ŻYCIE

Zrzut ekranu 2015-04-23 o 23.04.53

List otwarty do wszystkich ludzi przeciwko aborcji.

Czas czytania: 6 minuty

Image

POSŁUCHAJ

Przyznaję, że pisząc ten artykuł, podejmuję ryzyko. Narażę się z pewnością niektórym moim znajomym, może i rodzinie. Zdenerwuję też niektórych chrześcijan, przyznając, że nie jestem pewna, czy naszym zadaniem jest bojowy sprzeciw wobec aborcji. Jako osoba wierząca zdaję sobie sprawę, że mogę stracić przyjaciół po obu stronach. Ale do jasnej ciasnej, Bóg mówi mi, żebym nie żyła w strachu, więc nie będę.

Cały czas mnie zastanawia skąd się wzięło przekonanie, że Bóg wzywa chrześcijan, aby narzucali ludziom Jego instrukcje, które są przeznaczone dla wierzących. Z pewnością Biblia zawiera wiele nauk i wskazówek, jak żyć jako wierzący. Tam też jest napisane jak mamy współdziałać z naszymi „niewierzącymi sąsiadami” – kochać ich. Jest jeszcze coś niezwykle ciekawego, czego nie mówi pismo święte. Mianowicie ani razu nie daje wierzącym nakazu osądzania i potępiania niewierzących.

Wierzący nie mają mandatu, by sądzić. Mamy przykazanie, by kochać.


𓇣

Przeczytałam w ostatnim czasie tyle wstrząsających historii na temat aborcji, że nie mam potrzeby przytaczać tych, których byłam świadkiem. Powiem tylko jako osoba z boku, że było to dla mnie tak traumatyczne doświadczenie, że potem sama musiałam je mocno przepracować. To właśnie zetknięcie się z problemem osobiście sprawia, że jestem przerażona zimnymi, a czasami obrzydliwymi hasłami ruchu pro-life, a raczej pro-propagandy, która jest mi tak daleka. Dr. Jonathan Zenilman słusznie apeluje:

Wprowadzenie państwa do gabinetu lekarskiego – gdzie dokonuje się jednych z najbardziej prywatnych i często najtrudniejszych wyborów – jest pozbawione współczucia i rażąco niesprawiedliwe. Politycy antyaborcyjni określają się jako „pro-life”. Ale te prawa wcale nie uwzględniają życia i zdrowia kobiet. Jako lekarze o tym wiemy. Jonathan Zenilman

𓇣

Łatwo jest wejść jako osoba z zewnątrz i powiedzieć: „Aborcja jest zła. Zamiast tego powinnaś zrobić to, to i to.”. Łatwo sobie wmówić, że kobiety, które dokonały aborcji, to zwykłe egoistki, podczas gdy te, które wybierają rodzicielstwo lub adopcję, są wspaniałe. Wielu zwolenników prawa do życia twierdzi, że aborcja jest zdecydowanie złym wyborem, ponieważ kobiety mogą doświadczać traumy lub depresji po aborcji. Cała koncepcja jest myląca, ponieważ wiele kobiet odczuwa znaczną ulgę po dokonaniu wyboru. Czy ci się to podoba, czy nie, nie musisz żyć z jej wyborem – ale ona tak.

Mama zawsze mi tłumaczyła, że Bóg dał nam rozum i różne talenty. Nie korzystanie z tego co dostaliśmy jest niedostatecznym wykorzystywaniem potencjału, co Bóg potępia. Rozumiem to tak, że jeśli Bóg pozwolił doprowadzić medycynę do takiego stopnia, że możemy się posługiwać metodą in-vitro, aby tworzyć nowe życie, albo dostaliśmy szansę wykrycia i zapobiegania krzywdy, która może spotkać nas lub nasze dzieci, to jesteśmy zobowiązani do skorzystania z tego. Nie chodzi o to, że nie widzę argumentów etycznych dotyczących aborcji. Ale po obu stronach płotu istnieje wiele problemów etycznych.


Jedna z lekarek w USA opisała swój dzień, w którym uczestniczyła przy kilku aborcjach. Każda z nich była odrębną indywidualną historią i właśnie wyborem.

Ta praca jest ciężka. To odbija się na każdym. Ale najgorsze straty ponoszą kobiety, które stają w obliczu takiej sytuacji w swoim życiu. Niech nikt ci nie powie, że decyzja o przerwaniu ciąży jest niefrasobliwa. Nikt nigdy nie przychodził na moją salę operacyjną w czwartek szczęśliwy, że tam jest. Nikt. Jeśli kiedykolwiek musiałaś dokonać takiego wyboru – wiedz, że byłam tam dla Ciebie. Jeśli nigdy nie musiałaś podejmować tej decyzji – uklęknij teraz i podziękuj każdemu bogu lub bogini, do którego się modlisz.

𓇣

Za jednym razem wzięłam tabletki antykoncepcyjne. Wypiłam butelkę dżinu leżąc we wrzącej kąpieli. Kołysałam się na brzuchu, raz po raz, aż stałam się czerwona. Poprosiłam znajomą, żeby uderzyła mnie w brzuch. Wypaliłam paczkę papierosów. Brałam tabletki extasy i ponad 10 000 mg witaminy C dziennie przez tydzień.

Ostatecznie istnieje sporo dowodów na to, że zakaz aborcji jest nieskuteczny w zapobieganiu aborcji, a zamiast tego kieruje kobiety w kierunku niebezpiecznych i potencjalnie śmiertelnych metod.

Jeśli jakakolwiek kobieta w Polsce podejmie decyzję o braku gotowości do urodzenia dziecka, to ja chcę, aby była bezpieczna. Chcę, żeby przeżyła i wyzdrowiała. Nie chcę, aby szukała w Google jak przeprowadzić aborcję w domu, narażając swoje życie. Chcę o tym krzyczeć i chcę o to walczyć. Bo brak walki o prawa kobiet jako prawa człowieka, w tym prawo do kontrolowania własnego ciała i wyborów życiowych, jest postawą niemoralną.


Poruszę jeszcze jeden problem, narażając się z pewnością na sporą krytykę. Mianowicie wielu obrońców życia chciałoby, żebyśmy uwierzyli, że kobiety, które chcą dokonać aborcji, są moralnymi bankrutami i kierują się egoizmem. Niestety jednak myślę, że zbyt wielu rodziców – lub potencjalnych rodziców uważa, że ​​w urodzeniu dziecka chodzi przede wszystkim o nich. Uważają nawet dzieci za swoje dziedzictwo. Jakby posiadanie dziecka mogło je wypełnić lub uzupełnić. Zbyt wielu rodziców zapomina, że ​​dzieci stają się dziećmi, które stają się dorosłymi. Obowiązkiem każdego rodzica jest pomoc tym dzieciom w dojściu do zdrowych i pozytywnych psychicznie dorosłych. Prawdziwa odpowiedzialność zaczyna się w momencie narodzin dziecka, a nie możemy z czystym sumieniem narzucić kobiecie takiej odpowiedzialności na całe życie.

𓇣

Damian, idąc dalej twierdzi, że na posiadanie dziecka powinien być egzamin. Jak egzamin na prawo jazdy, przygotowujący lub chociaż wprowadzający w kolejne etapy wychowania. Też do radzenia sobie ze sobą w trakcie tej nauki. Dopiero dorośli zrównoważeni ludzie, którzy uzyskają pozytywny wynik, będą mieli szansę i możliwość zostania rodzicami. Bo dlaczego, aby zostać psychologiem trzeba ukończyć 5 letnie studia, zdać egzaminy i zrobić praktyki, a rodzicem staje się w moment?

To się oczywiście nigdy nie wydarzy, bo ekonomicznie świat potrzebuje nowych pracowników, ale pomyślcie o odpowiedzialności jaką jest wychowanie dziecka. Odpowiedzialności, którą fizycznie dostaliśmy od natury, a z którą często sobie nie radzimy. To jest prawdziwy problem.

Edukacja, również seksualna, wsparcie niepełnosprawnych i ich opiekunów, empatia to są obszary, nad którymi powinniśmy się zastanawiać, to jest bycie PRO-LIFE kochani znajomi.


𓇣

Nie żyjemy w idealnym świecie. Kościół musi to zaakceptować i rzeczywiście zrobić coś, aby pomóc. Powinniśmy pogodzić się z tym, że fakt, że nie każdy podziela nasz pogląd na temat świętości związku seksualnego i tego, jak Bóg go zaprojektował.

Każdego dnia dokonujemy życiowych wyborów. Na przykład jeśli jesteś chrześcijaninem, możesz wierzyć, że akt wolnej woli (wyboru) jest dany przez Boga, ale wybór, nawet wybór zbawienia, jeśli podążasz za Jezusem Chrystusem, jest wyborem. To kwestia wolnej woli. Wybór jest święty. To prawda bez względu na to, w co wierzysz. Odmówienie pełnemu człowiekowi wyboru jest po prostu odmową człowieczeństwa.

Nadal jestem smutna, że ​​aborcja musi się wydarzyć, ale czasami po prostu nie może być inaczej, bo świat nie jest czarno-biały. Mocno wierzę, że każde życie jest cenne i warte ochrony, ale jestem przekonana, że kryminalizacja bezpiecznej aborcji nie jest rozwiązaniem.

Kobiety nie przestaną mieć aborcji, bo kobiety mają wolną wolę, ambicje i wiedzą, czy chcą mieć dzieci, kiedy, jak, z kim. Kobiety nie przestaną przeprowadzać aborcji, ponieważ przynajmniej wiedzą, że są czymś więcej niż kabinami do inkubacji niemowląt. Ale aborcje, które przeprowadzą, będą niebezpieczne i samotne, i będą powodować społeczne nierówności w dostępie do praw do aborcji.

Mam taką cichą dziecięcą nadzieje, że zaczniemy siebie nawzajem tak szczerze i prosto z serca słuchać. To pierwszy krok do zmian.

Follow:

5 powodów dlaczego przeprowadzamy się do domu w lesie

Czas czytania: 4 minuty

Image

POSŁUCHAJ

Decyzja o przeprowadzce do domu była spontaniczna i szalona. W związku z tym, że wynajem naszego wspaniałego mieszkanka na poddaszu kończył się w październiku, podjęliśmy decyzję, że szukamy czegoś większego. To była trudna decyzja, bo było nam tam naprawdę dobrze.

Mieszkamy na Pradze Południe w kamienicy pośród drzew. Nasze mieszkanie jest bardzo jasne, na każdej ścianie oraz na suficie są okna — rośliny rosną jak szalone. Mamy 10 minut do centrum na hulajnodze, nie więcej do pracy i ulubionej kawiarni. Dwa kroki od domu są przystanki autobusowe i tramwajowe.

Niestety, pomimo ciągłego pozbywania się rzeczy nasze mieszkanie z miesiąca na miesiąc stawało się za ciasne. To za sprawą tego, że nasz dom nagle z powodu pandemii stał się naszą przestrzenią do pracy, salą do ćwiczeń, miejscem do odpoczynku, studiem nagraniowym i pomieszczeniem do rozwijania pasji. To dużo jak na 40 metrów, na których oprócz łóżka, sofy, fotela, podnóżka stolika kawowego, regału na książki, dwóch szaf, stołu do jedzenia, 6 krzeseł i dwóch biurek mieści się jeszcze pianino, gitara, ukulele, dwa mikrofony i statywy z oświetleniem. Do tego mamy 36 roślin (z których każda ma imię), pralkę w kuchni i łazienkę w sypialni.

Sami rozumiecie, prawda?


Jak to się stało?

Szukaliśmy mieszkania choć trochę większego w podobnej okolicy w cenie do 2800 zł. Mieliśmy marzenie, aby zamieszkać w domu, jednak po zrobieniu pierwszego researchu wiedzieliśmy już, że jest: A) za drogo B) domy są za duże dla naszej dwójki C) domy są za daleko od miasta. Niestety jednak, mimo zapewnień, że po pandemii mieszkania będą tańsze, to nie zauważyliśmy tego. Były albo zaniedbane, albo bardzo drogie.

Wtedy postanowiliśmy sięgnąć po jedno z naszych największych narzędzi, czyli po wizualizacje. A po ludzku, po prostu zaczęliśmy mocno myśleć o domu, zastanawiać się jakby to było fajnie zaprosić rodziców, wyobrażaliśmy sobie jak wspaniale będzie pić kawę z widokiem na drzewa, a nie inne bloki. Myśląc o małym domku niedaleko miasta, odrzuciliśmy wszystkie „nie ma takiego”, „nie uda się”, „to niemożliwe”. I jakby Wam to powiedzieć: dom pojawił się sam.

Nagle znalazłam ogłoszenie o wynajmie pięknego małego białego domku z czerwonym dachem i moje serce mocniej zabiło. Nie pokazałam go wprawdzie od razu Damianowi, bo moja wewnętrzna komfortowa Kasia uznała, że to za daleko i że po co w ogóle coś zmieniać. Damian sam jednak coś zaczął mówić o domu, więc pokazałam mu ogłoszenie. I nastąpiła ekscytacja. Dom miał bowiem wszystko, o czym marzyliśmy: kuchnie ze zmywarką połączoną z dużym salonem i kominkiem, osobną sypialnię, dodatkowy pokój, łazienkę z prysznicem i wanną, dużą działkę, zadaszony ganek, a na domiar wszystkiego zlokalizowany jest 30 km od centrum Warszawy.

Nie minęła minuta, jak pełni radości już dzwoniliśmy do właścicielki. „Niestety dom już jest wynajęty” – usłyszeliśmy. Damian się rozłączył, popatrzyliśmy na siebie, jakbyśmy obydwoje wiedzieli co robić dalej — dzwonimy jeszcze raz. Cudem udało nam się umówić na obejrzenie domu. Po przyjeździe poznaliśmy właścicielkę, zobaczyliśmy dom, w którym już od bramy czuliśmy dobrą energię i byliśmy pewni, że tam zamieszkamy. Po kilku godzinach niepewności zadzwonił telefon: „Zdecydowałam się, że to wy zamieszkacie w domu”. Jeśli ktoś nadal myśli, że to splot przypadków, to odsyłam do cytatu Alberta Einstaina:

„Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko.”


5 powodów dlaczego to zrobiliśmy

〄 1

Czystość powietrza, otoczenie zieleni i bliskość natury.

Nasze wspólne życie w ciągu ostatnich miesięcy mocno zwolniło. Zaczęliśmy bardziej dbać o zdrowie. Wprowadziliśmy sporo nawyków i przeczytaliśmy kilka książek około zdrowotnych, w których bardzo dużo dowiedzieliśmy się o tym jak powietrze, poziom hałasu i brak obcowania z naturą wpływają źle na nasze funkcjonowanie.

〄 2

Własne warzywa i owoce.

Bardzo chcieliśmy jeść wyhodowane przez siebie jedzenie. Zaczęliśmy już w mieście – mamy własne pomidory, paprykę, bazylię, miętę i szczypiorek. Niestety tutaj bardzo trudno utrzymać warzywa przy życiu, o owocach nie wspominając. Perspektywa posiadania ogródka była spełnieniem marzeń.

〄 3

Spokój.

Jestem wychowana w miejskim zgiełku, ale nawet mi on czasami przeszkadza. Myśl o odetchnięciu przy kominku po całym dniu w pracy wydaje się być idealnym zakończeniem dnia. Mam też poczucie, że ta przestrzeń da nam nowe możliwości do tworzenia.

〄 4

Goście.

To jeden z najważniejszym punktów. W naszym małym mieszkaniu trudno było kogoś przenocować czy zaprosić rodzinę, a bardzo nam tego brakowało. Już na październik mamy zaplanowany przyjazd rodziców i przyjaciół. Nie możemy się doczekać wspólnych ognisk, picia kawy na ganku, pieczenia chleba i grania w planszówki.

〄 5

Próba. 

Czy damy radę? Czy życie poza miastem jest dla nas? Czy to nasza bajka? Obydwoje bardzo lubimy zmiany i wyzwania. Wiadomo, że łatwiej byłoby zostać przy tym co już znamy, ale ciekawiej będzie przekonać się co czeka na nas w nowym miejscu.


Czy się boje? Bardzo. Wystarczy wpisać w Google zapytanie, czy warto mieszkać na wsi, żeby dowiedzieć się, że nie warto. Przeczytałam milion artykułów o myszach, robactwie, braku komunikacji, ciągłej pracy przy domu, braku znajomych i nieustannych wydatkach. Pewnie wszystko to prawda, ale chcę to poczuć na własnej skórze, chcę spróbować, przekonać się, przeżyć to. Równo za dwa tygodnie wszystko się zacznie, a ja jedyne co czuje to wdzięczność i radość. Widzimy się w domu.

Follow:

Miłość to normalne życie

Czas czytania: 5 minuty

Image

POSŁUCHAJ

Mike George w książce „Sztuka relaksu” przytacza cztery poziomy więzi w miłości. Pierwszy poziom to spotkanie ciał, czyli fizyczność – najniższy z poziomów. Okazuje się, że seks wcale nie jest tożsamy z miłością, a emocjonalne spełnienie poprzez miłość jest łatwe do osiągnięcia również bez pierwiastka cielesnego. Drugi poziom to poziom emocjonalny – spotkanie serc. To poczucie, że czujemy to samo, co druga osoba nazywane jest prawdziwie magicznym doświadczeniem. Poziom trzeci określany jest spotkaniem umysłów. To taki stan, w którym obie strony myślą tak samo, albo jedno osoba wypowiada dokładnie to, o czym druga właśnie pomyślała. Często mówi się wtedy o szczególnej manifestacji miłości, dlatego, że wtedy partnerzy często porozumiewają się bez słów. Jednak najwyższym poziomem miłości jest spotkanie dusz. To taki stan, w którym swobodnie, bez strachu, z całkowitym zaufaniem i akceptacją tworzymy relacje z drugim człowiekiem. To brak zazdrości, brak domysłów, brak krępacji. Taka sytuacja zdarza się podobno bardzo rzadko, lecz jest to stan, do którego powinniśmy dążyć, bo tylko wtedy doznajemy prawdziwego spełniania w miłości.


Miłość to normalne życie

Mało się mówi o miłości w normalnym życiu. Najbardziej ekscytujące jest zakochanie się i ten wspaniały czas odkrywania siebie. Ta ciekawość, adrenalina i pożądanie. Moment, w którym dzieje się najwięcej i kiedy euforia dosięga zenitu. Później przychodzi szare życie, które weryfikuje, co naprawdę jest ważne. Z perspektywy czasu moje związki nigdy nie docierały do poziomu spotkania dusz.

Z Dawidem byłam przez 8 lat i była to moja pierwsza miłość. Poznaliśmy się, mając 15 lat i przeżyliśmy wspólnie sporo pierwszych razów. To z nim pierwszy raz leciałam samolotem, to z nim pierwszy raz byłam za granicą, to on był przy mnie, jak zdawałam prawo jazdy i pisałam maturę. Razem wyprowadziliśmy się do dużego miasta i razem zamieszkaliśmy sami. To on słuchał o moich pierwszych pracach, planach i marzeniach. To w trakcie tego związku obserwowałam własne granice i podwyższałam poprzeczkę. To wtedy stawałam się kobietą, która zaczyna rozumieć, co jest dobre, a co złe. To ta relacja nauczyła mnie wybaczania i dawania kolejnych szans. To tutaj zrozumiałam jak być wsparciem dla kogoś. W tym związku też zrozumiałam, że warto mówić „nie”, że trzeba się nie zgadzać i że nie wolno się bać. Ta relacja pokazała mi też, że czasami jest za późno, aby coś odbudować i że trzeba o miłość dbać, zwłaszcza jak staje się monotonną rzeczywistością. Nasza miłość zatrzymała się na poziomie trzecim i nigdy nie poszła wyżej.

Z Bartkiem byłam 1,5 roku. To była miłość ekscytując i szalona. To była relacja jak z komedii romantycznej. Wpadłam w ramiona mężczyzny, dla którego byłam najważniejsza. To relacja przepełniona kreatywnością i pożądaniem. Pełna niespodzianek i tęsknot. To związek, w którym można było rosnąć. Razem odkrywaliśmy potęgę umysłu i serca. Chodziliśmy na jogę i zaczynaliśmy medytować. Ciągle otaczaliśmy się muzyką, literaturą i poezją. Chodziliśmy do kina, teatru i na spotkania kulturalne. Był między nami jakaś więź, która unosiła nas ponad ten cały szary świat. Chcieliśmy się dla siebie stawać lepsi, bardzo wierzyliśmy, że razem to my możemy góry przenosić. Czułam się w tym związku jak księżniczka. Byłam pewna, że to właśnie ten jedyny, któremu chce rodzić dzieci i z którym chce założyć rodzinę. I to właśnie w tym związku nauczyłam się, że czar pryska. Że nie będzie jak w komedii romantycznej, bo po napisach przyszło normalne życie, z którym sobie nie poradziliśmy. Po świadomym zrezygnowaniu z pracy w korporacji nie umiałam odnaleźć się w nowej rzeczywistości i nie dostałam wsparcia, jakiego oczekiwałam. Przestałam być silna, a kto potrzebuje słabej dziewczyny? To rozstanie było dla mnie szokujące i trudne. Bardzo długo musiałam po nim stawać na nogi. To była bolesna i trudna lekcja, a jej skutki odczuwam do dziś. Bardzo na przykład boje się zostać bez pracy, w obawie, że wszystko się posypie. Niemniej związek ten nauczył mnie, że zawsze sobie poradzę i nigdy się nie poddam. Pokazał mi, jak ważne okazały się relacje z moimi przyjaciółmi i znajomymi. Ta relacja pokazała, że intuicja kobiety nigdy nie zawodzi i że tylko wybaczenie przynosi ukojenie oraz pozwala na bycie sobą. Ta miłość też zatrzymała się na etapie trzecim.

Z Damianem jestem od 7 miesięcy i jest bezsprzecznie miłością mojego życia. Znamy się od ponad 4 lat i nasza relacja od początku była budowana na szczerości, zaufaniu i empatii. Tak jakbyśmy zaczynali od poziomu czwartego najwyższego. Ten związek rozpoczął się od normalnego życia. Tej codzienności i szarości, którą obydwoje kochamy i akceptujemy. Nie szukamy fajerwerków, choć życie często nam ich samo dostarcza. Nasz związek od moich poprzednich relacji różni się tym, że nie skupiamy się w nim na sobie, tylko na robieniu dobra i pomaganiu innym. Na wzruszeniach, wdzięczności i prawdzie. Mam to szczęście, że jestem z mężczyzną, który myśli długoterminowo i jest nadzwyczaj cierpliwy. Nie ma dla niego rzeczy nie do zrobienia czy sytuacji, które go przerastają. Jeszcze nigdy nie czułam się tak szczęśliwa i bezpieczna. Dopiero teraz czuje się małą dziewczynką, którą ktoś się opiekuje, w ciele kobiety, która wie, czego chce. Wszystko w tej relacji ma swoje miejsce i swój czas. Tylko z tymi poziomami coś nam się pomieszało. Zaczęliśmy od spotkania dusz, a potem spotkania umysłów, serc i ciał same do nas zapukały.


Nie jestem ekspertem od miłości i nie wiem nawet, co trzeba zrobić, aby być. Wiem tylko, że każda relacja jest na wagę złota, bo uczy nas czegoś o sobie. Ja dzisiaj zrozumiałam, że miłość to normalne codzienne życie. A w normalnym życiu rzadko jest jak na Instagramie. Czasami coś boli, jest brzydkie i nie nadaje się do dzielenia z innymi. Często pozbawione jest geometrii, minimalizmu i prostoty. Nie można go pokolorować gotowym filtrem i udawać, że wszystko jest pięknie. A jedyne relacje, to te głęboko przeżywane i przegadane na co dzień, których nie sposób złapać aparatem. W moim życiu teraz czuje duży spokój i kocham tę normalność, od której kiedyś uciekałam. Kocham to poczucie codziennej wdzięczności. Kocham wspólny dom i wspólne marzenia. Warto było czekać na Ciebie kochanie, aby się tego wszystkiego dowiedzieć.

I tak sobie myślę, z perspektywy czasu, że na ogół okazuje się, że warto czekać. Bo wszystko, co jest nam pisane, zdarzy się, bez naszej ingerencji, zaangażowania i walki.

Follow:

Przepraszam bardzo

Czas czytania: 6 minuty

Image

Posłuchaj

Przepraszanie jest bardzo trudne. Wymaga przyznania się do błędu i okazania słabości. Trzeba mieć w sobie olbrzymie pokłady dystansu i odwagi, aby spojrzeć komuś w oczy i powiedzieć: „Moje zachowanie nie było na miejscu”, „To, co zrobiłam boli”, „Wiem, że postąpiłam niesłusznie”. Obecnie jest dużo więcej możliwości i form przepraszania – telefon, smsy, social media, a może nawet i wysłanie listu. Nadal jednak bez względu na czasy, tak trudno nam przechodzi to przez usta, palce, serce i głowę.


Przepraszam

Jak byłam mała, to mama kazała mi przepraszać zawsze jak zrobiłam coś złego. Złe było powiedzienie brzydko, spóźnienie, skłamanie i bycie naburmuszoną u ortodonty. Ze swoim wrodzonym wyczuciem zawstydzała mnie wtedy mówiąc: „no przeproś panią”, albo „i co teraz należy powiedzieć?”. Z drugiej zaś strony mama mówiła, że należy przepraszać, jak się komuś nadepnie na nogę lub chce się zabrać głos. Przepraszanie kojarzyło mi się ze słabością bycia dzieckiem, któremu cokolwiek można kazać. Tylko mama wie jakim byłam niesfornym dzieckiem i wcale tak bez ceregieli nie zgadzałam się na zwykłe przepraszanie. Walczyłam jak mogłam. I chyba walczę do dziś. Dopóki nie zaczynam rozumieć czym jest przepraszanie, jakie ma skutki i dlaczego tak ważne jest dla samego siebie.

Wiecie co jest fajne w pisaniu bloga? To, że najpierw pojawia się mała myśl, ona dojrzewa, krąży po całym ciele. Wreszcie zaczyna ci się śnić. Zupełnie przypadkowo trafiasz na strony o tej samej tematyce w internecie, czytasz książkę i poruszany jest właśnie ten problem, a następnie robiąc zakupy w sklepie słyszysz jak ludzie o tym rozmawiają. Czasami czuje się jak wiariatka przyciągająca wszystko o czym pomyśli (Damian twierdzi, że dokładnie tak jest) ale nawet jak bardzo chcę o tym zapomnieć, to nie ma takiej siły. Mój organizm każe mi usiąść, a palce same wystukują słowa. Często jest to stek bzdur, ale dopóki nie pozbędę się tego co mam w głowie nie mogę normalnie funkcjonować.

Z przepraszaniem było dokładnie tak samo. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że jestem cholernie wrażliwa i empatyczna. Bardzo przejmuje się tym co czują i myślą inni, a pod twardą skorupą silnej kobiety kryje się mała dziewczynka, która tak naprawde po prostu chce dobrze. Ludzie, którzy poznali mnie lepiej wiedzą, że mam też bardzo ciężki charakter, jestem typowym upartym bykiem, który zawsze musi postawić na swoim i wszystko wie lepiej. Nikt nie wie, że niezwykle trudno przychodzi mi przeanalizować moje zachowanie, słowa i ruchy, ale zawsze to robię. Nie umiem przejść do porządku dziennego, kiedy mam wyrzuty sumienia. To jest bardzo męczące, ale niestety tak jest. Jeszcze trudniej, niż przeprosić przychodzi mi wybaczyć samej sobie. Dlatego chciałam się przed sobą i wszystkimi zebranymi przyznać do tego i powiedzieć dość. Chcę coś zmienić.


Bardzo

Z definicji przepraszanie wiąże się z wyrażeniem żalu za wyrządzoną przez siebie krzywdę. Kojarzone jest z niezręcznością i wstydem. Przeczytałam niedawno, że przepraszanie to wybieranie pomiędzy pozostaniem w zgodzie ze sobą, a pozostaniem w zgodzie z drugą osobą. Uważam, że to bzdura. Zarówno w przepraszaniu, jak i w wybaczaniu nie tak łatwo o prosty wybór „albo, albo”, można przecież pozostać w zgodzie z drugą osobą, jednocześnie pozostając w zgodzie ze sobą. W tym samym artykule, który przepraszanie traktuje bardzo surowo, przeczytałam, że przepraszanie ma datę ważności, a kiedy minie (1-5 lat) jak wspomina autor relacja jest już nie do odbudowania. Tak bardzo się z tym nie zgadzam, że zrobiłam kilkugodzinny research szukając badań i jakiegokolwiek potwierdzenia na słowa terapeuty Tomasza Srebnickiego, który wypowiada się: „Oczywiście możemy się spotkać i przeprosić za pięć lat, ale nie będzie już powrotu do relacji.”. I nic. To zdanie jednego człowieka, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. Miałam conajmniej kilka sytuacji osobiście, a jedną wielką, kiedy po trzech latach żalu przeprosiłam się ze swoją przyjaciółką i relacja wróciła błyskawicznie. Może nawet mocniejsza, niż wcześniej.

Myślę, że przepraszania, podobnie jak wybaczanie, to temat nie zbadany, w którym dużo zależy od relacji, empatii i zrozumienia. Nie da się mówić o jednoznacznych schematach, bo każda sytuacja jest inna oraz filtrowana jest przez doświadczenie obu stron.


Ale

O trudności przepraszania świadczy fakt, że niezręcznie jest przepraszać również w pracy, w której rzadziej dochodzi do długotrwałych relacji. Jakiś czas temu miałam sytuacje, że popadłam w duży (jak na moje możliwości) konflikt w pracy. Pracuje obecnie jako wydawca serialu, a moja praca polega na ścisłej współpracy ze scenarzystami. Szefem scenarzystów jest headautor. Przy serialu, który produkuje jest to Dominika. Pokłóciłyśmy się szalenie o moje produkcyjne uwagi. Dominika twierdziła, że są one bezpodstawne, a nawet złośliwe. A ja twierdziłam, że Dominika złośliwie nie chce ich wprowadzać, mimo, że są logiczne. To był naprawdę zażyły konflikt z elementami krzyku, oceniania, przykrych wiadomości, a na końcu obrażenia się na śmierć (mojego). Mimo, że nie umiem długo chować urazy w tej sytuacji obiecałam sobie, że nie ustąpie. I Dominika ustąpiła przepraszając mnie. Poczułam się wtedy bardzo głupio, bo po przeanalizowaniu sytuacji żadna strona nie miała racji, a nasze nerwy wynikały z niezrozumienia i niewysłuchania drugiej osoby. Oczywiście również przeprosiłam Dominikę i poczułam dużą ulgę. Nasze relacje są teraz bardzo dobre, a finalnie uważam, że ta sprzeczka była potrzebną lekcją.

Jeśli chodzi o pracę podziwiam również wszystkich ludzi, którzy potrafią przyznać się do błędu. W mojej profesji jest ich naprawdę bardzo niewielu. Dużo jest zrzucania winy na innych oraz tłumaczenia uroczym: „To nie należy do moich obowiazków.”. Samej mi ciężko powiedzieć „To ja popełniłam błąd”, łatwiej jest naokoło pozbyć się odpowiedzialności i czuć, że się jest profesjonalistą, który nie ma sobie nic do zarzucenia.

Kiedyś napisałam artykuł o profesjonaliźmie. Wspominałam tam, że ja jestem wielką profesjonalistką i nie rozumiem innego podejściach. Dziś z doświadczenia wiem, że profesjonalizm prowadzi prosto do depresji, lęku i stresu. Sprawia, ze porównujemy się z innymi i próbujemy przeskoczyć mur, za którym nic nie ma. To zabawne, że jeszcze kilka lat temu nie dawałam sobie przyzwolenia na pomyłki, błędy i porażki. Musiała być idealna. Żeby mnie tak widziano, mówiono o mnie, żebym się tak czuła i żeby moja wartość rosła. A dzisiaj wiem, że moja wartość nie ma nic wspólnego z byciem ideałem. Moja wartość to wybaczenie sobie, powiedzienie przepraszam jeśli nie zrobiłam wszystkiego tak jak planowałam, ale tak chciałam i jestem w zgodzie ze sobą.


Już

Wracając do przepraszania, to nie mam na myśli uciszania swoich wyrzutów sumienia, ale pragnę oczyścić się z pretensji do siebie.

Przepraszam za każdą łzę, która pojawiła się z mojego powodu. Przepraszam za każde ocenianie sytuacji tylko z mojej pespektywy. Przepraszam za każdy strach przejawiający się milczeniem. Przepraszam za każde obraźliwe słowa w kierunku innych. Przepraszam za każde „jestem lepsza od ciebie” i za każde „moja racja jest ważnejsza”. Przepraszam za każde kłamstwo i za każde przełożone spotkanie bez powodu. Przepraszam za każdy podniesiony głos. Przepraszam za nie odebrane telefony, nie odpisane wiadomości i zignorowane życzenia. Przepraszam za brak zrozumienia, brak zainteresowania i brak pomocy. Przepraszam za niewyjaśnione sytuacje i niedokończone sprawy.


Umiem

Moja mama mówi, że nie wolno pójść pogniewanym spać, bo nie wiemy, co wydarzy się w nocy. Jej mama, a moja babcia twierdziła, że noc jest wielkim znakiem zapytania, że może wydarzyć się wszystko łącznie z tym, że nie zdążymy kogoś przeprosić, albo mu wybaczyć. Bardzo mocno się tego trzymam wśród najbliższych, nie umiem jednak zastosować tego w dalszych relacjach, a tego chciałabym się nauczyć i to będę ćwiczyć. Ten czas był mi potrzebny, aby spojrzeć na wiele spraw z dystansu i aby zrozumieć inne perspektywy. Nie umiem jeszcze w przepraszanie, ale umiem już w przepraszanie siebie, tak aby w zgodzie ze sobą położyć się dzisiaj spać.

Follow:

Każdego dnia jest dzień mamy.

Czas czytania: 2 minuty

Mama Gosia

Do góry nogami wywrócił się świat

gdy miałaś plus minus trzydzieści lat

Nie bałaś się nawet pomimo tego,

że brat mój stał się pytaniem: dlaczego?

Inni mówili: Gośka, co jak?

Ty jednak byłaś zawsze na tak.

Odważna, mądra, lekko szalona

spełniałaś się wtedy już jako żona

Silna, wytrwała, nie patrzyłaś w tył

Twój świat pełen dobra i miłości był. 

Traktowałaś mnie zawsze jak spełnienie marzeń

Choć dostarczałam ci wielu wrażeń.

Nie było jednak ani jednego dnia

bym nie dziękowała za ciebie ja.

Kocham cię za każdy uśmiech na twarzy

za to, że to ty nauczyłaś mnie marzyć

mówisz mi zawsze, że pomagać trzeba

bo za to po prostu idzie się do nieba.

Nikt tak jak ty nie docenia świata

bez względu na problemy przez wszystkie te lata

Wdzięczność i dobro to jesteś ty

za to nad życie dziękuje ci.

Jeszcze od Tomka słów parę

bo to on jest naszym największym darem.

Kocham Cię mamo, choć nie widać tego

wiem, że już dawno nie pytasz dlaczego

Lubię jak mi śpiewasz, mimo moich lat

że mnie kochasz zawsze, pomimo mych wad

A jest ich trochę wiem o tym sam

Czasami jednak nie wiem jak wyrazić mam

To, co czuje i to, czego chce

Musisz wiedzieć jednak, że ja kocham cię. 

Nie wiemy oboje jaki byłby świat

gdybyś nam nie dała tych wspaniałych lat.

Jesteś nam potrzebna więc żyj nam 100 lat

To pisała Kasia i Tomek – jej brat.

Na zdjęciu moja mama, a za nią jej mama. I tata. I ja, albo Tomek, nie wiem.

Follow: