ŻYCIE

Zrzut ekranu 2015-04-23 o 23.04.53

WDZIĘCZNOŚĆ NA DZIŚ: CUD.

Dzieciństwo to czas, który pamięta się do końca życia. Pierwsze kroki, śpiew mamy i wypowiedziane słowa. Niespodziewane upadki, łzy i odkrywanie świata. Dokładne przyglądanie się swoim bliskim i zauważenie, że nie wszyscy jesteśmy tacy sami. Bezwarunkowa miłość, świeżość chłonnego umysłu, nowi przyjaciele. Ortodonta, gimnastyka korekcyjna i leżakowanie. Nagrywanie audycji, pisanie pamiętników, marzenia o scenie. Walka o bliskich i tłumaczenie słabości. Pierwszy Bóg i pierwsza utrata wiary.
Kiedy mój brat zachorował nie mogłam zrozumieć, dlaczego nas to spotkało. Wydawało się to najgorszą karą na ziemi. Choroba, która zabiera radość, spontaniczność, wiarę i możliwości. Nie dało się tego wyjaśnić i nie dało się ustalić kto za tym stoi. Dlaczego my? Co poszło nie tak? Codziennie pojawiało się mnóstwo nowych pytań, bez odpowiedzi.
Ale im więcej czasu poświęcaliśmy na zadawanie pytań i odzyskanie tego, co już dawno zostało nam zabrane, tym mniej tak naprawdę dostrzegaliśmy i więcej tego czasu przeciekało między palcami.

Byłam dzieckiem, a kazano mi rozumieć, coś, czego dorosły umysł nie mógł pojąć.
Życie dało mi rodzeństwo, ale nie pozwoliło nigdy z nim porozmawiać. Dostałam starszego brata, ale nie doświadczyłam zaufania i braterskiej miłości. Otrzymałam siłę, ale nie jego mocne ramiona i wsparcie. Oddałabym całe złoto milczenia za jedno wypowiedziane siostrzyczko. I wszystkie pieniądze świata za wyłącznie jeden uścisk dłoni.
Dawno temu myślałam, że zjawiłam się na ziemi, żeby uratować brata. I choć oddałabym za niego swoje życie, to okazuje się, że ostatecznie nie taki był plan.
Każde uderzenie ludzkiego serca jest kosmosem możliwości. I każde uderzenie serca jest cudem. Serce mojego brata szybko pozwoliło mi zrozumieć, że dopiero, kiedy pojmę, że we wszystkim można dostrzec cud, wtedy zrozumiem, jak to jest, że jego serce tłumaczy wszechświat.
Nie zjawiłam się na ziemi, aby uratować brata, ale chodziło o to, że ja po prostu mam brata.

Za cel nadrzędny postawiłam sobie niezależność. Mam w życiu dużo cudów. Cud zdrowia i szczęścia. Mnóstwo determinacji i samodzielności. Doświadczenie waleczności od dziecka ukształtowało silną i mądrą kobietę, która do wszystkiego chciała dochodzić sama. Długo nie umiałam przyjąć pomocnej dłoni, bo choć miłość do innych wyssałam z mlekiem matki, to nigdy nie nauczyłam się kochać siebie. Każdy z nas boryka się z innymi problemami, mamy kompleksy, ale każdy z nas ma również wewnętrzną siłę, która pomaga nam je pokonać. Bo życie to walka, niezależność zyskują w nim ci, którzy nauczą się kochać siebie. Przestałam więc udawać, że wszystko jest w porządku, jeśli się boje okazuje strach, uwalniam go i idę dalej. Jestem tylko człowiekiem, jestem wrażliwa, płacze i łatwo mnie zranić. Nie różnie się od innych. Przyznaje się – jestem słaba. Ale przecież nikt nikogo nie powinien osądzać, bo nikt nie może spojrzeć na świat czyimiś oczami, to co mówię, jest prosto z serca.


Z serca płynie też pasja, coś, czego nikt za żadne skarby nie może nam odebrać. Coś, czego szukamy całe życie, ale kiedy odnajdujemy to, wiemy, że to właśnie to. Z pasji zaczęłam robić filmy i z pasją wykonuje swój zawód kierownika produkcji. Choć to taki podły zawód, który coraz lepiej rozumiem. Rodzice wychowali mnie na dobrego człowieka, ale teraz wiem, że w interesach grzeczność się nie sprawdza, oczywiście należy postępować uczciwie i kulturalnie, ale ludzie uprzejmi często muszą iść na ustępstwa, a tutaj trzeba być twardym. Kobietom w tym świecie jest znacznie trudniej. Uczę się tego.


Cudem są też marzenia. Późno zorientowałam się, że nie mają żadnej wielkiej mocy, magicznego sprawstwa, nie są nieosiągalnymi gwiazdkami z nieba. To po prostu, tylko i wyłącznie rzeczy, które trzeba zrealizować, tylko po to, aby je spełnić. Kiedy marzenia stały się planami, wszystkie realizowałam w mgnieniu oka. Chciałam rzeczy nieosiągalne, miałam je. Spełnianie marzeń dawało mi szczęście. A wtedy będąc sama, w Warszawie zrozumiałam, że szczęście jest prawdziwe, tylko wtedy, kiedy je dzielimy z innymi.
Nie wszystko w życiu musi mieć sens.
Ale absolutnie wszystko, co robimy, ma określony wpływ na nasz świat wewnętrzny i każdym działaniem tworzymy naszą rzeczywistość. Choć najważniejszym decyzjom w życiu nie towarzyszą fanfary, czasem podejmuje się je nieświadomie.

Nie wiem, dlaczego mam w życiu tyle szczęścia, może dzięki temu, że modli się za mnie moja mama. W najtrudniejszych chwilach, kiedy byłam pewna, że sobie nie poradzę czułam, że Bóg istnieje i nieważne dokąd pójdę, bo wszędzie czuje jego obecność.
Cudem jest też śmierć. Nie może być przecież mowy o prawdziwym szacunku dla życia, zarówno swojego i innych, dopóki nie stanie się twarzą w twarz z własnym przemijaniem. Kiedy się to zrobi, zaczyna się patrzeć na świat w nowy, o wiele głębszy sposób.
Cudem są też przyjaciele, którzy kochają cię za każdą twoją wadę i wywołują uśmiech, nawet jak wali się świat. Oni uczą zaufania, zarówno wzajemnego, jak i tego do siebie, bo kiedy szukamy odpowiedzi na pytania, które nas dręczą, poznajemy ludzi i nie potrzebujemy odpowiedzi.

Cudem wreszcie jest życie. Każde życie. Nawet takie, jak życie mojego brata, które jest niedoskonałe.
I cudem jest pisanie. Jeżeli nie urodziłam się po to, aby uratować brata, to jakiś wewnętrzny szelest daje znać, że mówię też jego głosem. Pierwszy pamiętnik zaczęłam pisać, jak miałam siedem lat. Zrezygnowałam z papieru w wieku 14 lat, kiedy założyłam bloga. Świadomość dzielenia się swoimi przemyśleniami z innymi dodawała pisaniu sensu. Chociaż z polskiego miałam zawsze dobre stopnie, pisać w ojczystym języku nie jest łatwo, dzielenie się swoimi przemyśleniami to wystawianie się na wstyd, a pokusa skasowania całości jest super, ale zapomnijcie każde słowo, jakie w życiu napisałam, bo dzisiaj zaczynam od nowa.
Follow:

WDZIĘCZNOŚĆ NA DZIŚ: BERLIN.

Powiedzieć, że czujesz się gdzieś jak w domu, albo, że mógłbyś tam spędzić resztę życia to mocne słowa. Zwłaszcza jeśli mówimy o gęsto zaludnionym mieście, bez dostępu do morza, niekoniecznie tryskającym ciepłym klimatem i na pewno na pierwszy rzut oka nienapawającym optymistyczną aurą. Ponadto miasto, o którym mowa obarczone jest zwłaszcza dla mojego narodu negatywną historią, a obecnie stereotypowo pełne uchodźców i naćpanych zwolenników imprez. Na domiar złego, język niemiecki wcale nie pomaga w pokochaniu stolicy tego kraju. Jak to więc możliwe, że 600 km od Warszawy, 9 godzin autokarem, 2 godziny samolotem i 4 obejrzane filmy dalej jest miejsce, które sprawia, że zakochujesz się w nim od pierwszego wejrzenia? Może to magia, a może to Berlin.


 
Julian Tuwim “Szczęście”

Nieciekaw jestem świata,
Ogromnych, pięknych miast:
Nie więcej one powiedzą,
Jak ten przydrożny chwast.
Nieciekaw jestem ludzi,
Co nauk zgłębili sto:
Wystarczy mi pierwszy lepszy,
Wystarczy mi byle kto.
I ksiąg nie jestem ciekaw
– Możecie ze mnie drwić –
Wiem ja bez ksiąg niemało
I wiem, co znaczy żyć.
Usiadłem sobie pod drzewem,
Spokojny jestem i sam –
O, Boże! O, szczęście moje!
Jakże dziękować Ci mam?

Siedzę na boisku w THEODOR-WOLF-PARK, jak mała dziewczynka, wpatrując się w mural, który daje mi radość, tylko dlatego, że jest, a ja mogę na niego patrzeć. Trochę szaleństwo, ale bardzo wdzięczność. Sobotni poranek, świeci słońce, a ja nawet nie próbuje, tylko już zaprzyjaźniam się z Berlinem.

Jestem sama, choć w tym mieście wcale nie czuję się samotna. Mimo tego, że na ulicach pustki, a miasto dopiero zaczyna się budzić. Jest chwilę po ósmej, przechodzę przez wąskie uliczki, które wyglądają trochę jak z amerykańskiego filmu, w którym główna bohaterka szuka odpowiedzi na najważniejsze pytania. I trochę tak jest, gdyby amerykański zamienić na polski, film na życie, a bohaterkę na mnie. Jestem bowiem w rozkroku, między tym, czego chcę, co wiem, a co mogę. Mam najlepszy plan, ale nie wiem jak wprowadzić go w życie. Mam możliwości, ale nie mam wiedzy. Mam energię, ale nie mam żadnych inwestycji. Mam wiarę, ale nie mam pewności. Jedna to wszystko jakby przestaje stanowić niepewność, bo miasto wzbudza we mnie jakąś nieopisaną siłę. Zabiera cały ten strach, który we mnie tkwi. Oddaje mi młodość i dziecięcą naiwność. Daje poczucie, że wszystko się uda.

“To Berlin, wiecznie młode miasto.” 
Das ist Berlin, Berlin, die ewig junge Stadt (niem.)

Wracając do filmu, uśmiecham się sama do siebie, choć na zewnątrz wygląda to pewnie zabawnie. Kupuje kawę w kartonowy kubku i zatrzymuje się przy CHECKPOINT CHARLIE, o którym już wcześniej czytałam. Przejście wiąże się historycznie z murem berlińskim, który powstał 13 sierpnia 1961, ponieważ to on właśnie dzielił miasto na dwie części. Wschodnią, kontrolowaną przez Rosjan i zachodnią – strefę wpływów aliantów: Amerykanów, Francuzów i Brytyjczyków. Zatrzymuje się na chwilę, aby poobserwować ludzi. Chwilę później idę dalej.

Kolejnym przystankiem jest HOLOCAUST-MAHNMAL, który robi na mnie ogromne wrażenie, choć nie jest żadną atrakcją turystyczną, ale pomnikiem pomordowanych Żydów Europy. Sama architektura pomnika budzi jednak tak duże doznanie, że w dobie smartfonów i youtuba, nie można mieć pretensji do ludzi, którzy szukają w nim najlepszego kadru. To miejsce jednak zmusza do refleksji, kiedy stoję pośrodku betonowych ścian, zaczynam zastanawiać się nad tym, że wszyscy kiedyś staniemy się takimi pomnikami. W niektórych ktoś będzie rzeźbił, jedne tańsze, inne wystawione do podziwiania przez przypadkowych turystów. Koniec końców wszyscy zimni i już bez możliwości wyrażenia własnego zdania. I tak sobie myślę, czemu tak często, zwłaszcza im starsza jestem, powstrzymuje się od mówienia? Głupi ludzie wmawiają mi całe życie, że milczenie jest złotem, a prawda jest taka, że rozum i język tracą właściwości nieużywane. I w którym miejscu byłby świat, gdyby reżyserzy nie mówili obrazem, pisarze tekstem, a dziennikarze słowem?

 “Ale nasz kraj, nasz naród – wszyscy czujemy się podle. Przewodzili nam przestępcy i hazardziści, a my pozwalaliśmy się prowadzić jak owce na rzeź.” Anonyma – Kobieta w Berlinie

Z tą refleksją mijam ludzi, wyglądając jak egzotyczne ptaki, którzy wręcz krzyczą swoim wizerunkiem i świetnie pasują do kolorowego miasta pełnego działających na wyobraźnię murali. Jednym spacerem odkrywam setki, tysiące ulic, niezliczoną ilość budynków, przechodzę przez miejsca niby zwyczajne, a jednak warte odwiedzin, zatrzymuje się przy BRANDENBURGER TOR.

Następnie dochodzę do bardzo klasycznego PLAC GENDARMENMARKT z katedrą Francuska (Französischer Dom) oraz budynkiem Konzerthaus Berlin z wysokimi schodami. Dalej mijam katedrę (Berliner Dom) – wyjątkową i refleksyjną. Z kolei potem dochodzę do głośnego i ruchliwego ALEXANDERPLATZ, gdzie absolutnym must have jest wejście do Primarku – dokładnie to robię.

Potem idę na szybki obiad, żeby późnym popołudniem trafić do TEUFELSBERG, miejsca, o którym, mam wrażenie zapominaja przewodniki. Może dlatego ma w sobie tyle czaru i wolności? Niemniej dojść tam jest okropnie trudno. Myślę, że około 20 kilometrów trzeba przemierzyć od metra przez las, góry, pagórki i pola, ale absolutnie warto. TEUFELSBERG to w skrócie awangardowe muzeum, wyglądają jak squat dla punków, z przepięknym widokiem na… hmm autonomię tego świata.


Powrót przez ciemny las, zwłaszcza kiedy jest noc i pada deszcz jest żadną przyjemnością, ale jakoś tak doceniam i przeżywam każdy szczegół tej trwającej jeden dzień podróży. Kończę pijąc drinka w KLUNKERKRANICH, miejscu, które jest idealnym pożegnaniem z Berlinem, a znajduje się na dachu supermarketu i ma zapierający dech w piersiach widok na miasto.

“Ponieważ nie mam nic, wszystko należy do mnie.” 
Anonyma – Kobieta w Berlinie


Spędziłam w Berlinie trzy dni. Opisałam jeden. Pokochałam to miasto na lata. Chcę wracać, chcę tam żyć, chcę zawsze tak się czuć. Mówią, że szczęście to kwestia, którą trzeba sobie ustalić w głowie, że miejsca, rzeczy czy ludzie nie mają z tym związku. I pewnie to prawda, ale czasami trzeba wyjść z domu, żeby sobie to uświadomić.

Follow:

WARTOŚ/Ć

Przewartościować, dowartościować, system wartości, wartość dodana, własna i niematerialna. W życiu jest tyle wartości, że wartości przestają mieć wartość. Bo czy warto, wierzyć wartościom skoro są tak mało trwałe i przewartościować je tak łatwo?

Nauczono mnie wartości, które powinny mieć wartość i wpojono, że warto się ich trzymać, szukać i doceniać ludzi wyznających te same wartości. Ah, gdyby świat był taki prosty.. gdyby bycie w porządku popłacało, a bycie złym było karane.


Jak byłam mała, świat wydawał się taki prosty, było dobro i zło, księżniczki i złe macochy, prawdomówni i oszuści. Gdy robiło się to, co właściwe, świat sprawiedliwie odwzajemniał wszystko i oddawał, co zabrał. Nie było wśród mnie ładniejszych dzieci, które mogły więcej. Dzieci bogatszych rodziców po prostu miały więcej zajęć dodatkowych, ale jeśli byłeś sprytnym dzieckiem, to chodziłeś na te same zajęcia, bez potrzeby płacenia za nie. Nikt w moim otoczeniu nie mieszkał w domu, bo wszyscy wychowaliśmy się w blokach i dzięki temu nauczyliśmy się wartości, że każdy jest równy. A równość oznacza, że nie ma lepszych i gorszych, dlatego nikomu nie należy się ani mniej, ani więcej. A jedyne co może sprawić, że czujesz się źle to choroba.

Kiedy stałam się dorosła, świat jakby stanął na głowie. Jakbym co najmniej wyjechała do innego kraju i musiała uczyć się na nowo chodzić.


Nie wiem, czy to Warszawa, czy dorosłe życie, ale „wielcy ludzie sukcesu” mówią mi teraz: nie bądź lojalna, bo to nie popłaca, graj tylko na siebie, bo nikt o ciebie nie zadba. Ludzie, którym wierzysz, sprzedadzą cię za parę złotych, kiedy tylko pojawi się okazja. A ja przez lojalność jestem tu, gdzie jestem. Część mnie chce krzyczeć i walczyć, ale część wtapia się w tą strategię i staje się graczem, lojalnym już tylko wobec siebie. Przykre.

Takie modne słowo wśród otaczających mnie zamożnych ludzi to elastyczność. Rundę wygrywają bowiem ci, co umieją pięknie dostosować się do sytuacji, lawirują wśród tych potrzebnych ludzi i trzymają tylko z tymi, z którymi się opłaca. Pamiętam jak zawsze, nie rozumiałam takich ludzi, co to nie maja własnego zdania, ulegają wpływom i godzą się na zasady innych, tylko dlatego, żeby przetrwać. A teraz jestem jednym z nich, tych szarych ludzi, którzy mają wypchane pieniędzmi kieszenie, którzy codziennie mogą pójść do restauracji zjeść obiad i na wszystko ich stać. I choć zdrowego rozsądku mi nie brakuje i nadal na równi stawiam ochroniarza, sprzątaczkę i szefa stacji telewizyjnej, to już nie jestem sobą sprzed lat. Naiwną dziewczyną, która wierzy, że może zmienić świat. W tym aspekcie pojawia się jeszcze jedna ceniona na rynku wartość: wygoda. Po prostu wygodniej tak żyć.

Sukces to w tym świecie bogactwo, dostatek, bezpieczeństwo i niezależność. To niesamowite jak definicję czegoś, na co pracowałam i uczyłam się połowę życia, można spłycić do świstka papierków, lub – co gorsza – wirtualnych cyfr widniejących na koncie bankowym. Jak można kogoś zniewolić za tą cenę i jak łatwo można pozbawić go marzeń, poprzez 100% zaangażowanie do realizacji własnych celów. I na ironię na początku wydaje Ci się, że jesteś tu po to, aby spełniać własne marzenia, tylko na chwilę, aż zarobisz i zaczniesz robić to, czego naprawdę chcesz. Tak mijają lata, a Ty albo już wsiąkłeś w firmę, którą nazywasz azylem, bo więzienie to zbyt negatywne słowo, albo wmawiasz sobie, że nie jest tak źle, bo przecież ludzie pracują na kasie w sklepie, a Ty masz dobrze płatną pracę w mediach, albo po prostu każdego dnia mówisz sobie, że to ostatni raz.

Miłość to wartość, której już właściwie nie znasz, bo po pierwsze nie masz na nią czasu, oddając pracodawcy całe życie prywatne, albo napatrzysz się na związki w branży, którą są tak ulotne, jak bańki mydlane i tak zakłamane, że nawet nie masz ochoty się wiązać. Akceptacja jest wtedy, kiedy masz wyniki, jak nie to giniesz, nikomu nie jesteś potrzebny, ani Ty, ani Twoje doświadczenia, po prostu zgiń i więcej się nie pokazuj. Nikogo nie interesuje, kim jesteś, liczy się tylko jak cenny i duży jest projekt, który robisz. Wykształcenie jest absolutnie nie istotne, a jak jesteś piękny i świetnie grasz, to wręcz nikt nawet o nie nie zapyta. Duma to coś, co powinieneś schować do kieszeni, bo uznają Cię za gówniarza, który nie ma pokory.

Czasami jednak zdarzają się perły, choć w branży tak nazywa się ludzi, na których możesz zarobić. Dla mnie to ci wartościowi, uczciwi, dobrzy, mądrzy i prawdziwi ludzie, którzy swoją siłą zmieniają ten zepsuty świat. Nie chcę wymieniać ich z nazwiska, bo oni wiedzą, że bardzo ich cenię, kibicuje im i nigdy o nich nie zapomnę. Niestety to garstka szlachetnych kamieni w brudnym bagnie.

Witaj w branży telewizyjnej – miejscu, w którym nie chcesz być.


A ja mam serce pełne wdzięczności, wiary, wrażliwości i wolności. Ja mam duszę przepełnioną energią, intuicją i pasją. Moja głowa to miejsce, w którym mieszka szczęście i harmonia. A jedyne co pragnę dawać światu, to pomaganie innym, dawanie i sprawianie, że zostawiam to miejsce lepszym.

Choć dla niektórych to jest właśnie naiwność, którą gardzą. Bo według nich to sprawia, że jestem słaba, i są przekonani, że mogą zawładnąć moim umysłem i wpłynąć na moją samoakceptacje, i czasami zaczynam wierzyć, że tak jest. A ja przecież…

byłam w tym roku najlepsza z najlepszych, udowodniłam sobie i innym, że poradzę sobie zawsze i wszędzie, byłam na końcu świata i dałam radę. Skończyłam studia w jednej z najlepszych szkół na świecie, poznając tam ludzi, z którymi chcę pozostać w kontakcie na zawsze. Zaangażowałam piątkę niesamowitych, wyjątkowych i cennych osób, których nie potrzebuje, a jednak nie wyobrażam sobie bez nich życia. Którzy w dodatku spotykają się regularnie, aby stworzyć idee i pomagać innym. Bezustannie odwiedzam rodziców, którzy są ode mnie 300 km, bo nadal uważam, że nie ma lepszych ludzi na świecie. Zaoszczędziłam pieniądze, aby wyjechać na kurs do USA i zainwestować w T&B. I choć dla innych to nic, to dla mnie te wartości, są warte tyle co cały świat.

Koniec końców nie mam prawa zmieniać czyichś wartości, bo wartości wyznawane, którymi się ludzie kierują i poprzez które reagują i oceniają ludzi oraz sytuacje, są własnym wyborem każdego. Nie można mieć do nich pretensji, że dali sobie wydłubać oczy czy dali sobie odebrać słuch, można jedynie wytężyć własne zmysły. Można wylogować się z gry i zacząć żyć naprawdę, przestać pozwalać deptać własne wartości, albo wręcz przeciwnie zostać i mówić o nich głośno, w świecie, który nie ma o nich pojęcia.

Follow:

bomba na ursynowie

Wracam z Łodzi do Warszawy, jest po 22, okazuje się, że ulica, na której mieszkam, jest zamknięta. Szybko dowiaduje się, że jest podejrzenie podłożenia bomby przy Ul. Zaruby, pytam, czy to bezpieczne, abym doszła do domu, słyszę, że na własną odpowiedzialność. Na ulicy mnóstwo ludzi, karetka, straż pożarna, kilka radiowozów policyjnych, wóz saperski — nie robi to jednak na mnie wielkiego wrażenia, widok jak zwyczajny plan filmowy. Spotykam sąsiadów, od których dowiaduje się, że ewakuowano mieszkańców z bloku obok, bo ktoś zadzwonił, że jest bomba.

Trochę zaczynam czuć powagę sytuacji. Na dobre orientuje się, że to nie żarty, kiedy odbieram kilka telefonów z pytaniami, czy żyje i czy wszystko u mnie w porządku. Albo to ci, którzy uważnie obserwują media, albo ci, których na mnie zależy. To teraz bez znaczenia, bo taśmy policyjne coraz bardziej przesuwane są w stronę bloku, w którym mieszkam, policjanci informują, że polecają pójście do domu. Obiecujemy z sąsiadami informować się i budzić w razie, gdyby ewakuacja niezbędna była również w naszym bloku.

Wchodzę do domu. Siadam na wersalce i myślę sobie jakie życie jest kruche. Rozglądam się po 24-metrowej kawalerce, która spełnia funkcje tymczasowego domu, mimo że w żadnym stopniu nie jest moja i mam refleksje nad tym, co właściwie należy do mnie i ile warte są te wszystkie przedmioty, którymi się otaczam. Na poważnie zastanawiam się, co wzięłabym ze sobą, gdyby ktoś kazał mi natychmiast stamtąd wyjść. Myślę o komputerze, dokumentach, książkach i dyskach, ale po chwili zdaje sobie sprawę, że w razie nagłego wypadku, nikt nie pozwoli mi spędzić kilkunastu minut na myśleniu i pakowaniu rzeczy. Koniec końców zostanę sama ze sobą i wychodzi na to, że to wszystko, co mam.

Doznaje olśnienia, bo nie komputer, zdjęcia, dyski, książki, pamiętniki, a myśli, wspomnienia, marzenia, pamięć i nadzieja to wszystko, czym jestem i co powinnam pielęgnować. Pierwszy raz tak dosadnie zdaje sobie sprawę, że nie w rzeczy należy inwestować, a w doświadczenia, siebie i ludzi wokół. Podczas ewakuacji nie muszę zabierać tych wszystkich rzeczy, bo są one głęboko we mnie i zabrać ich nie może nikt. W dodatku mam wrażenie, że coś we mnie pęka i, że cała wypełniam się wdzięcznością, i nagle przed oczami pojawiają się możliwości, i już wszystko wiem, i chcę zacząć działać, i dziękować i…

Moją ekscytację przerywa wiadomość od sąsiadki, że sytuacja opanowana, bo bomba okazała się atrapą. Informacja ta, to nie dość, że ulga, ale też poczucie, że mam ogromne szczęście mając takich sąsiadów, od których zawsze mam wsparcie, nawet jak mimo braku czasu nie widujemy się tygodniami. Doceniam też wszystkich, którzy bali się o moje zdrowie, dzwoniąc i pisząc w trakcie akcji, która trwała niespełna 2 godziny.

Sytuacje, jak ta z bombą zdarzają się pewnie nagminnie na całym świecie, ale zawsze wydaję nam się, że są gdzieś daleko i nie spodziewamy się, że kiedykolwiek mogą nas dotyczyć. Można więc tę akcję potraktować jak incydent, żart, pomyłkę, zapomnieć o niej, albo zobaczyć i doświadczyć małego cudu, bo kto wie, czy nie zdarzyło się to, aby chociażby jedna osoba, doceniła i przemyślała to, co ma i co naprawdę jest ważne?

Bo gdyby zabrano ci wszystko co masz materialnie, to czy pozostałbyś nadal szczęśliwy?

Follow:

W/DECH

Niedziela rano. Wstaje z łóżka. Świeci słońce. Idę na spacer. Pierwsze piętnaście minut to nieustające wyrzuty sumienia i miliony pytań. Ciekawe, że mózg nie zapamiętuje prostych informacji, które powinien, ale kiedy tylko może zachowuje się jak przeglądarka mająca setki otwartych kart, z którymi sobie nie radzi. “Gdzie jesteś, czemu chodzisz bez celu, co robisz ze swoim życiem, zrób coś efektywnego, zadzwoń do kogoś, napisz coś, obejrzyj, wejdź na pocztę, włącz muzykę, zajmij się czymś, czemu nic nie robisz?”

To prawda, nie zaplanowałam tego dnia, nie robię nic ważnego. To jeden z niewielu dni w ciągu roku, kiedy nie pracuje, nie myślę, nie uczę się, nie rozmawiam z nikim i właściwie nie robię nic, co doprowadzi mnie do jakiegoś wyższego celu. A przecież nieustannie powtarzam sobie, że ci, którzy stoją w miejscu, zostają w tyle. Dlatego ja codziennie zmierzam dalej, szybciej i bardziej. Świat ma przecież tyle możliwości! Zaraz zacznę jakiś nowy projekt albo pójdę na kolejne studia, warsztaty, treningi. Tyle wokół rzeczy, które są w stanie sprawić, że możemy stać się jeszcze lepsi.

Ale dzisiaj jest niedziela, a ja stojąc w miejscu, robię nic.


TACY SAMI

Spacerowanie samemu jest jak medytacja, najpierw pojawia się milion myśli, potem zaczynamy dostrzegać drobiazgi, z których zbudowany jest świat, skupiamy się na oddechu: wdech, wydech, a później wyciągamy wnioski. Przechadzam się wydeptanymi na Kabatach ścieżkami, mijając różnych ludzi, patrzymy sobie w oczy, nic o sobie nie wiedząc, ale czytam z tych oczu, że wszyscy na swój sposób chcemy być wyjątkowi. Dążymy do tego, by czuć się niepowtarzalnie. W pracy być doceniani, innowacyjni i sumienni. W życiu kochani, piękni i zdrowi. Dla jednej, chociaż osoby na świecie niezastąpieni. Dla wszystkich ciekawi. Chcemy być lajkowani, czytani, obserwowani i lubiani. Absurdem jednak jest to, że nie zależy nam na sympatii rodziny, przyjaciół i znanych nam ludzi. Najbardziej pragniemy być podziwiani przez tych obcych, dla których stajemy się wyjątkowi nie przez to, co robimy na co dzień, ale jacy wydajemy się być i jacy kreujemy się w wirtualnej rzeczywistości. Nieważne już jest, kim jesteśmy dla siebie, ważne, że dla innych jesteśmy wyjątkowi, a przynajmniej sprawiamy takie wrażenie.

Pod koniec dnia jednak wszyscy i ci ważni, i ci wyjątkowi w sieci, i popularni, i ci nikomu nieznani, niewidoczni i nieważni kładziemy się spać. Jedni we własnym ciepłym i wygodnym łóżku, inni wtuleni w hotelowe materace, czasami na plaży, innym razem w pociągach, niektórzy w szpitalach, ośrodkach, domach dziecka, inni na zimnej ziemi, trawie, bądź kartonie. Pod tym względem jesteśmy tacy sami, wszyscy pod koniec dnia zamykamy oczy. Są też sprawy w ciągu dnia wspólne dla wszystkich, to co ludzi boli i co ich uszczęśliwia. Każdy kiedyś płaci rachunki, każdy miał blisko kogoś, kto nie radził sobie z alkoholem, każdy kogoś kocha i każdy coś traci.

Może więc to nieustanne ściganie się, konkurowanie z innymi i aspirowanie do wzorców, które często nie są nasze, jest niepotrzebne? Może również te spektakularne sukcesy, które obserwujemy u innych, to nie są właściwie nasze własne marzenia, może po prostu narzuca nam je świat, w którym żyjemy?

Bo jeśli codziennie wieczorem zamykamy oczy, oznacza to, że wszyscy jesteśmy tacy sami. A jeśli wszyscy jesteśmy tacy sami, to może wszyscy jesteśmy wyjątkowi? I może nasze życie jest wystarczająco dobre i warto by w końcu w nim trochę pożyć. Poczuć przyjemność z tego, co robimy, a nie z ciągłego marzenia dokąd nas ono zaprowadzi.


OFF/ON LINE

Cały czas mam również przemyślenia na temat nowych mediów. Z jednej strony mam wrażenie, że nie nadążam, a z drugiej, że postępuje właściwie, bo wyznaczam granicę między rzeczywistością wirtualną a realną. A może jestem zbyt słaba, nie umiejąc połączyć jednego z drugim.

W ostatnim czasie planuje wyjazd do USA na kurs językowy. W związku z tym byłam w kilku szkołach językowych dopytać o szczegóły. Kiedy szukałam informacji na temat kursów, pojawił się problem, że żadne video nie pokazuje jak się przygotować, czego się spodziewać, na co zwrócić uwagę i co jest tylko zbędnym strachem i stresem związanym z organizacją oraz wyjazdem na kurs. Jeśli chodzi o vlogi w obszarze kursów językowych, są to teledyskowe video, bardzo “pocięte” montażowo, niepokazujące właściwie gdzie jesteśmy, z kim i jak to jest osadzone w czasie. Pomyślałam, że chciałabym stworzyć relacje video, której mi brakuje. Wyjazd stał się moją motywacją do założenia kanału na YouTube i też ciekawym doświadczeniem w przekraczaniu granic oraz stawianiu sobie nowych wyzwań. Dlatego przygotowuje ofertę dla szkoły językowej. Chcę wziąć udział w transakcji barterowej. W trakcie jej tworzenia uświadamiłam sobie jednak, że w porównaniu do innych mam trochę mało lajków, subskrypcji i obserwacji. I nie wiem, dlaczego zrobiło mi się przykro, tak jakby miało to wpływ na moje zdrowie, samopoczucie, przyjaciół czy rodzinę.

Moja przyjaciółka wyprowadziła mnie jednak z melancholii, opowiadając o kampanii marketingowej peguota prowadzonej przez youtuberów. Mieli oni jedynie ponad trzysta wyświetleń. Wydawało się to wielką porażką marki, bowiem zainwestowano w kampanię kilkadziesiąt tysięcy złotych. Okazało się jednak, że klient był więcej niż zadowolony, ponieważ zostało sprzedanych kilkanaście samochodów.

Ile obserwujących zatem czyni wyjątkowym? Ile lajków sprawia, że jesteśmy ciekawi?

Moim zdaniem liczy się tylko ilość tych, którzy naprawdę ci wierzą. A to nie zawsze idzie w parze z pieniędzmi i pozycją społeczną. Bo ile właściwie kosztuje szczęście, a ile jesteś w stanie zapłacić za satysfakcje? Więcej czy mniej niż kosztuje prawda? A wreszcie ilu internautów musi uznać pozycję społeczną za autorytet, aby nim naprawdę być?

Dystans i balans. To chyba ważne zarówno w realu, jak i online. Nawet jak nie istnieje w 100% w sieci, to żyje na 100% w realu. Proporcje te będą się zmieniać, ale mimo wszystko nie zamierzam być kimś innym, nawet jeśli prawda ma mało lajków.


W czasach, w których wypada mieć własne zdanie, w których z każdej strony bombardowani jesteśmy informacjami. W multizadaniowej rzeczywistości, w której tyle się dzieje, i w której ciągle tak wiele jest do zrobienia, przeczytania, nauczenia się i zaplanowania. Tu gdzie, nawet jeśli sami od siebie nie wymagamy, to świat wymaga od nas bycia wyjątkowymi. Właśnie teraz najlepsze co możemy zrobić dla siebie to nie robić nic. Nie zawsze, ale codziennie, przez moment. Bo czasami robienie nic jest bardziej efektywne od robienia czegoś na siłę. I czasami to nic nierobienie otwiera umysł i porządkuje sprawy jak nic innego. Zatem bycie offline dla świata, to bycie online dla siebie.

Follow: