubi i nic w życiu nie osiągnąłem”. A to ma tak mocne działanie, jak najgorszy narkotyk. Trucizna krążąca we krwi. Paskudne prowadzące do chorób myśli, bo to one są odpowiedzialne za działanie największego i najdoskonalszego narządu, jaki posiadamy – mózgu. Nasz organizm jest najdoskonalszym stworzonym komputerem, potrafi sam się uzdrawiać, przeciwdziałać zagrożeniem, na które go narażamy i walczyć z trucizną, którą go karmimy. Do czasu. Dlatego poznajcie 7 myśli, które nas trują, aby już nigdy nie narażać swojego organizmu na niebezpieczeństwo.


1. MYŚLENIE CZARNO-BIAŁE

Albo jestem super, albo do niczego. Obecny brak sukcesu oznacza całkowitą porażkę. Nie ma dla mnie nic, poza tak lub nie.

Życie jest pełne szarości. Właściwie nic nie jest białe albo czarne. Sukces zawsze opatrzony jest wysiłkiem i potężną ilością błędów. Porażka to tylko przystanek, z którego powinniśmy czerpać, bo czasami, kiedy się przewrócimy, warto sobie poleżeć i odpocząć. Naładować baterię. Rozejrzeć się dookoła. Wszyscy jesteśmy super, nie znam ludzi do niczego.


2. WYGÓROWANE STANDARDY

Muszę być doskonały, zawsze należy być pierwszym, nie wolno popełniać błędów.

Dobrze mieć ambicje, bo ona sprawia, że mierzymy wysoko i przekraczamy własne granice, ale powiem Wam coś w tajemnicy — nigdy nie byłam doskonała. Zawsze bardzo chciałam, ale albo nie było czasu, albo był ktoś lepszy, albo nic nie szło tak, jak sobie zaplanowałam. W szkole byłam dziewczyną, która raczej miała trójki. W konkursach recytatorskich zajmowałam trzecie miejsce. A w aktorskiej dowiedziałam się, że nie mam szans na scenę, bo moje oczy cały czas się śmieją. Pieprzyć doskonałość! Zrobione, oddane, zrealizowane, zaliczone, zamknięte jest lepsze niż doskonałe, bo to się wydarzyło i ty to osiągnąłeś.


3. GENERALIZOWANIE

Nigdy nic mi się nie udaje, zawsze się mylę, nikt mnie nie lubi.

A my przecież doszliśmy, gdzie jesteśmy i osiągnęliśmy, to co mogliśmy i poradziliśmy sobie ze wszystkimi napotkanymi problemami, więc jakie mamy prawo twierdzić, że NIGDY. I kto dał nam przyzwolenie, aby wobec siebie używać słowa ZAWSZE. Oraz przypomnijmy sobie wszystkich spotkanych na swojej drodze ludzi i z ręką na sercu zastanówmy się, czy możemy powiedzieć NIKT. Będą momenty bolesne i te najszczęśliwsze w życiu, i ani nigdy, ani zawsze nie ma recepty jak się w trakcie nich zachować, ale kiedy one się pojawiają, jest blisko ktoś, kto nie chciałby dowiedzieć się, że ktoś myśli o nim nikt.


4. PORÓWNYWANIE SIĘ Z INNYMI


Ona jest ładniejsza, on jest mądrzejszy, oni są wysportowani, ona więcej zarabia, on ma rodzinę, oni zwiedzają świat, ona umie kilka języków.

To moja ulubiona trująca myśl. Głównie dlatego, że walczę z nią od zawsze. Porównywanie się z innymi to najprostszy sposób, żeby dostrzec własne słabości, przecież pośród milionów ludzi zawsze znajdzie się ktoś mądrzejszy, piękniejszy, mający więcej szczęścia. Moje życie jednak zawsze w takich chwilach dosadnie mnie doświadcza. Kiedy narzekam na swoje włosy, chciałabym mieć gęste, grube i długie, to spotykam kogoś, kto nie ma ich w ogóle. Jak denerwuje się, że moje nogi są grube i mają cellulit, to napotykam człowieka bez nóg. W momencie, gdy myślę o tym, że nie jestem hollywoodzką pięknością, życie stawia przede mną ścianę, karząc mi docenić niesamowite zdrowie. Zawsze wtedy spoglądam w niebo i mówię: OK! Już nigdy nie będę! Jeśli tobie życie nie daje znaków, to zamień każde „on jest” na „ale ja”.


5. KATASTROFIZOWANIE

To się nie da, nie ma szans, na pewno będzie źle.

Tutaj też byłabym hipokrytką, nie przyznając się, że poza byciem niepoprawną optymistką, zdarzało mi się mówienie, że coś może się nie udać. Ale dobra wiadomość jest taka, że można się nauczyć myśleć na odwrót. Dzieje się tak, wtedy, kiedy rozłożymy problem na czynniki pierwsze i uświadomimy sobie, że snucie pesymistycznych scenariuszy, oczekiwanie potknięć i porażek działa jak samospełniająca się przepowiednia. Bo jeśli ma się nie udać, to myślenie o tym, że się nie uda, dodaje siły i utwierdza negatywny skutek. Jednak jeżeli ma się nie udać, a my myślimy, że się uda, to dodajemy energii pozytywnemu rezultatowi i wtedy, nawet jeśli się nie uda, zyskujemy pozytywne wibracje, które sprawiają, że porażka nie wypełnia w pełni naszego mózgu, tylko rozkłada się równomiernie.


6. ZGADYWANIE, CO MYŚLĄ O MNIE INNI

Ona na pewno myśli, że jestem głupia. Patrzy na mnie, jakbym coś jej zrobiła. On obgaduje mnie z kolegami, myśli, że jestem dziwna.

To moja ulubiona trucizna, bo dawno nie wiem, jak smakuje. Nie mam pojęcia, co myślą o mnie inni. Nie dbam o to. Nie wiem, jakie mają wobec mnie zamiary. Cieszę się i rosną, kiedy kibicujesz mi, dobrze mi życzysz, jesteś blisko, doceniasz i darzysz pozytywnymi emocjami. Bardzo mi to dodaje sił. Ale jeśli źle mi życzysz, nie interesuje cię, co robię, brzydko o mnie mówisz, to nie zabierasz mi sił, mało tego karmisz złymi emocjami siebie i sam siebie trujesz. Proszę, nie myślcie o tym, co myślą o was inni, bo jeśli przy kimś nie czujecie się dobrze, to nie przebywajcie blisko, nie zastanawiajcie się dlaczego, nie traćcie czasu i energii. W zamian otaczajcie się i dbajcie o relacje z tymi, przy których rośniecie, dzięki którym chcecie więcej, którzy dodają sił.


7. OBARCZANIE SIĘ ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ

Jeśli się potknąłem to dowód na to, że niezdara ze mnie i fajtłapa, a nie że chodnik akurat był oblodzony.

Ostatnio na zdjęciach wywinęłam takiego orła, że siniaki na tyłku schodzą do dziś. Co ciekawe, wysiadłam z samochodu i od zamknięcia drzwi powtarzałam sobie w głowie: „obym się nie wywróciła, obym się nie wywróciła”. Było bardzo ślisko, temperatura minus. Kiedy pokonałam 100 metrów trasy, na końcu przy samych drzwiach się wywaliłam. I pierwsze, o czym pomyślałam to: „Bogu dzięki, że mam plecak, który zamortyzował głowę” i „ty idiotko, to ty nie wiesz, że zawsze przyciągasz, to co chcesz”. Ale w życiu nie przyszłoby mi do głowy pomyśleć, że jestem niezdara. Kiedy coś wam nie wychodzi, zawsze mówcie sobie: „Tak miało być!” to najbardziej zajebiste zdanie na wszystkie niepowodzenia. Jeśli się spóźniacie, mówcie „Tak miało być!” inaczej potrąciłby mnie samochód. Kiedy coś Was ominie, mówcie „Tak miało być” w innym wypadku zdarzyłoby się coś niekorzystnego dla mnie. Tak miało być — to recepta na wszystko, co nie idzie po naszej myśli.


Joanna Kulmowa to jedna z moich ulubionych poetek. Myślę, że w jej wierszach jest magia tłumacząca realny świat. W 1967 r. napisała wiersz, który idealnie podsumowuje dzisiejszy wpis. Pamiętaj, że jesteś i aniołem, i geniuszem — nie pozwól myśleć o sobie inaczej.
Samokrytyka

Pomiędzy jednym a drugim

wybitnym moim bykiem

składam sobie niedługą

twórczą samokrytykę.

Własne upadki i wzloty

stawiam swej jaźni za przykład.

Podziwiam me rzadkie cnoty

i grzech w którym bywam niezwykła.

Porządek robię niemały

ścierając starannie pyłek

z rejestru mych potknięć wspaniałych

i oryginalnych pomyłek.

Jakiej to gafy nie zrobię

jakiego głupstwa nie palnę

to indywidualnie

wzbogacam się ucząc na sobie.

Aż w końcu przyznać muszę

chyląc przed sobą czoła

że w cnotach mam coś z anioła

zaś w błędach nic poza geniuszem.


Hej, dużo czasu zajęła mi praca nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie to uzasadnienie, że moja praca ma jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.

Follow:

JAPONIA – KRAJ, W KTÓRYM MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ.

Życie czasami pisze scenariusze, których nigdy byśmy się nie spodziewali. Wysyła nas w miejsca, o których nie marzyliśmy. Stawia przed nami wyzwania, którym wydaje nam się, że nie podołamy. Dostarcza emocji, na które nie jesteśmy gotowi. Podpowiada rozwiązania, na które byśmy nie wpadli. Wystarczy tylko dać się prowadzić intuicji i być otwartym na wszystko, co pojawia się na naszej drodze. Najtrudniejsze i najbardziej wymagające sytuacje mogą wtedy otworzyć oczy i poprowadzić nas dużo dalej niż granice naszych możliwości. Bo dopiero, wtedy możemy przekraczać siebie i dokonywać tego, co niemożliwe. To egzamin, który wielu ludzi oblewa, bo ściąga odpowiedzi od ludzi wokół, nie sprawdzając, czy mają taką samą grupę pytań. Życie jednak to test, w którym każdy z nas ma inny zestaw i nie zawsze są to pytania, w których wystarczy zaznaczyć a, b lub c. Nie ma klucza, w który musisz się wpisywać, a im bardziej jesteś kreatywny, tym życie staje się bardziej otwarte.


Japonia to kraj, który nie był dla mnie nigdy celem. Nie marzyłam o poznaniu jego specyficznej kultury, a jedyna wiedza, jaką miałam, ograniczała się do lekcji geografii, sporadycznym jedzeniu sushi i książek poświęconym długowieczności. Wyprawa do Japonii odłożona była na półkę „może kiedyś, raczej nigdy”. Tym bardziej wyobraźcie sobie moje zdziwienie i strach, kiedy dowiedziałam się, że właśnie tam mam wyprodukować program telewizyjny. „Nie dam rady”, „Nie znam języka”, „To będzie porażka” to tylko kilka ze zdań, które krążyły po mojej głowie. Później pojawiły się nieśmiałe „Nie wiem jak”, „To będzie katastrofa” i „Umrę w podróży”. Żeby na końcu powiedzieć „A, co mi tam”, „Nie mam nic do stracenia” i „Nadal cholernie się boje”. Miałam dwa miesiące na przygotowanie programu, który amerykanie produkowali rok. Miałam budżet na sześć odcinków, taki jak amerykanie na jeden odcinek. Miałam zerowe doświadczenie w produkcji czegokolwiek za granicą pięknej Polski. I miałam wreszcie dużo nadziei i energii, żeby zrobić to najlepiej, jak potrafię. Pamiętam jak na egzaminie do Łódzkiej Filmówki, nie odpowiedziałam dobrze na żadne pytanie, ale powiedziałam, że jestem mistrzem wykorzystywania szans i mam dużo uroku osobistego, który jest niezwykle potrzebny w pracy kierownika produkcji. Tak jak dostałam się Szkoły Filmowej, tak znalazłam się w Japonii. Kraju, który sprawił, że po powrocie wszystko się zmieniło.


Nanakorobi yaoki

Jeśli upadniesz siedem razy, wstań osiem. 

Japonia nauczyła mnie przede wszystkim podnosić się po każdej porażce i pokazała, że dam sobie radę w każdych okolicznościach. Pokazała, że na świecie nie ma żadnych barier, ani językowych, ani religijnych, ani ludzkich. Udowodniła, że kiedy jesteś dobry dla ludzi, ludzie są dobrzy dla Ciebie. I kiedy potrzebujesz pomocy, dostaniesz pomoc. Kiedy wylądowałam w Tokio, spodziewałam się głośnego, nowoczesnego miasta nie do zniesienia dla europejki. Okazało się jednak, że Tokio to cisza i spokój. Tokio to bezpieczeństwo i samotność. Tokio to autonomia. Najgłośniejsze na ulicach są samochody i turyści. Ale Tokio to też miejsce, w którym okazało się, że mimo licznej ekipy zdjęciowej z Polski, jestem zdana tylko na siebie. To, co wydawało się, że mnie złamie, dało mi siłę. Pamiętam taką sytuację, kiedy w nocy po zdjęciach sama pojechałam metrem do centrum na Shibuya Station. To był taki piękny moment, kiedy mogłam pobyć sama i miałam szansę poznać miasto. Chodziłam między wąskimi uliczkami, obserwując tłumy przechadzających się ludzi. Jedni wracali z pracy, inni wychodzili na imprezę, samotni lub w grupach, zdobywcy świata, mieszkający w stolicy najbardziej rozwiniętego technologicznie kraju na świecie. Byłam małą dziewczynką, z wielkimi worami pod oczami, po kilku dniach zdjęciowych trwających po kilkanaście godzin. Cieszyłam się każdym światełkiem, sklepem i napotkanym wzrokiem drugiego człowieka. Aż wreszcie się zgubiłam. Zgubiłam się na końcu świata, tak naprawdę, że nie wiedziałam, gdzie jestem. Wpadłam w panikę i wtedy spotkałam parę młodych Japończyków, których zapytałam o drogę do hotelu. I wiecie co? Odprowadzili mnie niemalże do pokoju, trwało to prawie pół godziny. Zostawili wszystko, co mieli zaplanowane na ten wieczór, aby pomóc obcej dziewczynie, która pochodzi z miejsca, które niewidoczne jest na ich mapie. To był naprawdę mały gest, ale na tyle duży, że nigdy go nie zapomnę.


Powiedzenie Japońskie

Jedno dobre słowo może ogrzać trzy zimowe miesiące.

Tokio było duże, nowoczesne i absurdalnie pełne ludzi, a jednak wciąż przepełnione samotnością. Mimo to czułam się tam dobrze i bezpiecznie. Następnym przystankiem w produkcji programu telewizyjnego było Kioto. Tradycyjne, bajkowe i piękne. Drapacze chmur zamienione na wiekowe zakorzenione w tradycji niskie budynki ze specyficznymi dla Japonii dachami. Nowoczesne garnitury zostały zastąpione przez klasyczne kolorowe kimona. I ludzie jakby bardziej uśmiechnięci i spoglądający w górę, w przeciwieństwie do stolicy, w której większość wzrok wlepiony miała w ziemię. Pewnego dnia, kiedy odwiedzaliśmy jedną z najstarszych świątyń buddyjskich, położonych na wzgórzu odmienił się mój świat. Suchy las, wysoka temperatura i niewielka skromna świątynia, w której stacjonowało kilka osób. W scenariuszu zaplanowane było “oczyszczenie” głównych bohaterów, ja jednak dostałam tam więcej, niż mogłam się spodziewać. Kręciliśmy tam zdjęcia prawie cały dzień, kiedy nadeszła pora obiadu okazało się, że ja nie istnieje. Wszyscy byli ważni, ale nikt absolutnie nie przejmował się mną. To takie nowe uczucie. Chciałam zadzwonić do mamy i powiedzieć jej, że jest mi źle, nic dzisiaj nie jadłam, wszyscy wymagają ode mnie, ale nikt nie zapyta się, czy piłam łyk wody. Ale nie miałam zasięgu, może to i dobrze, bo wtedy właśnie miałam szansę przemyśleć, na czym polega mój zawód i mogłam pełnoprawnie rozpłakać się mówiąc sobie „nigdy więcej”. Nigdy więcej nie chcę pracować na tym stanowisku, nie chcę być odpowiedzialna za wszystkich, nie chcę, aby ode mnie wymagano, aby traktowano mnie źle za cenę, która jest niewarta. Płakałam jak bóbr, kiedy trzydzieści osób jadło obiad. Siedziałam na schodach zwinięta w małą kulkę i wtedy właśnie podszedł do mnie stary Japończyk ze świątyni i mnie przytulił. Nic nie mówiąc, a raczej mówiąc coś w swoim języku, którego, mimo że nie rozumiałam, to wiem, że chciał powiedzieć „jesteś silna, będzie dobrze, dasz radę, teraz jesteś mądrzejsza o to doświadczenie”. To była scena filmowa, ja płakałam, mówiąc po polsku, a on pocieszał mnie, mówiąc po japońsku i obydwoje – wiedzieliśmy. Tak mało mi wtedy dał, a tak bardzo mi wtedy pomógł.


Powiedzenie Japońskie

Słońce nie rozróżnia między dobrymi ani złymi. Słońce ogrzewa wszystkich po równo. Kto znajduje siebie samego jest jak słońce.

Nie wiem, jaka jest Japonia, ale wiem, jakich spotkałam tam ludzi. Wewnętrznie wolnych, żyjący tu i teraz oraz bardzo troszczących się o innych. Na pierwszy rzut oka zamkniętych w sobie, a jednak otwartych na innych. Pełnych pokory i wdzięczności. Gotowych do nauki. Potężnie pokornych i doceniających życie.

Wszystko, co jest nie do zabrania z Japonii, to jej ulotność, tajemniczość, umiejętność życia z wdzięcznością i całkowita obecność w nurcie przemijania. Coś, czego my, Europejczycy, uczymy się latami, czasami nigdy nie rozumiejąc. Czego nie dostrzegamy, bo jesteśmy tak zajęci sobą, że nie sposób tego zauważyć. W Japonii zobaczyłam uosobienie krótkości życia, docenianie tego momentu, którym życie jest.

Zapraszam do obejrzenia mojego krótkiego filmu opowiadającego o Japonii. Kolejny wpis już niebawem o Korei Południowej. 


Hej, dużo czasu zajęła mi praca nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie to uzasadnienie, że moja praca ma jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.


 

Follow:

12 lekcji, których nauczyłam się w 2018

Każdy rok jest dla mnie wspaniały. Żyje, jestem zdrowa, tak samo moja rodzina i przyjaciele. Uważam, że to największy sukces. Nie ma nic ważniejszego. Warto jednak korzystać z tego zdrowia i przekraczać własne granice, ucząc się, bawiąc, poznając nowe rzeczy i ludzi.

1. Odwagę trzeba ćwiczyć.

Wyjazd do Japonii, Korei Południowej i Indonezji, aby zrealizować program telewizyjny, był nie lada wyzwaniem. Chyba nigdy tak bardzo się nie bałam. Choć wydawało mi się, że nic nie jest w stanie mnie złamać, to tak duże przedsięwzięcie na drugim końcu świata, które muszę zorganizować, za które będę odpowiedzialna i z którego zostanę rozliczona, wydawało się górą nie do przeskoczenia. To nieprawda. Teraz wiem, że nie ma takie góry, która może mnie zawodowo pokonać. Mam wrażenie, że im częściej wystawiamy się na próby, tym bardziej stajemy się odważni i odporni na nowe.

(O tym wyjeździe będzie jeszcze więcej w oddzielnych wpisach niebawem).


2. Zmiany – to najciekawsza strona życia. 

Fajnie jest się przywiązywać do ludzi i miejsc. Dobrze wiedzieć czego się można spodziewać. Miło jest odpuścić wiedząc na ile można sobie pozwolić. Wszystko to bardzo przyjemne, ale ciekawe, że za rogiem czeka lepsze. Kiedy postanowiłam odejść z pracy, była to bardzo trudna decyzja. Znam to miejsce, lubię je, wiem, czego się mogę spodziewać, wiem, ile zarabiam, znam ludzi — jest mi dobrze i bezpiecznie. Ale, kto wie, czy gdzieś nie czeka na mnie lepsze… ktoś może nie wie, ale ja wiedziałam i tak się stało. Zawsze spodziewaj się najlepszego, a tak będzie.


3. Zawsze ktoś ma gorzej niż ja.

To żadne pocieszenie, raczej jedna z lekcji wdzięczności. Kiedy tylko na moment traciłam nadzieje i miałam dość, świat dawał mi znaki, abym doceniła to, co mam, bo mam naprawdę wiele. Moje ulubione zdanie, które powtarzałam w 2018 roku to: “Martwiłam się bardzo, że nie mam ładnych butów. Dopóki nie spotkałam człowieka bez nóg.”


4. Ratując jedno życie, ratujesz wszechświat. 

Czasami ratujemy innym życie, w ogóle o tym nie wiedząc. Niechcący, przypadkiem podnosimy z ziemi kogoś, kto przestał wierzyć, że cokolwiek ma sens. Często, tak mało wystarczy, aby dać tak dużo. Krótka rozmowa, olbrzymie nakłady empatii i umiejętność słuchania sprawia, że drugi człowiek czuje się potrzebny i rozumiany. A to z kolei sprawia, że ma siłę iść dalej i nauczył się właśnie od Ciebie, że tak trzeba i następnym razem to on uratuje kolejne życie.


5. Możesz przeżyć remont, kradzież i robaki – a wtedy nic cię nie pokona. 

To ciekawe, ale to też dowód na to, że moja rodzina jest ze stali. Wspólnie jesteśmy silni i nie do pokonania. Najpierw nie wiadomo skąd w naszym mieszkaniu znalazły się pluskwy, z którymi walczyliśmy dwa miesiące. Walka była zatarta, trudna, bolesna i wygrana dla nas. Następnie postanowiliśmy zrobić generalny remont, wiecie gładzie ściany, drzwi, podłogi, moja niezastąpiona Ada pięknie wszystko zaprojektowała. Remont robił mój kolega, z którym niegdyś siedzieliśmy na jednej ławce, niestety był bardzo niesłowny, straciliśmy dużo czasu, nerwów, a moi rodzice również zostali okradzeni przez jednego z robotników. Kradzież małej szkodliwości — pierścionek zaręczynowy mojej mamy. Przepiękny wyraz miłości taty. Ale czy to ma znaczenie? W ogóle. Bo miłość moich rodziców nie ma ceny.


6. Wszystko wraca.

To już wiedziałam, ale zdałam sobie sprawę jak bardzo. Jak byłam nastolatką, to nie lubiłam WF-u. Lubiłam tańczyć, chodzić po polu (Kraków), jednak samych ćwiczeń nie znosiłam. Wydawało mi się, że zawsze będę chuda i nigdy nie będę potrzebować durnych skłonów, podskoków czy pajacyków. Wykłócałam się z nauczycielami, że nie potrzebne mi to do niczego. Mamy koniec roku 2018, a ja mam brzuszek, którego nigdy nie miałam, a w związku z tym chodzę regularnie na siłownie, robiąc skłony, podskoki i pajacyki.


7. Przyjaźń damsko-męska istnieje. 

Nigdy, przez całe moje życie nie wierzyłam w takie zjawisko, ale ten rok pokazał mi, jak bardzo się myliłam. Bez Damiana moje życie byłoby niepełne. To ktoś, kto tak dokładnie i dobrze mnie rozumie, przy kim mogę być na milion procent sobą. Kto bezinteresownie pomógł mi i wiele razy ratował moje życie. To wspaniałe mieć kogoś takiego, do kogo można się zwrócić i jak wali się świat, i jak jest naprawdę dobrze. To mężczyzna, który podobnie jak mój tata nigdy mnie nie zawiódł i z nim moje życie jest lepsze.


8. Zmianę świata zacznij od znalezienia dobrych ludzi. 

Łatwo mówić, że zmiany zaczynają się w nas samych, jak nie mamy wokół siebie ludzi, którzy w nas wierzą. To właśnie dzięki tym dobrym ludziom zmienia się świat wokół nas i nasz świat się zmienia. W tym roku utwierdziłam się w przekonaniu, że mam przy sobie najlepszych ludzi, dzięki którym ja chcę być lepsza, a jednocześnie mogę być w pełni sobą.


9. Nie czekaj, aby się z kimś pogodzić. 

W tym roku minęły dokładnie trzy lata, odkąd przestałyśmy się odzywać z Kasią. Kasia była moją pierwszą poznaną w Warszawie przyjaciółką, byłyśmy zupełnie różne, ale całkowicie sobie oddane. Zawsze nawzajem mogłyśmy na siebie liczyć, aż do momentu, kiedy ja miałam przełomowy moment w życiu, a ona miała dość tego, że zawsze odzywa się pierwsza. Nieporozumienie, które czas wyolbrzymił na tyle, że, mimo że obie chciałyśmy odpuścić, żadna z nas nie podjęła próby. I w tym roku stało się. Nasze pierwsze spotkanie było, jakby nigdy nie minął ten czas, szybko wróciłyśmy do relacji sprzed lat, żałując tylko, że musiały minąć te lata.


10. #25dayschallenge – da się żyć.

To moje wyzwanie w 2018 roku, które dotrwało mniej więcej do połowy roku, pewnie ze względu na ten duży zawodowy projekt ciężko mi było kontynuować. Jednak nie jest powiedziane, że nie powróci w 2019. Nie piłam kawy, nie jadłam cukru i mięsa, nie kupowałam ubrań, nie oglądałam telewizji, nie przeklinałam i nie narzekałam, dodatkowo dałam sobie wyzwanie zdobyć 1000 fanów na TikToku. I wszystko zrobiłam, bo bez wszystkiego da się żyć, kwestia naszego przyzwyczajenia, podejścia, konsekwencji i nastawienia.


11. USA – mam wizę, ale muszę mieć cierpliwość. 

W 2018 miałam być w Stanach Zjednoczonych, w zamian za to byłam w Japonii. Dlatego plan USA przełożony na obecny 2019 rok. Staranie się o wizę dla mnie, małego człowieka z Krakowa było dużym przeżyciem. Marzyłam o niej i mam ją, teraz tylko kupić bilet i nauczyć się tego, co jest moim jedynym ograniczeniem.


12. Take and be stało się rzeczywistością, dla której warto nauczyć się marzyć. 

Od roku, w każdy czwartek, pięć osób pracuje nad tym, abyś ty uwierzył, że wszystko jest możliwe i abyś dostał wszystko, czego chcesz i na co zasługujesz. Kiedy zaczynaliśmy, wszyscy byliśmy niepewni, nie dało się tego dotknąć, nie umieliśmy tego nazwać, nie wiedzieliśmy, czym to jest, aż nie poznaliśmy ludzi, którzy tak samo, jak my mają wszystko, czego pragną. W listopadzie 2019 roku pokażemy ci jak.

(więcej o takeandbe pojawi się na blogu wkrótce).


Tak bardzo dziękuje za ten rok i proszę, aby 2019 był tak samo dobry.

Follow:

Kup mieszkanie, wyjdź za mąż i przed trzydziestką miej pierwsze dziecko.

To paskudne uczucie być wykluczonym z tłumu. Nie wpisywać się ramy. Być odludkiem, którego ciężko zrozumieć. Odstawać od normy, nie pasować do reszty, nie działać zgodnie ze schematem.

Boli zarówno w szkole, jak i w pracy, wśród znajomych, rodziny i jak gasną światła, kiedy zostajesz sam ze swoimi myślami.

Tak bardzo, za wszelką cenę chcemy być potrzebni, bo to sprawia, że życie ma sens. Choć wszyscy chcemy być oryginalni i niepowtarzalni, to tak naprawdę jesteśmy tacy sami. Bo w szkole nigdy nie mówiono, żeby być szczęśliwym, musisz to szczęście znaleźć w sobie. Nikt nie wspominał, że dobrze zatrzymać się i zastanowić czego naprawdę chcemy. Aby czuć się dowartościowanym, musieliśmy zasłużyć dobrą oceną, byciem lubianym w grupie, lepszymi rzeczami lub drugą osobą, która jest w nas wpatrzona jak w obrazek.


Miałam fajne dzieciństwo, bo tak mało było mi do szczęścia potrzebne, że nic mi w życiu nie brakowało. Zawsze byłam w centrum zainteresowania, lubiana w grupie, szybko w związku z chłopcem, który gdyby mógł, oddałby mi cały świat, nawet kiedy ten świat kończył się na pierogach z borówkami, które ukradkiem podkradał z domu, abym ja była szczęśliwa. Zawsze miałam blisko kogoś, kto stanął po mojej stronie, nieważne czy chodziło o wybór filmu w kinie, miasto, w którym zamieszkam czy racje, której nie miałam. To taki rodzaj uczucia, że dla świata możesz być nikim, ale dla tej jednej osoby jesteś najpiękniejszy, najmądrzejszy, najzabawniejszy — jesteś lepszy, niż w rzeczywistości, a wtedy chcesz jeszcze lepszym być.

Wszyscy byli zadowoleni i ja byłam w strefie stabilizacji, której wymagał ode mnie świat. 8 lat w związku, wspólne mieszkanie, pełna akceptacja mojej rodziny, planowany ślub na 15.08.2015. Praca na pełen etat (z pewną emeryturą w przyszłości), marzenie o dwójce dzieci, psie, zakupie domu i wakacjach w ciepłych krajach. W tym związku przeżyliśmy tyle dobrych i złych rzeczy, że wydawało się, że tak wygląda życie i już nic nie jest w stanie nas poróżnić.

I gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, to… nie wiem, gdzie bym teraz była, ale na pewno spełniłabym oczekiwania całego świata wobec siebie. Byłabym żoną, matką, w domu, który starałabym się wypełnić miłością.


Ale pewnego dnia przypomniałam sobie, że jak byłam mała, to chciałam być prezydentem. Zawsze chciałam więcej. Nigdy w domu nie miałam monotonii i przysięgałam, że nie będę jej mieć. Chciałam, żeby słuchały mnie tłumy, bo byłam na tyle bezczelna, żeby twierdzić, że jestem najlepsza i zawsze mam racje. Nie rozstawałam się ze sceną, bo ona dawała możliwość mówienia wieloma głosami. Miałam w sobie zawsze tak dużo empatii, na tyle, że czasami zastanawiałam się czy nie dostałam też porcji empatii mojego brata (co często jest ogromnym ciężarem). Marzyłam o tym, żeby zostawić coś po sobie światu, co sprawi, że zostawię go lepszym, niż teraz. Wybierałam zawsze jakieś kręte ścieżki, w których gubiłam się, traciłam czas, popełniałam nieodwracalne błędy i szłam pod wiatr. Nigdy nie chciałam być taka jak inni, dlatego, kiedy panowała moda na kolczyki w języku i pępku, ja obiecałam nigdy sobie ich nie zrobić, kiedy dziewczyny nosiły czarne bluzy, ja ubierałam różowy sztruksowy żakiet, jak moi rówieśnicy odrabiali lekcje, ja pisałam pamiętniki, a gdy wszyscy po liceum poszli na studia, ja wybrałam szkołę aktorską. Wreszcie, kiedy oni szukali pierwszej pracy, ja miałam już trzecią w innym mieście.


I cały plan jak domek z kart legł w gruzach. Zawiodłam wszystkie oczekiwania świata i innych ludzi, nawet mojej rodziny wobec mnie. Wybrałam niepewność, mieszkanie w kawalerce i umowę o dzieło. Byłam przekonana, że będzie banalnie prosto, bo takimi szalonymi chłopcami, podobnymi do mnie jest wypełniony cały świat. Więc szaleńczo się zakocham, objedziemy razem cały świat, tak aby niedługo naszym dzieciom pokazywać wszystko, co do zaoferowania ma świat.

I też nie wyszło. Tyle tylko, że świat krzyczy głośniej i zalewa mnie pytaniami: gdzie Twój mąż? Kiedy będziesz miała chłopaka? Co, nikt cię nie chce? Musi być z tobą coś nie tak, skoro nikogo nie masz? Oraz a kiedy ty dzieci chcesz mieć? Czy wiesz ile masz lat? Ja w twoim wieku miałam dwójkę? Najzdrowsze dzieci rodzi się przed trzydziestką… ale będziesz starą mamą… jak również od 10 lat wynajmujesz mieszkanie? Wiesz ile byś już miała spłaconego kredytu? Wynajmowanie się nie opłaca.. i też ty sobie składki na emeryturę odkładasz? Bo na starość, to nikt ci szklanki wody nie poda…


Ja pieprzę! Co ja mam odpowiadać? Tak. Bardzo chciałabym, aby ktoś mnie pokochał, chciałabym kogoś poznać, zakochać się, nie widzieć świata poza drugą osobą. Mieć kogo trzymać za rękę, z kim iść do kina, na kolacje i do łóżka. Bardzo chciałabym, aby moi rodzice byli dziadkami, chciałabym mieć trójkę wspaniałych zdrowych dzieci, być młodą mamą, która nigdy się nie starzeje i jest najfajniejszą mamą w przedszkolu. I naprawdę chciałabym mieć swój dom albo chociaż mieszkanie, móc pomalować ściany na kolor, o który marzę, wynająć moją przyjaciółkę Adę, aby zaprojektowała mi najpiękniejsze przestrzenie pod słońcem. Chciałabym mieć zmywarkę i dużą wannę, mozaikowe kafelki w kuchni i dużą biblioteczkę. I bardzo chciałabym mieć umowę o pracę, składki, urlop i możliwość zachorowania nie przychodząc do pracy. Premie, szczeble kariery, kartę multisportu i wolne weekendy.

Ale… nie mam. I nie mogę zadręczać się tym i nie możecie ode mnie oczekiwać, tego, co jest normą dla całego świata. To są akurat rzeczy, na które często nie mam wpływu, jak dzieci czy kochający facet. Choć jestem przekonana, że na pewno gdzieś jest ktoś, kto czeka na kogoś tak szalonego, jak ja (jeśli znacie kogoś takiego, to ja jestem chętna rzucić wszystko i iść na randkę). Świadomie jednak wybrałam pracę, w której może nie ma tych wszystkich korporacyjnych profitów, ale przychodzę do niej z pełną satysfakcją i przyjemnością. I jestem pewna, że ta praca właśnie da mi możliwość kupienia tego domu czy mieszkania, jak tylko będzie mnie na to stać. Bo nie stać mnie na spłatę kredytu bankowi w wysokości kilkuset tysięcy złotych. Stać mnie na to, aby wynajmować mieszkanie, ale nie stać mnie na ryzyko utraty zdrowia i stresu, bo brakuje mi jakiś nic nieznaczących papierków.


Więc jeśli nie masz mieszkania, męża i dziecka przed trzydziestką, to przybij piątkę i nie daj się zwariować, bo każdy ma swój własny czas. I zawsze jest odpowiedni czas na wszystko. I może, to jest czas, aby w sobie poszukać dziecka i nie brać wszystkiego, aż tak poważnie.

A tak w ogóle, to już tak do samej siebie, jeśli urodziłaś się, by być prezydentem, to czy widziałaś prezydenta użalającego się nad sobą, że jest sam, bez dzieci i mieszkania. Głupia TY!

Follow:

DLACZEGO BOIMY SIĘ DZIELIĆ?

Znam wielu ludzi, którzy mają talent, zdolności czy umiejętności i tworzą, bo czują taką potrzebę, a potem chowają to, na co poświęcili godziny. Wkładają zeszyt do szuflady, zamykają komputer, ukrywają swoje zdjęcia, kładą w kąt gitarę w obawie przed tym, że świat źle oceni ich twórczość, będą nierozumiani, hejtowani albo – co gorsza – w ogóle niezauważeni. Taka postawa jest zupełnie zrozumiała, oni wolą pozostać w sferze bezpieczeństwa, tajemniczości i niejakiej stabilizacji twórczej. Przypomina mi się teraz taki cytat Sztaudyngera z mistrzowskiego wystąpienia Jacka Walkiewicza „Stabilizacja motylka, to szpilka”.


Życie jednak zna takie przypadki, kiedy ludzie postanowili pokonać strach i podzielili się swoją twórczością z całym światem. Teraz w dobie programów telewizyjnych typu talent show, YouTube i rozmaitych nowo powstających social mediów wystarczy kilka kliknięć palcem i „co ma być, to będzie”. Jednak okazuje się, że nadal robią to tylko jednostki, albo inaczej, pojedynczy twórcy, którzy mają w sobie nadprzeciętną ilość wytrwałości, sumienności, cierpliwości i odwagi.

A przecież to, co robisz, ma wartość, niesie za sobą radość, daje ci satysfakcje, więc dlaczego nie dzielić się tym z innymi, którzy być może poczują to samo co ty, w trakcie podziwiania, słuchania, czytania tego, co wyraża ciebie?

Mam taką przyjaciółkę, która pięknie śpiewa, pisze teksty, gra na ukulele. Uwielbiam słuchać jej głosu, czuje się wtedy taka spokojna i daje mi to mnóstwo radości. Rzadko jednak mam szansę posłuchać jej twórczości, bo skrzętnie ją ukrywa przed światem, twierdząc, że tworzy tylko po to, bo czuje, że musi wyrazić swoje emocje i robi to wyłącznie dla siebie. Moja przyjaciółka to twarda sztuka, nie przemawiają do niej błahe argumenty, motywacyjne bzdury czy słowa wyssane z palca. Zawsze, kiedy mam problem z przekonaniem kogoś do swojego zdania, szybko się zniechęcam, ludzie mają swoje racje, wiedzą lepiej, a moja energia niewarta jest zachodu. Jednak zupełnie inaczej jest, kiedy ci na kimś zależy, wtedy nie odpuszczasz. Dlatego przeczytałam setki artykułów, obejrzałam kilkanaście filmów i posłuchałam kilku podcastów, aby zapalić w niej mały płomień niepewności, czy aby na pewno warto ukrywać swoją twórczość. I tak powstała lista 7 powodów, dlaczego warto dzielić się z innymi swoim talentem.


1 POWÓD – KRYTYKA

Jesteś swoim jedynym krytykiem. Jesteś więc nieobiektywny. Możesz powiedzieć, że to jest takie tam pisanie, taka tam fotografia czy obraz, takie sobie granie bez wykształcenia muzycznego, że nic ciekawego, nic wartościowego. Jesteś sam dla siebie największym wrogiem i hejterem. Sam zabijasz swój talent i sam świadomie się nie rozwijasz. Stajesz się Norwidem XXI wieku, z tym że w przeciwieństwie do niego świat tobie daje multum możliwości.


2 POWÓD – DYSTANS

Wystawianie się na cudzą opinię, to też uczenie się odbierania krytyki. Cóż, jednemu się podoba, drugiemu nie, każdy ma jakąś swoją wrażliwość, nie dogodzisz wszystkim. Ale uczysz się zdrowego podejścia, dystansu, bronienia swojego zdania, dostrzegania zalet i przełknięcia wad swojego dzieła. Nawet jeśli sto twoich filmów na YouTube będzie miało 150 wyświetleń i będą to z pewnością twoi przyjaciele i rodzina, to nigdy nie wiesz, czy sto pierwszy film nie sprawi, że jakiś obcy człowiek, na drugim końcu świata się nie uśmiechnie. Nie wiesz, czy twoja twórczość, zapał i cierpliwość nie staną się inspiracją dla innych, nie wiesz, czy nie zbudujesz drugiego człowiek, nie wpiszesz się swoją twórczością w punkt jego życia. Na świecie jest 7,53 miliarda ludzi, dajmy na to, że 99% z nich jest obojętnych, to nadal zostaje ci siedemdziesiąt pięć milionów trzysta tysięcy ludzi, którzy nie są bierni.


3 POWÓD – ROZWÓJ

Nawet jeżeli myślisz, że twoja twórczość jest niedoskonała, że nie czujesz się mocny, że nie masz talentu, to dzieląc się z innymi, pokazujesz, że masz odwagę, że robisz to, co sprawia ci radość, bez względu na to, czy jest to brzydkie, głupie i złe. Nadal inspirujesz, bo dajesz jasny komunikat, jeśli ja dałem radę, to ty też możesz. Jednym słowem rozwijasz się, poprawiasz, dostajesz informację zwrotną. Pokazujesz pierwsze utwory, słuchasz opinii, przechodzisz jakiś etap, potem piszesz następne rzeczy i następne, inne. Ktoś może podpowie Ci, jak oszlifować ten diament. Ktoś da inne spojrzenie. Dzieło ożywa w kontakcie z odbiorcą, który nadaje mu nowe znaczenie. W ten sposób to, co stworzyłeś, żyje w każdym człowieku, który się z tym zetknął.


4 POWÓD – SZANSA

Internet to medium, które w prosty sposób pozwala nam skontaktować się z każdym człowiekiem na świecie. Ja bardzo w to wierzę. Kiedy dzielisz swoją twórczością, masz szansę trafić na odbiorcę, który jest jednocześnie profesjonalistą, co oznacza, że zna się trochę bardziej niż inni. Kto wie, co może z tego wyjść? Może jakieś zamieszanie, może coś dobrego? No, chyba że nie chcesz zamieszania. Może chcesz po prostu coś sobie stworzyć, a potem sobie to schować. Tylko szuflada, plik na komputerze, zapisany notatniczek zrozumie, przyjmie, przechowa. Może i tak, ale nic nigdy się nie zmieni. Musisz sobie to powiedzieć w lustrze i zaakceptować, że zawsze będzie tak jak teraz.


5 POWÓD – WĄTPLIWOŚCI

Musisz sobie uświadomić, że każdy je ma. Największe talenty, najlepsi sportowcy, najmądrzejsze umysły. Słyszałam kiedyś taką opinię, że zazwyczaj jest tak, że im większy masz talent, tym większe ogarniają cię wątpliwości.

Sądzę, że masz i chęci, i talent. Większy, niż sądzisz ale mniejszy, niż pragniesz. Ale takich co mają i chęci, i talent jest wielu, a mimo to większość z nich nigdy do niczego nie dochodzi. To tylko punkt wyjścia, by cokolwiek w życiu zrobić. Wrodzony talent jest jak siła dla sportowca. Można urodzić się z większymi lub mniejszymi zdolnościami. Ale nikt nie zostaje sportowcem tylko i wyłącznie dlatego, że urodził się wysoki, silny lub szybki. Tym, co czyni kogoś sportowcem jest praca, praktyka i technika. Wrodzona inteligencja jest tylko i wyłącznie amunicją. Żeby ją skutecznie wykorzystać musisz przekształcić swój umysł w precyzyjną broń. – Carlos Ruiz Zafon “Gra anioła”


6 POWÓD – SUKCESY

Ten powód jest realnym dowodem na to, że warto. Podobno jedna z piosenek Edda Sherana (o którym mój przyjaciel twierdzi, że nie umie śpiewać) uratowała życie pewnej nastolatce, Eminem do dziś opowiada w wywiadach, że gdyby nie sukces związany z muzyką dawno siedziałby w więzieniu, a urodzony w 1922 roku Alfred Schreyer ostatnim polski Żyd z Drohobycza, więzień trzech obozów koncentracyjnych i muzyk, mówi wprost: „Muzyka – to moje życie! Teraz jestem w stanie coś zaśpiewać, a nawet podróżować po Europie z moim trio, które się nazywa „Trio Schreyera”. Jednak im bardziej zagłębiałam się w temat, tym bardziej byłam przerażona. Justin Bieber, Shawn Mendes, Torii Kelly, Jacob Sartorius, Jojo Siwa, Kate Upton, Christina Gimmie czy nasze polskie podwórko Tomasz Tomczyk, Krzysztof Gonciarz, Dawid Kwiatkowski i wielu, wielu, naprawdę wielu innych, którzy, nawet jeśli jeszcze nie zostali zauważeni, to stanie się to za chwilę. A pomimo to, ludzi, tacy jak oni to nadal pojedyncze jednostki i szary tłum. To Twoja decyzja, w którym szeregu stoisz.

Poniżej przedstawiam muzyczne dowody, których twórcy najchętniej pozbyliby się z internetu, albo wręcz przeciwnie specjalnie pozwalają im trwać, aby właśnie przekonać innych do dzielenia się.

Edd Sheeran – jeszcze chłopiec z prostą gitarą, bez tatuaży, śpiewający w sadzie.

Justin Bieber – naprawdę myślisz, że to dziecko miało widoczny talent? 

Christina Grimmie – ta amerykańska piosenkarka przyznaje, że bardzo wstydziła się zamieszczać w Internecie covery. 

Kiedy przygotowywałam się do tego artukulu, obejrzałam również mnóstwo filmów z gatunku muzyczny dokument. Głównie po to, aby mieć konkretne podparcie dowodowe. Polecam Wam obejrzeć, to bardzo motywujące filmy, które przekonują, że warto wyjść poza strefę własnego bezpieczeństwa i pokazać co nam w duszy gra.

“Masz talent” reż. David Frankel

Historia prawdziwa z Britain’s Got Talent w tle autorstwa Davida Frankela. Uroczy obraz pokazujący wprost, że warto podzielić się swoją twórczością jest film “Masz talent”. Główny bohater Paul Potts to 40-letni sprzedawca, który do śniadania lubi posłuchać utworów operowych. Nigdy nie skończył żadnej szkoły muzycznej, a jego śpiewanie ogranicza się do czterech ścian domu dzielonego wspólnie z rodzicami. Kiedy postanawia wreszcie podzielić się ze światem swoją twórczością, okazuje się, że los nieustannie zrzucamu kłody pod nogi.

“O krok od sławy” reż. Morgan Neville

Kolejny dowód na dzielenie się własną twórczością to Laureat Oscara za Najlepszy Dokument Pełnometrażowy “O krok od sławy”. Film o wątpliwościach, normalności i byciu zawsze w cieniu.

“Sugar Man” reż. Malik Bandjelloul

Kultowy już, ale warty przypomnienia sobie “Sugar Man” czyli jeden z najbardziej pozytywnych i zarazem smutnych filmów. Historia Rodrigueza to opowieść o sile skromności, pokory, ale też i tym, ile tak naprawdę zależy od szczęścia i trafienia w życiu na odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Pomyślcie co, by było, gdyby Rodriguez wychowywał się teraz w dobie Internetu.

“Boska Florence” reż. Stephen Frears

Wisienkom na torcie jest oparty na faktach autentyczny film  “Boska Florence” o niesamowitej Florence Foster Jenkins, które kochała muzykę ponad życie. I udowodniła, że jeśli się czegoś chce i wierzą w ciebie inni ludzie (lub chociaż tak myślisz), to można to osiągnąć nawet za wszelką cenę.


Gdybym bała się dzielić, tym co piszę, nigdy byście tego nie czytali. I nigdy nie powstałyby wpisy, które sprawiły, że ktoś się uśmiechnął, albo poczuł podniesiony na duchu, albo pomyślał: “ale idiotka, jestem lepszy niż ona” lub “ej ja też tak mam”. Jak zaczynałam, pisałam tak źle, że moi przyjaciele wytykali mi błędy ortograficzne. Stylistycznie nie dało się tego czytać, a jednak chwytało za serce. I to serce jest kluczem, i w dzieleniu się, i w odwadze, bo jeśli ono słucha to zawsze warto. Bo ono nie ocenia, nie dostrzega błędów, nie krzywdzi i zawsze rozumie.

Ten artykuł powstał dla moich przyjaciół Pauliny Jeronim i Damiana Podrazy, którzy według mnie mają wszystko, aby przekazywać swoją twórczość dalej. Myślę jednak, że każdy odnajdzie w nim cząstke siebie. Bo warto właśnie w sobie poszukać czegoś, co może dla naszego wewnętrznego krytyka jest słabe, a mimo to sprawia nam radość i po prostu to róbmy, a gdy poczujemy, że jesteśmy gotowi podzielić się tym ze światem – nie zastanawiajmy się ani chwili. Po prostu to zróbmy. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że porwą Wasze serca, Paulina z Damianem, jak również, Wy dacie swoją twórczością porwać moje i wiele innych.


Cześć, długo pracowałam nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to tylko moment, a dla mnie to dowód, że moja praca ma jeszcze jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.

 

Follow: