MOTYWACJA

Zrzut ekranu 2015-04-23 o 22.08.31

Zostałam coachem – więc nigdy nie powiem ci co masz robić.

Czas czytania: 5 minuty

Dziś jest poniedziałek, piszę ten tekst w samo południe, świeci słońce, przed oczami mam las, a serce mam pełne miłości. Jest dokładnie tak jak marzyłam. Mam pracę, którą kocham, wstaje o 6 a o 22 kładę się spać. Obok mnie jest mój przyszły mąż, nade mną czerwony dach, a we mnie spokój. Oddycham codziennie świadomie, nie maluje się, modlę i medytuje. Prowadzimy warsztaty, robimy stronę internetową i codziennie marzymy.

Wszystko przecież od tych marzeń się zaczęło. To one doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem.

Każdy ma w sobie taki wewnętrzny głos, który podpowiada nam co robić. Mój jest delikatny, ale stanowczy i zawsze ma racje. Nawet jak zagłuszam go przekonaniami, które mi nie służą. Ten głos codziennie walczy z moim ego o podjęcie decyzji. Najtrudniejszą walkę stoczyli jednak kilka miesięcy temu o pracę. Małam dwa wyjścia. Mogłam zostać w stabilnej, naprawdę dobrze płatnej i szanowanej wśród społeczeństwa pracy albo wybrać samodzielną, trudną i niedocenianą, a nawet wyśmiewaną pracę. To był wybór pomiędzy znanym i nieznanym. Pomiędzy byciem na wysokiej pozycji, mając asystentów do pomocy, a pozycją małego dziecka, ucznia, który z oczami jak pięć złotych odkrywa świat. Wybór pomiędzy bezpieczeństwem finansowym i powiększaniem oszczędności, a pracą za minimalne stawki.


Dlaczego coaching?

Zostałam coachem z dwóch powodów: bo najlepsze co umiem robić to pomagać innym ludziom oraz to, że niezwykle mnie ludzie interesują. Ostatnio usłyszałam, że byłam coachem zanim dostałam dyplom i coś w tym jest. Podobnie jak w pracy w produkcji filmowej myślę, że coachingu nie da się nauczyć. Trzeba posiadać jakieś podstawowe predyspozycje jak słuchanie, empatia, ciągła chęć uczenia się czy ogromna potrzeba pomagania. Warto też być skierowanym na cel i cierpliwym.

Coaching dla mnie jest podróżą, w której klient jest głównym bohaterem. Przeszedł już długą drogę, aby dojść do miejsca, w którym znalazł się teraz. Tak jak w filmie i literaturze w naszym życiu następują zwroty akcji, jakieś momenty, po których wiele się zmienia. To może być jakieś wydarzenie, myśl czy odczuwany brak czegoś, co ciężko określić. Czasami to bolesny przystanek, niekiedy mur nie do przejścia, a bywa też tak, że chcemy po prostu więcej. Udowodnionym jest, że każdy człowiek ma wyjątkowy potencjał, nie wszyscy będą mieli go szansę odkryć. Coaching skraca ten dystans. Poprzez pytania otwierają się nowe możliwości. To proste pytania, problem w tym, że nigdy ich sobie sami nie zadajemy, bo nie jest łatwym patrzeć na siebie z dystansu, oddzielić uczucia i emocje, nazwać je, zrozumieć. Ten proces uczy siebie, rozwija, jest wielką szansą na nowe odkrycia. To podróż, która ma swój cel, ale to droga pozwala zwiększać świadomość i dokonywać wyborów. Co najlepsze i najważniejsze coach nie uczy, nie daje rad, nie ocenia, nie podpowiada, tylko towarzyszy, mówi co dostrzega, dopytuje, jest ciekawy, ale i troskliwy.

W książce „Pozwól, że opowiem Ci bajkę” Jorgea Bucaya jest taki fragment, który w punkt opisuje to, co czuje, jeśli chodzi o coaching:

„Jest to terapia, której nie można określić, niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju, ponieważ jest zbudowana na konstrukcji dwóch osób, jedynych i nieopisywalnych: ciebie i mnie. Osoby te uzgodniły ze sobą, że w tym momencie zwrócą większą uwagę na proces rozwoju jednej z nich — twojej. Jest to terapia, która nikogo nie leczy, a jedyne, co robi, to wskazuje pewnym osobom drogę do wyleczenia samych siebie. Terapia, która nie dąży do wywołania żadnej reakcji, lecz działa jako katalizator zdolny do przyspieszenia pewnego procesu, który i tak by się pojawił wcześniej czy później, z terapeutą lub bez. Terapia, która — przynajmniej z tym terapeutą — coraz częściej przypomina proces dydaktyczny. I na koniec, jest to terapia, która przywiązuje większą wagę do czucia niż do myślenia, do planowania, do bycia, a nie posiadania, do teraźniejszości, a nie do przeszłości czy przyszłości. O to właśnie chodzi: teraźniejszość — odpowiedziałem. — W tej kwestii istnieje różnica pomiędzy moimi poprzednimi terapiami, a tą: nacisk, jaki kładziesz na teraźniejszość. Wszyscy terapeuci, których dotąd poznałem lub o których słyszałem, interesują się przeszłością, przyczyną, źródłem problemu. Podstawowym pytaniem zadawanym sobie przez terapeutów należących do tego nurtu jest „jak?” A nie „dlaczego?” To znaczy, jak osiągnąć poszukiwany cel. Odpowiedzi na twoje pytania nie mam ja, lecz ty.” 


Co wiem?

Nauczyłam się dzięki mojej nowej pracy tak samo dużo o ludziach, jak i o sobie. I to, co wiem na pewno, to, że:

⊛ każdy jest absolutnie wyjątkowy, niepowtarzalny i piękny
⊛ wszyscy mierzymy się z podobnymi problemami
⊛ ludzie i ich potencjał to jest coś fascynującego
⊛ ogromną wartością jest kochać i być kochanym
⊛ bardzo chcielibyśmy wiedzieć „co dalej?”
⊛ to, co ma znaczenie jest w nas gdzieś głęboko zakopane
⊛ niewiele tak naprawdę o sobie wiemy i często się nie doceniamy
⊛ wiedzieć jest czasami trudniej, niż nie wiedzieć
⊛ mistrzem tego całego coachingu jest klient
⊛ cisza jest nieraz lepsza, niż tysiące mądrych słów
⊛ łzy oczyszczają dusze
⊛ niekiedy cel wyjściowy, to czego chcemy na pierwszy rzut oka jest powierzchnią pod którą kryje się istota i prawda


Gdzie jestem?

Zbliżam się właśnie do umownego pierwszego etapu w pracy coacha, czyli do przepracowania 100 godzin. To umożliwi mi podejście do egzaminu ICF (International Coach Federation), dzięki któremu otrzymam międzynarodowy certyfikat. Nie jestem fanką dyplomów, jestem fanką efektów. Czy ten certyfikat coś zmieni? Nie. Każdy człowiek, który pozwala mi uczestniczyć w swojej podróży coś zmienia. Jego szczęście coś zmienia. Efekty i zrealizowane cele coś zmieniają. Ludzie, którzy chcą więcej wiele zmieniają.

Coaching uczy mnie pokory, bo każdy człowiek jest inny i nie ma jednej instrukcji obsługi. Coaching uczy mnie cierpliwości, bo uświadamia mi, że czasami nie liczy się wielki cel, ale małe zmiany. Coaching uczy mnie, że szczęście nie jedno ma imię. Coaching zmienia mnie, jak zmieniła mnie miłość, las i wdzięczność.

Jestem niezwykle wdzięczna ludziom, którzy zgodzili się ze mną pracować i zaufali mi otwierając drzwi do swoich serc. Pozwolili mi uczyć się i otworzyli się na wszystko, co chciałam im dać. Nigdy Wam tej pomocy nie zapomnę.

Dziękuje za każdy dzień, w którym dane jest mi towarzyszyć ludziom w odkrywaniu jacy są piękni i jak wiele może się wydarzyć przez godzinę, a ile przez dwa tygodnie.

2 724 Wyświetleń
Follow:

Umiejętność pracy w stresie i pod presją czasu.

Czas czytania: 7 minuty

Image

POSŁUCHAJ

Byłam w tym miejscu nieraz. Byli tam też moi przyjaciele i znajomi. Prawdopodobnie byłeś tam też ty, a jak nie to na pewno będziesz. To stres i presja czasu w pracy. Kiedy wchodziłam na swoją ścieżkę zawodową, byłam przekonana, że tak musi być i tak zawsze będzie. Nie mogło być inaczej, gdy już w szkole na podstawach przedsiębiorczości mówiono nam, że to obowiązkowy wpis w CV. Nikt jednak nie mówił nam wtedy, czym jest praca w stresie, jak się na nią przygotować, jak sobie z nią radzić i jak potem przyjść do domu i o niej zapomnieć. Nikt nie przygotował nas do ciągłego życia w stresie poza pracą i nikt nie powiedział, że życie pod presją czasu jest szkodliwe dla zdrowia.

Czuje się zobowiązana o tym napisać, bo to moja rzeczywistość zawodowa i droga, które doprowadziły mnie do blokady emocji i syndromu „życzę miłego dnia” spowodowały ból nie do zniesienia. A wiem, że czyta mnie sporo młodych osób, które dopiero wkraczają na ścieżkę zawodową i tacy, którzy są w nieustannym jej trakcie, więc jeśli możecie uczyć się na moich błędach — zróbcie to dla własnego dobra i zdrowia.


Jak działa stres?

Zacznijmy więc od początku, czyli od tego, czego w szkołach się nie mówi: od stresu.

Stres (z angielskiego stress ‘naprężenie’) to stan obciążenia systemu regulacji psychicznej powstający w sytuacji zagrożenia, utrudnienia lub niemożności realizacji ważnych dla człowieka celów, zadań, wartości. Typowymi czynnikami wywołującymi stan stresu są: zdarzenia zagrażające życiu i zdrowiu, sytuacje stwarzające zagrożenie dla poczucia własnej wartości, wysoki stopień trudności zadań stojących przed człowiekiem, utrata poczucia wpływu (kontroli) na przebieg wydarzeń, występowanie zakłóceń (przeszkód) w celowej aktywności, sytuacje deprywacji (pozbawienia różnych wartości lub obiektów, które są niezbędne dla normalnego funkcjonowania człowieka).

Z tej prostej definicji wynika, że stres jest największym wrogiem naszego organizmu, ale już umiejętność pracy w stresie jest chwalonym i docenianym wyzwaniem. Ciekawe prawda? Niemniej prawdą jest też, że stres jest naturalnym, stałym czynnikiem naszego życia. Człowiek nieustannie znajduje się pod działaniem stresu. Jak powiedział badacz stresu, Hans Selye: Całkowita wolność od stresu to śmierć. Czyli tak źle i tak niedobrze? Ale… Selye wyróżnia dwa rodzaje stresu:

  • dystres – przykry, powodujący nadmierne obciążenia organizmu, powodujący zmęczenie, wyczerpanie a dalej choroby psychosomatyczne /czyli jako reakcja organizmu soma na psychikę/, trwałe uszkodzenia organizmu, a nawet śmierć.
  • eustres – mobilizujący pozytywnie do działania i radzenia sobie ze stresem, wykorzystujący zasoby jednostki i sprzyjający jej rozwojowi.

I teraz znowu czy naszemu pracodawcy chodzi o eustres, czyli stres dodający nam sił i pozwalający na adaptację do trudnych warunków, a co za tym idzie — rozwój. Czy jednak ma na myśli dystres, czyli taki, który spowoduje nadmierne obciążenia organizmu i zmęczenie?


Jak zabiłam swoje emocje?

Zawsze byłam bardzo ambitną i nastawioną na cel dziewczyną. Wiecie taką, która nie zatrzymuje się, nie użala nad sobą i walczy. Nigdy nie było dla mnie zadań, celów i oczekiwań nie do zrealizowania. Dzięki mojej wrodzonej elastyczności dopasowywałam się do warunków, niczym kameleon, a w dodatku nigdy nie zawodziłam, byłam empatyczna, a mimo to praca była wykonana. Jak nie lubić takiego współpracownika czy szefa? Pewnie dlatego nie miałam problemów ze znalezieniem pracy. Z racji charakteru i predyspozycji dobrze czułam się na stanowiskach kierowniczych. Lubiłam odpowiedzialność i pracę z zespołem. Umiejętność pracy w stresie i pod presją czasu stały się moją codziennością. W związku z tym, że byłam zawsze skrupulatna i perfekcyjna moi pracodawcy często to wykorzystywali, narzucając mi więcej obowiązków, a ja wykonywałam je jak silna pszczółka, która zrobi wszystko, aby udowodnić, jaka jest pracowita i wspaniała.

Praca była często całym moim życiem. To ona definiowała szczęście i moją wartość. Pracowałam po kilkanaście godzin dziennie bez przerwy kilkanaście dni. Nie mogę winić za to moich pracodawców, bo zazwyczaj byli to sprytni ludzie. Mogę jedynie winić siebie, że nie byłam dla siebie najważniejsza, zawsze było coś bardziej istotnego. A to praca właśnie, a to projekt, a to studia, a to związek. Wszystkiemu poświęcałam się na 150% a sobie tylko na 10%.

Nie to jednak jest najważniejsze. To, co doprowadziło mnie do bólu psychosomatycznego to zgoda na hamowanie prawdziwych emocji. Co ciekawe jako dziecko nigdy tego nie robiłam. Byłam dziewczynką krnąbrną, mającą swoje zdanie i niebojącą się mówić o tym głośno. Nigdy nie musiałam nikogo grać ani zakładać żadnych masek. Myślę, że jeszcze w korporacji zachowywałam swoją twarz. Byłam bardzo sobą i często przez to wpadałam w kłopoty. Bo czasem coś za dużo powiedziałam, walczyłam o zespół, z systemem i z procedurami. Wchodząc na swoją wymarzoną ścieżkę pracy w produkcji filmowej, zaczęłam się dostosowywać, bo tak bardzo zależało mi, aby się utrzymać. Jeśli potrzebowałeś Kasi „non stop uśmiech” miałeś dokładnie taką. Jeśli potrzebowałeś Kasi „zadaniowej” – była taka właśnie. Jak chciałeś mieć Kasię „mistrza negocjacji” – proszę bardzo. Wchodziłam w rolę jak w masło, w końcu mam dyplom aktora.


Jak przestało mnie boleć?

Wpadłam w pułapkę oczekiwania „emocjonalnej dyspozycyjności”. Od pracowników w mojej branży oczekuje się zazwyczaj okazywanie nieustającego entuzjazmu, zainteresowania i dobrego nastroju, co nie zawsze jest w zgodzie z prawdziwymi emocjami przeżywanymi przez pracownika. Dochodzi do fałszowania i blokowania prawdziwych emocji, co z kolei wymaga sporego wysiłku. Mówi się już o tzw. syndromie „Życzę Miłego Dnia”, którego konsekwencją jest spadek odporności, częstsze infekcje i przeziębienia, zaniżona samoocena, depresja czy rozdrażnienie. Sytuacja ta związana jest również z pełnieniem funkcji kierowniczej i związane z tym nadmierne oczekiwania i wymagania otoczenia. Napięcie może wynikać z odpowiedzialności — tak za realizację powierzonych zadań, jak i za podwładnych oraz z często pojawiającej się sprzeczności między orientacją na wyniki a orientacją na stosunki międzyludzkie.

To jest dokładnie mój kejs. Nic dodać, nic ująć. Co ciekawe nigdy tak tego nie odbierałam i nigdy tak tego nie czułam. Byłam silna, zmotywowana i świetna w tym, co robię. Aż do momentu, kiedy ponad rok temu zaczął mnie boleć kręgosłup po prawej stronie na wysokości łopatki. Leczyłam go od zewnątrz wieloma sposobami. Naturalnie fizjoterapeuta, ćwiczenia i masaże. Byłam nawet u świetnego kręgarza. Niestety jednak nic nie pomagało. Ból był powracający, kłujący i promieniujący.

Dopiero kiedy poszłam do ajurwedyjskiego lekarza, dowiedziałam się, że mój ból nie wynika z zewnątrz tylko z wewnątrz, a dokładnie z mojego układu nerwowego, który ma zblokowane przez lata emocje. Doktor powiedział również, że obrałam złą ścieżkę życiową i że powinnam z niej zrezygnować, jeszcze zanim powiedziałam mu, co robię i że właśnie rezygnuje. Na pytanie, kiedy przestanie mnie boleć, lekarz odpowiedział, że jak wyjdę z pokoju. Pomyślałam, że to niemożliwe, na co on powiedział, że mi obiecuje. I wierzcie lub nie, ale dokładnie tak się stało. Następnego dnia, kiedy ból powrócił, zrobiłam 20-minutową medytację przekształcania emocji i ból minął. Cud? No nie, po prostu odpuszczenie i pozwolenie na dobre oraz złe emocje.

Jako ciekawostkę powiem, że moja mama wiele lat temu miała wylew spowodowany blokowaniem emocji. Lekarz, który ją wypisywał, bo cudem wyszła z tego bez śladu powiedział, że jeśli nie zacznie wyrażać emocji, to następnym razem umrze.


Umiejętność pracy w stresie i pod presją czasu to nie są cechy, które nabywa się wraz z narodzinami. Nie są to też umiejętności, które powinny weryfikować to, czy nadajemy się do danej pracy. Wzbudzanie presji takimi oczekiwaniami jest moim zdaniem destrukcyjne i krzywdzi drugiego człowieka. Według mnie dużo lepiej sprawdza się spokojne podejście pracodawcy i otwartość na to, jaki jest drugi człowiek. Byłam świadkiem różnych zachowań w pracy. Słyszałam o pracy u projektanta, w której nie można było trzymać kubka z herbatą na biurku albo o takiej, w której źle patrzono, jak idziesz do toalety i odrywasz się od pracy. Są prace, w których jako narzędzie motywacyjne wykorzystuje się krzyk i strach. Bywają różne miejsca pracy i różni ludzie tworzący te miejsca, to na pewno się nie zmieni. Ale tym, co warto zmienić, jest dbanie o siebie. O swój komfort, czas, szczęście i spokój w pracy.

Ja czuje się teraz jak mały motyl. Mam trochę nadszarpnięte skrzydła i odrobinę matowe kolory, ale dość siły, aby być piękną, barwną i unosić się wysoko. Wybrałam nową drogę, choć nie wiem, czy dobrą. Nie chcę dzisiaj o tym myśleć, jestem gotowa na wyzwania, jakie da mi życie. Na własnych zasadach bez złego stresu i bez presji czasu. To już wiem.

2 076 Wyświetleń
Follow: