Kair, Jerozolima, Betlejem – byłam, widziałam, nauczyłam się.

Czas czytania: 5 minuty

Nie wiem jak wy, ale ja często muszę przeżyć coś na własnej skórze, aby wyrobić sobie zdanie. Dokładnie tak było z Egiptem. Sharm El Sheikh w pełni turystyczne miasto, które aż roi się od różnej klasy hoteli. All Inclusive — aqua park na terenie hotelu, jedzenie i drinki bez limitu oraz wydzielona sfera Morza Czerwonego, które absolutnie nie wygląda tak jak na zdjęciach w przewodnikach. Wtedy kilka lat temu brzmiało jak raj. Dziwną musiałam mieć definicję raju, jasną miałam jednak wizję rzeczywistości. Pracując w Play, zarabiałam 2500 zł brutto, co oznacza, że na tą wycieczkę zbierałam 8 miesięcy. Wszystko, co było jak najdalej realiów, które mnie otaczały, wydawało się być spełnieniem marzeń. 16 dni, które miały być luźnym wypoczynkiem, nauczyły mnie obserwacji, doceniania i pokazały jak warto podróżować.


KAIR

Jest rok 2012, a ja jestem w Egipcie w trakcie trwającego na dobre kryzysu gospodarczego. Na ulicach czuć niebezpieczeństwo i przygotowania do protestów antyrządowych. Zwłaszcza w Kairze. Bród, smród i szczury, to normalny obraz kairskiej rzeczywistości. Z dala od utopii turystycznej dzieje się prawdziwe życie. Bieda i dzieci wyciągające swoje małe brudne rączki po pieniądze to widok, który wzrusza i złości. Jednak po paru dniach przyzwyczajasz się do tego, będąc całkowicie znieczulonym. Mnie się jednak nie udało, patrzyłam w wielkie ciemne oczy tych dzieci i dawałam im pieniądze, myśląc, że ratuje im życie. To pierwsza rzecz, której się nauczyłam — ryba nie rozwiązuje problemu, a ja nie mam pomysłu na wędkę. To jednak było nic, w porównaniu do widoku leżących na ulicach zakrwawionych cierpiących ludzi. Widoku z okna wesołego turystycznego autobusu wiozącego nas — ludzi lepszych, byśmy mogli poczuć zobaczyć historię, robiąc zdjęcia przy piramidach. Takich autobusów na miejscu w Gizie jest kilkadziesiąt, jeszcze więcej jest ludzi łapiących za wierzchołek piramidy lub całujących sfinksa. Tam gdzieś pośród nich jestem ja, taka sama jak oni, lepsza, choć z perspektywy czasu głupia jak buty. Mająca oczy, a nic niewidząca tak naprawdę. Druga rzecz, której się nauczyłam, to patrzeć nie znaczy widzieć. W Kairze przerażała jeszcze jedna rzecz, ogromna ilość ludzi, są wszędzie, jest ich dużo, komunikacja pęka w szwach. Patrząc na buzie ludzi mieszkających tam na co dzień widać trud, smutek i bezsilność. Ulice są pełne śmieci, od jedzenia po sprzęty RTV. Trochę się czuje, jakby śmieci były częścią ich życia, tak jak u nas trawa czy sklep żabka. W ludziach chodzących po ulicach Kairu była jednak jakaś tajemnica, która mnie nurtowała, jakieś pytanie, które pozostało bez odpowiedzi i jakaś historia, którą chciałam poznać.


JEROZOLIMA

Ludzie w Izraelu byli już inni. Zamknięci i nieufni. Przy jakiejkolwiek próbie spojrzenia, oni natychmiast odwracali wzrok. Traktowali nas turystów jak obcych ludzi na ich krwią zdobytej ziemi. Ogromne wrażenie robi oczywiście ściana płaczu, czyli jedyna pozostałość po Świątyni Jerozolimskiej i najświętsze miejsce judaizmu. Żydzi twierdzą, że w tej świątyni mieszkał sam Bóg i w jakiś sposób czuje się tam coś niezwykłego. Stojąc przed tą ogromną ścianą, czuje się szacunek i jakąś dobrą energię. Nie trzeba ani mówić po hebrajsku, ani znać ich religii, aby rozumieć, co czują ludzie, którzy znaleźli się w tym miejscu nie po to, aby zrobić zdjęcie, ale po to, aby coś zrozumieć. Ściana płaczu podzielona jest na cztery części. Pierwsza to patrząc od północnej strony Łuk Wilsona, który prowadzi do tunelu, dalej jest około 40-metrowa część dla mężczyzn i oddzielona przepierzeniem mniejsza część dla kobiet. Czwarta część to Most Mughrabiego – jedyne wejście na Wzgórze Świątynne dostępne dla niemuzułmanów. Przed wejściem na teren ściany płaczu każdy z mężczyzn, który podchodzi do ściany, powinien założyć kipę, którą można wziąć przed wejściem. Wchodząc do damskiej części, słyszę gorący lament i głośny płacz, widzę przepychające się kobiety, które pragną być jak najbliżej ściany. Jako że zwyczajem jest spisywanie modlitw na kartkach i wsuwanie ich w szczeliny ściany, robię to, prosząc o zdrowie dla mnie i mojej rodziny. Natychmiast jednak czuję na sobie wzrok kobiet, które patrzą na mnie osądzającym wzrokiem, a ja zaczynam rozumieć, że nic nie rozumiem. Czuje się jak idiotka, ale uczę się trzeciej rzeczy: wiedzieć, nie znaczy rozumieć.


BETLEJEM

O Betlejem, pomimo bycia katoliczką nie wiedziałam nic, poza tym, że urodził się tam Jezus. Zwiedzanie jakiegokolwiek miejsca bez wiedzy, przygotowania i choćby minimalnego przemyślenia, jest jak chodzenie po lesie i zbieranie grzybów nie mając o nich pojęcia. To nauczyło mnie rzeczy czwartej: jeśli nie wiesz, gdzie jesteś, to nigdy tam nie byłeś.


Kair jest niepokojący. Jerozolima jest enigmatyczna. A Betlejem nie wiem, jakie jest. Jacek Walkiewicz w swoim mistrzowskim przemówieniu powiedział: “Podróże kształcą, tak, ale tylko wykształconych ludzi. Ludzie jadą do Egiptu, stoją pod piramidami i mówią: patrz jaka niska, wyższa się wydawała. I to jest koniec refleksji na temat 3000 lat historii”. Dziś jak nigdy rozumiem jego słowa. To byłam ja w Egipcie, to o mnie mówił. Po latach jednak dopowiedziałabym, że podróże, nawet te przebyte bez planu i przygotowania, na pozór bezmyślne nabierają po czasie głębszego znaczenia i są potrzebne. Bo może niekiedy jesteśmy świetnie zorganizowani i na wszystko przygotowani, ale to swoboda spontanicznego odkrywania i pozwolenie sobie na, choć minimalną niewiedzę dodaje smaku podróżowaniu. Aczkolwiek nie wiedzieć czego możemy się spodziewać, a brak ignorancji dla historii, to balans, który jest potrzebny w odkrywaniu nowych miejsc. 

Follow:

Madera – wyspa przekraczania granic.

Czas czytania: 13 minuty

Image

POSŁUCHAJ

Ostatnio dużo czytam o uważności, dostrzeganiu i pozwoleniu życiu po prostu się dziać. Jak wracam do momentów z przeszłości, w których odpuszczałam kontrolę, okazuje się, że spotykały mnie najfajniejsze rzeczy. Tak było w przypadku Madery. Pewnego dnia Agnieszka, moja koleżanka z przedszkolnych i szkolnych lat zadzwoniła do mnie, aby zaproponować wyjazd na Maderę. Widziałyśmy się już jakiś czas wcześniej i nasz przedszkolny dobry kontakt wrócił w kilka minut, nie mniej jednak byłam trochę zdziwiona tą propozycją, mimo że z ust Agi brzmiała ona podwójnie dobrze. Agnieszka, czyli @hands_up_travel skończyła turystykę i bardzo dużo podróżuje. Jej wyprawy w góry są imponujące, bardzo ją podziwiam i jestem z niej dumna. Wyjeżdża w każdej wolnej chwili i zdobywa nowe szczyty.

Serce mocniej mi zabiło i pomyślałam: czemu nie? A później włączyłam mózg, który już nie był taki podekscytowany. Bo właśnie zawalił mi się sufit na głowę w mieszkaniu, które wynajmuje, więc czeka mnie przeprowadzka. To czas i koszty. Dodatkowo praca, w której muszę być na 200%, bo jesteśmy zaraz przed startem zdjęć. A gwoździem do trumny były przeczytane fakty o Maderze i krążące legendy o niebezpiecznym locie. Ale moje serce biło szybciej, niż myślał mózg, ani się obejrzałam, jak wpłacałam zaliczkę na wyjazd.

Stało się! Lecę do mojej ukochanej Portugalii, z dwoma wspaniałymi kumpelami z przedszkola i niczego się nie boję. Czy to nie brzmi super?


Dlaczego Madera?

Zacznijmy jednak od początku, czyli od miejsca. Madera należy do Portugalii i nazywana jest wyspą wiecznej wiosny lub zielonym podzwrotnikowym rajem. Temperatury wahają się od 16 stopni w okresie zimowym do 25 w okresie letnim. Kierunek ten nie jest zbyt często wybierany przez turystów ze względu na to, że zmusza wręcz do aktywnego wypoczynku. Chodzenie wzdłuż lewad, pływanie w naturalnych basenach, piesze wędrówki na szczyty czy dżungla pełna roślin i wodospadów to normalne aktywności na Maderze. Zamiast sukienek i szpilek, zabrałyśmy z dziewczynami wygodne buty, bluzy i plecak.

Maderę na co dzień zamieszkuje dwieście sześćdziesiąt tysięcy szczęśliwych ludzi. Mówi się, że wyspa jest idealnym miejscem dla emerytów, ale moim zdaniem Madera to ludzie, którzy nigdzie nie pędzą i cierpliwie uprawiają swoje schodkowe pola oraz ziemie stworzoną do przekraczania granic. I tych fizycznych i tych we własnej głowie.


Granica pierwsza: lot.

Zapomniałam tylko, że boję się latać. Boję się nie z powodu wysokości, ale z powodu braku kontroli. Oddaje swoje życie w ręce człowieka, którego nie znam, nie wiem kim jest, jakie ma problemy i czy przypadkiem dziś nie odechce mu się żyć. Co gorsza, lądowanie na Maderze, to nie lada wyzwanie. Madera jest bardzo górzystą wyspą, na której ciężko znaleźć płaski kawałek ziemi, dlatego lotnisko w Funchal zbudowane jest na wybrzeżu. Lądujący samolot musi zawrócić przy pasie i lecieć równolegle do linii brzegowej, a następnie konkretnie wycelować w pas lotniska, który zaczyna się na sporej wysokości nad wodą. Jeśli wybiera się ten kierunek lepiej nie oglądać filmów w Internecie, które pokazują lądowania samolotów na Maderze. Ja o tym nie wiedziałam. Będąc w samolocie, mocno się modliłam, próbując się uspokoić, ale nie było to łatwe. Aga pomagała mi, ciągle trzymając za rękę. Kiedy samolot podchodził do lądowania, czuć było wiatr, który zdawał się przejąć kontrolę nad maszyną. Ze statystyk wynika, że lotnisko jest bezpieczne, ostatnia katastrofa lotnicza miała miejsce w 1977 roku, kiedy Samolot lecący z Brukseli do Funchal rozbił się przy lądowaniu w trudnych warunkach atmosferycznych. W wyniku katastrofy śmierć poniosło 131 osób (125 pasażerów i 6 członków załogi), a 33 osoby zostały ranne. Też tak macie, że zastanawiacie się, jak to jest możliwe, że 33 osoby przeżyły wypadnięcie samolotu z pasa startowego i zsunięcie się ze stromej skały 61 metrów w dół. Maszyna dodatkowo przełamała się na dwie części i stanęła w płomieniach. Zawsze wtedy myślę sobie jakimi szczęściarzami muszą być ci ludzie, choć jestem niemal pewna, że z moim szczęściem byłabym wśród nich.

Pewnie dzięki temu fartowi, tego dnia warunki pogodowe były bardzo dobre, choć lądowanie i tak było odczuwalne. Spokój jednak poczułam nie wtedy, kiedy samolot dotknął pasa, ale dopiero, wtedy gdy całkowicie się zatrzymał.


Granica druga: poranki.

Nie jestem mistrzynią wstawania rano i niewiele niestety widziałam w życiu wschodów słońca. Obiecuje sobie, że to się mocno zmieni. Na Maderze jednak wszystko przyszło jakoś naturalnie. Mieszkałyśmy z Asią i Agnieszką w hotelu Dorisol Mimosa Studio Hotel i dzięki znajomościom Agi miałyśmy przepiękny widok na ocean. Mieszkałyśmy na 10 piętrze w 11 piętrowym budynku, wyżej był już tylko dach, do którego miałyśmy dostęp. I to właśnie dach stał się moim miejscem medytacji i ćwiczeń z rana. Starałam się wstawać na wschód słońca, który był zjawiskowy, w każdym razie na tyle wcześnie rano, że dziewczyny jeszcze spały. To był czas tylko dla mnie. Bez telefonu, bez ludzi, bez odgłosów miasta. To w tym miejscu zdecydowałam, że chcę rozpocząć nowy etap. Nie wiedziałam jeszcze jaki, ale nowy.


Granica trzecia: drogi.

Prawo jazdy mam od 13 lat. Nigdy nie spowodowałam wypadku. Skromnie uważam, że jestem bardzo dobrym kierowcą. Umiem zachować się w różnych warunkach, bez względu na pogodę czy nawierzchnię jezdni. Na wyspie jedynym dobrym wyborem przemieszczenia się jest samochód, dlatego jeszcze przed naszym przyjazdem ustaliłyśmy, z jakiej firmy wynajmującej skorzystamy. Samochód podjechał do nas pierwszego dnia pobytu i ten mały Renault Clio był niezawodnym towarzyszem tej podróży. Wszystkie trzy lubimy jeździć samochodem, dlatego miałyśmy plan zmieniać się regularnie. Plan planem, a jak przyszło do jazdy, to już nie było tak kolorowo. Drogi na Maderze są najtrudniejszymi, jakie w życiu widziałam. Nigdy nie spotkałam się z tak ostrymi zakrętami na tak wąskiej ulicy, tak stromymi zboczami i tak niebezpiecznymi podjazdami w górę. Miałam poczucie, że zaraz zginę co najmniej 50 razy. Kiedy przychodziła moja kolej na prowadzenie noga pod górkę trzęsła mi się jak galareta. Przy zakrętach widziałam upadający w przepaść samochód. A jak dojechałam w jakieś miejsce, byłam cała mokra. Za to mistrzem świata była Aśka, jakby urodziła się na tych terenach. Niczego się nie bała, była uważna, ostrożna i czujna. Kiedy pytałam ją jakim cudem zachowuje spokój, mówiła, że jak przeprowadziła się do Londynu, to musiała sobie jakoś poradzić. Ja rozumiem radzenie sobie, ale nie rozumiem dróg wyglądających jak z katastroficznych filmów. Takich wiecie, że oglądacie film i już jesteście przekonani, że tam się wydarzy wypadek. Nie mniej dałam radę i mogę powiedzieć głośno, że prowadziłam samochód na Maderze. Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem bardzo dobrym kierowcą, bo po tym, co widziałam mogę być jedynie przeciętnym kierowcą.


Granica czwarta: szczyty.

Zdobytych szczytów na wyspie było wiele. Byłyśmy na Pico da Torre, Ponta Do Pargo, Levada do Caniçal, Curral Das Freiras, Serra De Agua i wiele innych mniejszych przystanków z panoramicznym widokiem na wszystko. Chce jednak skupić się na dwóch najważniejszych dla mnie szczytach. To Pico do Arieiro i Pico Ruivo. Pico do Arieiro to trzeci co do wysokości szczyt na Maderze o wysokości 1818 m.n.p.m. Dla mnie jednak to najpiękniejszych wschód słońca, jaki widziałam. To wschód otoczony puchatymi chmurami. Ta droga poza bardzo wczesnym wstaniem, nie kosztowała nas dużo wysiłku, na sam szczyt można wjechać samochodem. I to porównałabym do takiego pięknego, bezproblemowego, spokojnego życia. Niby wczesne wstanie, niby trochę zimno, ale jednak zapierający dech w piersiach widok i to bez wysiłku. Ale jak to w życiu bywa, żadne nie jest idealne. Wtedy pojawia się szczyt Pico Ruivo – cały na biało (dosłownie).

Przygotowując się do wyjazdu na Maderę, nie miałam czasu czytać i zagłębiać się w to, co mnie tam czeka. Byłam odkrywcą cieszącym się małymi rzeczami. Nawet kiedy usłyszałam, że na szczyt Pico Ruivo idzie się średnio 6 godzin, nadal nic nie wzbudziło we mnie wątpliwości. Ah, gdybym wtedy wiedziała z czym się mierzę… najpewniej zostałabym na Pico Arieiro i podziwiała niesamowity widok. Dystans na pozór nie jest duży – 11 km, różnica wysokości – też nie. 1150m w górę i w dół. Niestety trasa to strome podejścia i zejścia. Czasami jest z górki, często pod górkę, a bardzo rzadko jest płaski teren. Idzie się po dróżce, która ma różne podłoże. Kamienie, piasek, trawa, tunele, woda, ciemność, strome metalowe schody i zbocza bez barierek – brzmi jak film grozy, a to tylko wchodzenie na szczyt. Cała trasa jest bardzo złudna – szlak zaczyna się bardzo przyjemnie, od zejścia w dół. Zupełnie jak w życiu, kiedy wydaje ci się, że jest z górki, nagle pojawia się strome wzniesienie, kiedy przez chwile jest płasko, pojawia się ciemny tunel pełen wody, kiedy myślisz, że to już koniec, że nie dasz rady dalej, pojawia się ktoś, kto podaje ci rękę.

Takim wsparciem były dla mnie moje dziewczyny. Obie wprawione są w chodzeniu po górach, ja przy nich zdobyłam jedynie osiedlowy pagórek i byłam nad Morskim Okiem. Aśka była moim wielkim wsparciem psychicznym i trochę takim przewodnikiem na tym szlaku. Ona pewnie pomyśli, że wyolbrzymiam, ale jej słowa sprawiły, że coś się we mnie odblokowało. Po pierwsze była przy mnie, mimo że ja szłam bardzo powoli i co chwile się zatrzymywałam. Po drugie jak się poddawałam i mówiłam, że nie pójdę już dalej, ona cierpliwie powtarzała: „Kaśka, zrób tylko jeden krok, nie liczy się, co jest za tobą i co jest przed tobą, tylko jeden krok” i tak szłam mówiąc w myślach „tylko jeden krok”. Sprytnie się jednak z Agą wymieniały wspieraniem mnie w największym wyczynie fizycznym w moim życiu. Aga nosiła mój plecak i swoją energią motywowała mnie, abym szła do przodu. I wreszcie zrobiłam to! Doszłam na sam szczyt, o własnych nogach, siłą własnej woli z pomocą innych. Tak chyba wygląda sukces w życiu. Nigdy nie czułam takiej satysfakcji i takiego szczęścia. To był spacer w chmurach, a nagrodą był oczyszczony umysł.

Bardzo jestem wdzięczna za tą wędrówkę, bo pokazała mi jak smakuje życie, i jak wygląda wychodzenie na szczyt. Teraz jak pojawiają się jakieś wielkie problemy – mówię do siebie po cichu: „Kaśka, zrób tylko jeden krok, nie liczy, się co jest za tobą i co jest przed tobą, tylko jeden krok”.


Granica piąta: woda.

Woda jest dla mnie najniebezpieczniejszym żywiołem. Prawdziwą jej siłę poznałam trzy lata temu, jak skoczyłam z 10 metrów ze statku do morza. Z pozoru fajna wakacyjna zabawa, ale dla mnie było to przeżycie, które miało tak silny wpływ, że jak sobie o nim przypominam, to oddycham trzy razy szybciej. Skoczyłam z dużą siłą, zanurzając się głęboko w wodzie i miałam poczucie, jakbym nie mogła się wydostać przez całą wieczność. Kiedy już się wynurzyłam, nie mogłam złapać oddechu. To był dla mnie prawdziwy horror. Na Maderze w porównaniu do tego to był tylko dreszczyk emocji, ale równie ciekawy, aby wspominać go swoim dzieciom.

Porto Moniz miasto, w którym znajdują się naturalne baseny wulkaniczne, wypełniające się wodami Oceanu Atlantyckiego. Powierzchnia basenów to 3800 m kw.. Robią one ogromne wrażenie, z pozycji widza (z daleka). Niestety nie wygląda, to jednak tak bajecznie, jak jesteś w środku. Baseny są bardzo głębokie, woda zimna, a fale rozbijające się o skały osiągają wysokość nawet kilkunastu metrów. Od samego początku było w tym miejscu coś przerażającego, miałam poczucie, że ludzie chcą okiełznać i bawić się z naturą, a ona mówi: „ej to mój teren spadajcie”. No i stało się. Moje przeczucia się sprawdziły.

Na zdjęciu powyżej widoczne są baseny z góry, my zajęłyśmy miejsce z lewej strony na betonie niedaleko wejścia. Rozłożyłyśmy ręczniki, obok zostawiłyśmy plecaki, ubrania, było sporo ludzi. Fale były duże i agresywne, ale stanowiły atrakcje dla turystów. Co odważniejsi zajmowali miejsce (na samym dole zdjęcia) pomiędzy granicą basenu a oceanem. Fale wznosiły się i pokrywały beton, tak, że ludzie wpadali do wody. I tak w kółko. My weszłyśmy do wody dosłownie na moment i to raczej przy „brzegu”. Po niespełna godzinie poprosiłam Agę, żeby porobiła mi trochę zdjęć. Odwróciłam się w stronę oceanu i w sekundę ogromna fala dotarła do nas z taką siłą, że wepchnęła nas i nasze rzeczy do basenu. Nie wiem, czy brzmi to tak, przerażająco, jak wyglądało na żywo, ale wszystkie najadłyśmy się strachu. Aga w dodatku straciła swój telefonu, który się zalał w wyniku tego wypadku.

Woda to bez wątpienia żywioł, z którym nie należy zadzierać.


Granica szósta: natura.

Natura w Portugalii jest fascynująca. Zachwycają tam wszechobecne kolorowe kwiaty, zielone pnącza, różne krajobrazy z zapierającymi dech w piersiach urwiskami i cudownymi wodospadami. Ocean jest wisienką na torcie. Byłam w Portugalii w okresie zimowym oraz letnim i zawsze odkrywa się ją od nowa, czując się tam po prostu dobrze. Spowodowane jest to pewnie spokojem mieszkańców, czystym powietrzem i dużą ilością słońca oraz zieleni. Madera mnie nie zawiodła. To miejsce nazywane Wyspa Kwiatów, których jest mnóstwo w różnych gatunkach. Symbolem Wyspy jest strelicja, nazywana rajskim ptakiem.

Imponującą roślinność można podziwiać w ukrytych w lasach lewady kanałach nawadniających, wzdłuż których powstało ok. 1400 km tras trekkingowych i spacerowych. Wędrując wśród bujnej roślinności, czułam się jak mała dziewczynka odkrywająca każdą roślinkę. Jednak dopiero kiedy udałyśmy się do prastarego lasu wawrzynowego wpisanego na listę dziedzictwa narodowego UNESCO, mój zachwyt nie miał umiaru. Szlak prowadzi do wodospadu Risco i 25 źródeł o długości 11 kilometrów. A wszędzie tropikalna natura.

Jeśli chodzi o plaże, to na Maderze są tylko dwie piaszczyste  – w Machico i Calheta. Na żadnej z nich nie byłyśmy, bo szkoda nam było czasu. Reszta plaż jest kamienista i żwirowa.

Zachwycającym miejscem na wyspie jest klif Cabo Girao, który jest najwyższym w Europie punktem widokowy z przeszkloną podłogą. Można z niego podziwiać przepiękny widok na malowniczy krajobraz Madery. Następne miejsce to Camara de Lobos – miasteczko portowe z cudownymi widokami i turkusową wodą. W Ponta do Pargo jest latarnia morska, a w jej pobliżu można oglądać wyjątkowy widok na zachodnie wybrzeże. Imponujący dla mnie był też płaskowyż Paul da Serra, który przypomina drogę na dzikim zachodzie. To pustkowie gdzie widać tylko niebo i dziką naturę.

Niewarte zobaczenia i rozczarowujące były Jaskinie i Centrum Wulkanologiczne w São Vicente.  

W ciągu 7 dni objechałyśmy całą wyspę. Nie zdążyłyśmy zobaczyć tylko Santany, czyli parku tematycznego z charakterystycznymi domkami. No cóż, trzeba wrócić. Może na starość? Co myślicie dziewczyny?


Granica siódma: chmury.

Jak jest się ponad nimi, to ma się ochotę wskoczyć w te puchowe kłębuszki. Takie mięciutkie, cieplutkie poduszeczki przypominające watę cukrową. W rzeczywistości jednak te chmury to potwory. Żartuje. Ale nie ma w nich na pewno nic słodkiego i miłego. Kiedy wjeżdża się w taką chmurę, nagle robi się zimno, szaro, wilgotno i mówiąc wprost brzydko. Jedyne, o czym się myśli, to jak najszybciej wyjechać spod chmury. Po tym szoku, którego doznałam, przyszedł czas na refleksje. Czy mieliście tak kiedyś, że coś wam się bardzo podobało i w waszych wyobrażeniach było takie piękne, wspaniałe, idealne, a w rzeczywistości okazywało się, że jednak nie do końca tak jest? Chmury stały się metaforą zawodu, który wykonuje. Marzyłam o robieniu dobrych filmów, z pięknym przesłaniem, o życiu, pomaganiu i dobroci. Oglądałam mnóstwo filmów, o tym, jak wspaniale współpracuje ekipa, jak jest miło i zabawnie. Byłam przekonana, że to idealna praca na zawsze. Patrząc z góry, wydawała się puchowym kłębuszkiem. Ale kiedy znalazłam się w środku, okazało się, że jest szaro, zimno, wilgotno i brzydko. Zamiast uśmiechów jest wszechobecne narzekanie, zamiast projektów zmieniających świat są projekty zmieniające moje myślenie o ludziach. Czasami tylko trafia się na wspaniałych mądrych ludzi, którzy mają podobne do ciebie wartości. Czasami to jednak za mało jak na jedno życie.


Dorota — producentka, z którą teraz pracuje, powiedziała mi kiedyś, żebym nigdy nie rezygnowała z żadnego wyjazdu w świat, bo skoro pojawia się na mojej drodze jakiś kierunek, to jest to po coś. Dokładnie tak było z Maderą. Granice, które musiałam przezwyciężyć, strach, który trzeba było pokonać i rzeczy, które musiałam zrozumieć. To jest to coś.

Życie jest jak droga z Pico do Arieiro na Pico Ruivo. Bywa z górki, lekko, przyjemnie, podziwiając piękne krajobrazy. Ale zdarza się również droga pod górkę, kiedy jest ciężko, szaro i nadziei brak. To ten moment, kiedy chcemy się poddać. Wtedy pojawiają się ludzie, którzy trwają przy tobie, mówiąc: „Zrób tylko jeden krok”. Nagrodą w bólach jest unoszenie się z ponad chmurami. To cena za wolność, którą jak nigdy mogłam poczuć. I kiedy już triumfujesz, otwierając szampana, uświadamiasz sobie, że musisz wrócić, a w trakcie drogi czekają cię znów wzloty i upadki. Życie jest jak poranki na Maderze. Im wcześniej wstaniesz, tym więcej zobaczysz, uważniej pomyślisz i głębiej w siebie zajrzysz. Życie jest jak drogi na wyspie. Kręte, wąskie, niebezpieczne i czasami trzeba komuś ustąpić, żeby przeżyć. Życie jest jak ocean w basenach wulkanicznych w Porto Moniz. Nie można w nim igrać z naturą. W życiu jest też jak z chmurami na Maderze. Czasami to, czego nie mamy, wydaje się być kolorowe i mięciutkie, a w rzeczywistości jest zupełnie na odwrót.

Życie jest wreszcie jak lądowanie na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk. Musisz być odważny, zaryzykować i zaufać, mimo że cholernie się boisz. To pokonywanie strachu i przekraczanie granic, sprawiają, że rośniemy, uczymy się i stajemy się silniejsi.

Follow:

Bali – nieodkryty Raj

Czas czytania: 7 minuty

Piszę ten artykuł dwa lata po powrocie z Indonezji. Mam w sobie teraz dużo dystansu i z pewnością jestem inną osobą, niż wtedy, kiedy pierwszy raz byłam na Bali w pracy. Pozostał jednak we mnie sentyment do tego miejsca, które nie pozwala o sobie zapomnieć i podpowiada, że powinnam tam wrócić. Bez pośpiechu i bez obowiązków, tylko z ciekawością i otwartą głową.


W PRACY

Bali było ostatnim przystankiem w mojej miesięcznej podróży zawodowej. Produkując program telewizyjny „Lepiej późno, niż wcale” zaczynaliśmy od mistycznej Japonii, przez szaloną Koree Południową, kończąc na rajskiej wyspie Bali. Cała podróż to był obłęd. Szaleńcze tempo i zewsząd pojawiające się wyzwania nie dawały momentu, aby zwolnić. W poprzednich wpisach o Japonii i Korei dowiesz się, z czym musiałam się mierzyć. Dziś opowiem jak to wyglądało na Bali, czyli w krainie czarów, magii i rytuałów, gdzie wszystko się może zdarzyć i zdarzyło.

Naszym fixerem, czyli opiekunem, wsparciem, a mówiąc wprost, Aniołem był Adam Piotrowski z Far Horizon. To on zabrał nas w miejsca, których nie ma w przewodnikach.

Na Bali mieszkaliśmy w Ubud bardzo blisko centrum. To był nasz punkt wyjściowy do innych podróży.


Pierwszy dzień to było przywitanie Króla. Mimo że na Bali nie sprawuje on władzy, to cieszy się wielkim szacunkiem wśród ludu. Ciekawostką jest, że na Bali praktykuje się poligamię, czyli Król może mieć kilka żon, miał natomiast jedną wybrankę. Król zaprosił naszych bohaterów na kolacje, ale my jako ekipa też mogliśmy spróbować tych specjałów. Co ciekawe na Bali bardzo często je się ręką, ale musi być to prawa ręka, bo lewa uznawana jest za nieczystą. Ogromna uroczystość pokazała jak życzliwi i gościnni są Balijczycy.

Kolejnym wyzwaniem dla bohaterów było nurkowanie, na które ja jako kierownik produkcji nie jechałam. Wtedy zajmowałam się organizowaniem telekomunikacji dla wszystkich. Musieliśmy używać specjalnych balijskich kart telefonicznych, tak wychodziło najtaniej. Ekipa była na miejscu cały dzień, więc to był też mój czas na spacer. To był tylko moment, w którym mogłam na spokojnie podziwiać naturę, wejść do kawiarni czy pójść na słynny balijski masaż. Jeden dzień, który pozwolił złapać oddech.

Następne miejsce to małpi las. Przepiękny park, w którym raj mają makaki. Mogą biegać swobodnie, a od wejścia czuć, że to ich królestwo. Zdaje się, jakby one dyktowały warunki i od nich zależało, jak blisko można podejść. Makaki są bardzo podobne do ludzi. Troskliwie opiekują się małymi, nie dając możliwości na podejście i skrzywdzenie. Krzyczą i atakują, jeśli coś im się nie spodoba. A na ogół są zabawne i  uśmiechnięte. Makaki wykorzystują też każdą okazję na dodatkowe przekąski od turystów, mając świadomość, że trzeba kuć żelazo, póki gorące.

Potem odbywała się joga na desce, którą wykonuje się na wodzie. To dużo trudniejsza joga, niż każda inna, bo bardzo ciężko utrzymać się w pozycji z powodu braku stabilizacji. Nie byłam niestety tego świadkiem, choć sama jestem pewna, że spróbuje takiej jogi w przyszłości.

Dużym przeżyciem była dla mnie Świątynia Tirta Taman Mumbul, w której dokonuje się oczyszczenia. Balijczycy wierzą bowiem, że woda jest jednym z najsilniejszych żywiołów i dzięki niej można oczyścić nie tylko ciało, ale także duszę. Według nich ludzkie ciało ma 11 „słoniowych otworów” – dwie gałki oczne, dwie dziurki nosa, dwie dziurki uszu, usta, pępek, cewka moczowa, otwór przewodu pokarmowego i jeden na skórze w okolicy dłoni, pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. W trakcie ceremonii należy modlić się do swojego Boga o zachowanie równowagi w ciele. Sam rytuał wygląda tak, że pije się wodę ze źródła, następnie zanurza się w nim głowę i modli przy 11 źródłach.

Tego samego dnia wieczorem w ciemnym oddalonym od wszystkiego buszu poznaliśmy Mepantigan, czyli tradycyjną sztukę walki łączącą w soboie taekwondo, capoire, kickboxing i judo, ale również balijski taniec. Walkę w basenie na polu ryżowym odbywali bohaterowie programu. Niestety nie zakończyła się ona szczęśliwie, bo Władysław Kozakiewicz doznał poważnej kontuzji kolana. Szczęście w nieszczęściu to, że produkcja była ubezpieczona i podróżował z nami lekarz niezastąpiony Łukasz Durajski. Niestety medycyna na Bali jest na bardzo niskim poziomie, dlatego kontuzja mogła być leczona dopiero po powrocie w Polsce.

Kolejny dzień to wodospady Aling Aling. Na wyspie jest mnóstwo bajecznych wodospadów, które zapierają dech w piersiach. Aling Aling to jedno z najbardziej popularnych miejsc, w których ludzie przełamują swój strach, skacząc do wody. Pierwszy pułap to 5 metrów, drugi to 10 metrów. Osobiście myślę, że woda to silny żywioł, z którym nie można zadzierać, inni wyzwanie traktowali jako akt odwagi. Ja niestety po skoku na Korfu wiem, że to nie zabawa dla mnie, podziwiam jednak odwagę.

W trakcie realizacji tych zdjęć też miałam trochę czasu na podziwianie oraz odkrywanie. Czułam się w tym lesie, jakbym powróciła do korzeni, miałam ochotę zatrzymać się i medytować. Marzyłam aby czas choć na chwilę się zatrzymał. Było czyste powietrze, dźwięki natury, czuć było wilgoć od wody i byłam tylko ja. Obiecałam sobie wtedy, że wrócę do tego miejsca.

Tego dnia wydarzyła się jeszcze jedna mistyczna sytuacja: wizyta u Szamana. Szamani na Bali nazywani są Balianam, mówi się, że uzdrawiają i doradzają duchowo. Swoją posługę pełnią za dary, czasami nawet w postaci kury. My spotkaliśmy się z Jero Dana jednym z najsłynniejszych na Bali Szamanów. Z jego usług korzysta prezydent Indonezji i gubernatorzy kraju. Kilka osób z ekipy zdecydowało się spotkać z Szamanem, ja jednak byłam całkowicie przeciwna. Lubię, że życie jest zaskakujące, że nie wiem, co się wydarzy, uważam, że rzeczy, które mogłabym usłyszeć, sugerowałyby mi wybory. Dziś jednak dwa lata później spotkałabym się porozmawiać z Szamanem.

Kolejnego dnia pojechaliśmy na pola ryżowe do wioski Jatiluwih — miejsce wpisane w 2012 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tam, poznaliśmy łowce i badacza węży Rona Lilleya. Mieszkańcy wzywają go do usuwania węży, które pojawiły się u nich w domach. A jest ich sporo. Na Bali żyje 46 gatunków węży, a kolejne 16 zamieszkuje morza wokół wyspy. Jest kilka gatunków, które potrafią ukąsić śmiertelnie. Mieliśmy do czynienia w programie z wężem, który zabija zaledwie w godzinę, a jego ukąszenie powoduje, że przestajemy oddychać i zatrzymuje nam się serce. Widzieliśmy też węża, który zabija w ciągu trzech dni. Jak to w życiu bywa, nic jednak nie jest czarno białe. Węże mają też swoje dobre strony. Wąż zbożowy jest na polach bardzo użyteczny, gdyż zabija dwa szczury dziennie. A szczury to największy szkodnik pól, ich duża ilość może zniszczyć 1/3 upraw ryżu. A ryż to główny posiłek Balijczyków. Uprawia się go na Bali prawie od 2000 tysięcy lat.

Ostatni punkt balijskiej podróży to królewski hotel Royal Pita Maha. Hotel ten jest jednym z najlepszych na wyspie, pewnie dlatego, że ma niesamowity widok na tropikalne lasy. My jako ekipa nie spaliśmy tam, choć chciałabym kiedyś spędzić w tym miejscu jedną noc. Doba w hotelu waha się od 1500 zł do nawet 5000 zł za noc. Hotel jest pięciogwiazdowy, ma najlepsze jedzenie i z każdej strony widok na naturę.

Jest kilka miejsc na świecie, które pragnę zobaczyć. To zdecydowanie Indie, Stany Zjednoczone, Skandynawia (Norwegia, Szwecja, Dania, Finlandia) i właśnie Indonezja. Dlatego, że 14 tysięcy kilometrów od Polski jest miejsce przepełnione naturą, ciepłem i dobrą energią. Mimo że za pierwszym razem nie było mi dane w spokoju tego doświadczyć.


WOLNO

Pamiętam, jak mój szef zaproponował mi kolejny projekt zagraniczny, wymieniając kraje, w których każdy marzy, aby znaleźć się przynajmniej raz w życiu: Kapsztad, Izrael, Gwatemala, Jordania, Tajlandia czy Meksyk. Brzmi jak bajka. Praca polegająca na produkcji video nie ma jednak nic wspólnego z bajką, z podróżowaniem, z odkrywaniem nowych miejsc. To raczej wyścig z czasem, budżetem i innymi ludźmi. Zrezygnowałam, choć wielu uważało wtedy, że jestem głupia, że dostałam szansę, że mogę zwiedzać kraje, a jeszcze będą mi za to płacić. Jestem bardzo wdzięczna za szansę, którą dostałam, mogąc wykonywać mój zawód w odległych miejscach. Czuje się wyróżniona, że to mi zaufano i zaproponowano taką możliwość. Mówi się jednak, że podróże zmieniają, że nie wraca się z nich już tą samą osobą i ja też nie wróciłam. Kiedyś byłam pierwsza na mecie, zawsze musiałam wygrywać, byłam szybka i nie do zatrzymania, a dziś już nie chce brać udziału w wyścigach, chcę spacerować, zatrzymywać się, obserwować, cieszyć i być wdzięczną za każdy szczegół, który będzie mi dane zobaczyć. Dlatego marzę, aby wrócić na Bali i odkryć je w rytmie slow.

Follow:

KOREA POŁUDNIOWA – KRAJ, W KTÓRYM MŁODOŚĆ KUPISZ NA ULICY.

Czas czytania: 8 minuty

W Korei Południowej znalazłam się za sprawą projektu, o którym wspominałam już przy okazji artykułu o Japonii. Realizując amerykański format programu telewizyjnego, dla polskiej stacji, drugim przystankiem był właśnie Seul w Korei Południowej. Kiedy wcześniej słyszałam Korea, myślałam szaleństwo, technologia (Samsung, LG, KIA) oraz niebo na pograniczu piekła zgotowanego w Korei Północnej. Kraj jednak zaczął mnie zaskakiwać jeszcze na długo przed tym, jak się tam znalazłam.

Zapraszam na spacer po Korei, w której będziesz o rok starszy, jednocześnie doświadczając śmierci, przenocujesz w najdroższym apartamencie na świecie, już nigdy nie napiszesz swojego imienia kolorem czerwonym oraz poznasz szaleństwo na punkcie muzyki K-POP. Jeszcze jedno — zapomnij o nawigacji, bo Google Maps w Korei nie istnieje.


POWIEDZENIE KOREAŃSKIE

Już za bramą domu rozciąga się inny świat. 

Korea Południowa jest jednym z najgęściej zaludnionych państw na Ziemi. Zamieszkuje ją ok. 51 mln ludzi, z których prawie połowa mieszka w Seulu. Stolica kraju to zachwycająca nowoczesna architektura z ciągłym dostępem do technologii i życiem trwającym 24 godziny na dobę. To jedno z najważniejszych i najszybciej rozwijających się ośrodków biznesowych w Azji. Korea jest na tyle rozwiniętym technologicznie krajem, że jako pierwsza wprowadziła cyfrowe podręczniki, a z Internetu można korzystać nawet podczas jazdy samochodem.

PODRÓŻ W CZASIE

Pobyt w Korei Południowej można nazwać podrożą w czasie. Nie tylko dlatego, że po przekroczeniu koreańskiej granicy zegarki trzeba przestawić o 7 godzin do przodu, ale także dlatego, że automatycznie stajemy się tam o rok starsi. Koreańczycy mają bowiem zupełnie inny system liczenia wieku. W Polsce dziecku, które przyszło na świat, nalicza się najpierw godziny, dni, miesiące, a następnie lata. W Korei każdy noworodek tuż po urodzeniu ma jeden rok. Oznacza to, że jeśli dziecko przyszło na świat 31 grudnia 2018 r., to 1 stycznia 2019 r. będzie miało już 2 lata, mimo że na świecie żyje tylko dwa dni. To pewnie jeden z powodów, dla których koreańczycy tak pielęgnują kult młodości.

BEZ MAPY

Google Maps w Korei nazywane jest pieszczotliwie aplikacją widmo. Kiedy o tym czytałam, byłam przekonana, że to bzdury, dlatego moje zdziwienie po wylądowaniu w Seulu było autentyczne. Aplikacja Google Maps po prostu zniknęła z mojego telefonu. To było trochę przerażające, zwłaszcza że czytałam wcześniej, iż niektóre teorie mówią o tym, że nawigacja Google Maps jest blokowana celowo, aby uniemożliwić północnym sąsiadom dokładniejszą inwigilację. Jedynym zastępczym rozwiązaniem jest aplikacja Never, która nie posiada nawigacji pieszej, ani rowerowej. To było bardzo uciążliwe i sprawiło, że miałam poczucie uzależnienia od map Google w telefonie. Także wdzięczność na dziś: Google Maps.


POWIEDZENIE KOREAŃSKIE

Chata zaczyna, się starzeć od płotu, a człowiek od głowy.

Cała historia związana z Koreą Południową zaczęła się jednak jeszcze w Polsce przy okazji Researchu do programu telewizyjnego. Wtedy właśnie miałam okazję, poznać Koreę szukając niestandardowych informacji na temat kraju. Przeglądałam Internet w poszukiwaniu ekstremalnych doświadczeń, jak również szalonych miejsc, które dla widza będą ciekawe. Korea już wtedy mnie zafascynowała, choć wiedziałam, że w ciągu kilku dni nie uda się zobaczyć wszystkiego. Jedną z rzeczy, na których najbardziej mi zależało było doświadczenie próbnego pogrzebu. I trochę za moim pośrednictwem bohaterowie mogli ten rytuał przeżyć.

ZOBACZYĆ SEUL I UMRZEĆ

Według statystyk, w roku 2009 w Korei Południowej skutecznych samobójstw doświadczyło 40 osób dziennie (!), z czego 30% to ludzie powyżej 65 roku życia. W 2015 roku ta liczba wyniosła 25 osób na 100 tysięcy mieszkańców. Nie bez powodu mówi się, że Korea to kraj samobójców.

Masz dość swojego życia? Nieustanny wyścig szczurów Cię wykańcza? Połóż się w trumnie! To nowy sposób walki Korei Południowej z plagą samobójstw. Taka terapia szokowa ma pomóc choremu otrząsnąć się i odzyskać radość życia. Korzystają z niej całe firmy, wysyłając do trumny swoich pracowników.

Motyw śmierci podobnie jak motyw życia towarzyszy nam nieustannie. Ale kiedy pierwszy raz o tym usłyszałam, byłam zszokowana, jednak jeśli taki sposób działa, to nie ma powodu się temu sprzeciwiać. To trochę tak jak z docenianiem rzeczy po ich utracie. Często jest tak ze zdrowiem, miłością, przyjaciółmi czy rodziną. Uważam, że autor tego pomysłu jest mistrzem świata. W sposób ekstremalny, ale jednak, dał możliwość ludziom doceniania swojego życia. Poprzez spisanie testamentu, człowiek ma możliwość zauważenia, co tak naprawdę jest ważne, jak dużo posiada i jak wiele jeszcze może zrobić. Zamknięcie w trumnie, to doświadczenie poczucia strachu i pustki, najgorsze z możliwych, ale sprawiające, że nie tego chcemy w życiu. Marzyłam o tym, żeby się tam znaleźć, żeby poczuć to miejsce i tę energię na własnym ciele. Jest to wyjątkowe, południowokoreańskie doświadczenie. Inne miejsca na świecie mają różne relacje ze śmiercią. Jednak usłyszymy w nich raczej, że należy udać się do psychologa.

Upalne popołudnie. Wraz z ekipą telewizyjną znajdujemy się w biurowcu Hyowon Healing Center w Seulu. Na czwartym piętrze jest miejsce wypełnione drewnianymi trumnami. Tej energii nie da się opisać, czuje się jakiś nieokreślony strach, ale też poczucie radości z życia, że ono jest, że ja mogę tego doświadczać. Nie mam problemu z docenianiem, ale w tym momencie jeszcze bardziej jestem wdzięczna za życie.


POWIEDZENIE KOREAŃSKIE

Aby rano zobaczyć księżyc, nie trzeba nań czekać od wieczora.  

To nie nowy projekt rakiety odrzutowej. To Signiel Seoul, operated by LOTTE Hotels & Resorts. Ale to przede wszystkim miejsce, w którym można poczuć się obrzydliwie bogatym.

Mieszczący się pomiędzy 76. i 101. piętrem wieżowca Lotte World Tower hotel Signiel Seoul oferuje 235 pokoi z panoramicznym widokiem na Seul. Ten pięciogwiazdkowy obiekt dysponuje barem serwującym szampana, wyróżnioną gwiazdką przewodnika Michelin restauracją, krytym basenem, centrum fitness i zapleczem bankietowym. Podziemne przejście łączy go bezpośrednio ze stacją metra Jamsil (linia 2 i 8). We wszystkich pomieszczeniach można korzystać z bezpłatnego szybkiego WiFi.

Cena pokoju typu Deluxe Suite z widokiem na miasto na 101 piętrze to koszt ponad 4000 zł za osobę za noc.

Widok rzeczywiście zapierający dech w piersiach. Praca w takich warunkach wydaje się być spełnieniem marzeń i była, choć teraz zrobiłabym to w innym charakterze. Jestem przekonana, że jeszcze przyjadę do tego hotelu jako gość, robiąc własne interesy w Seulu.

K-POP – SZALEŃSTWO NA POKAZ

W Stanach Zjednoczonych było Destiny’s Child i The Pussycat Dolls, w Polsce Queens, a w Wielkiej Brytanii Spice Girls. Te girlsbandy zyskały miłość setek tysięcy fanów na całym świecie. To było jednak w latach 90, potem trend zespołów minął, artyści zaczęli rozwijać swoje solowe kariery, a niektórzy całkowicie zrezygnowali z muzyki. Obecnie niesamowitą popularność i sukces zdobywają zespoły K-POP wywodzące się właśnie z Korei Południowej. Największe królowe popu sprzedają ponad 600 milionów płyt.

K-pop („k” czytamy jak „kej”) to koreański pop i połączenie tańca, electro, electropop, hip-hop i R&B, który powstał w Korei Południowej, ale rozprzestrzenił się w całej Azji (i teraz rozprzestrzenia się po całym świecie). Co istotne ta muzyka jest całkowicie zakazana w Korei Północnej pod karą pozbawienia wolności. 

Dla mnie k-pop to wysoka jakość produkcji muzyki i teledysków oraz zaskakujący trend na dziecięcą urodę, jak również promowanie wokalistów „od dziecka”. Mam na myśli wielki przemysł kryjący się za karierą młodych artystów. W Korei Południowej są specjalne bardzo drogie szkoły, które przygotowują do castingów do zespołów muzycznych. Rodzice, zamiast inwestować w intelektualny rozwój dziecka, szukają najlepszego managera. To dziwne, ale co ja tam wiem o wychowaniu albo może tak po prostu wygląda przyszłość?

Wraz z ekipą mieliśmy okazje być przy produkcji programu telewizyjnego należącego do jednego z najpopularniejszych zespołów muzycznych w gatunku K-POP MOMOLAND. Zespół pod piosenką, którą podlinkowuje obok, ma ponad 345 milionów wyświetleń. To niewyobrażalne. Więcej jednak jest szumu i na ten szum stawiają managerzy, niż to jest tak naprawdę warte. Samo spotkanie z zespołem Momoland kosztowało nas produkcyjnie kilkaset tysięcy złotych, a nie wniosło absolutnie nic.

WIECZNIE MŁODE MIASTO, KTÓRE NIGDY NIE ZASYPIA

Mam wrażenie, że ludzie w Korei Południowej są sfiksowani na punkcie wyglądu. Kliniki chirurgii plastycznej są dostępne niemal z ulicy. Można wejść, zeskanować twarz, zobaczyć jak będzie się wyglądało za 20 lat oraz jak będzie się wyglądało po zabiegu. Wszystko szybko i bezboleśnie. Są nawet poradniki i reklamy jak odjąć sobie kilka lat. Mężczyźni dodatkowo używają makijażu na co dzień. I to wydaje się być całkowicie normalne. A wszystko to, aby ludzi zaakceptowali inni ludzie, bo sami nie są w stanie tego zrobić. Tak jak ciężko jest im pogodzić się z rzeczywistością, tak trudno zaakceptować przemijanie.

Wieczorem jednak upijając w urokliwych barach, wszystko przestaje mieć znaczenie. Wiem, bo tego doświadczyłam na własnej skórze. To wszystko, co piszę wydaje się bajką, ale to projekt, który bardzo mnie stresował i był wyjątkowo trudny. Wszystko to na co amerykanie mieli ponad rok, ja musiałam wyprodukować w 2 miesiące. Przeszkodą był czas, ludzie i pieniądze. Żadne nerwy nie były tego warte. Teraz już wiem. Jednak wracając do tej nocy w urokliwym barze, to spędziłam ją z Rydią (fixerką z Seulu) oraz z Kasią Meciński, która pomagała nam zorganizować program w Japonii i Korei. Ta noc była najlepszym naładowaniem energii i nie miało znaczenia, że skończyła się nad ranem. Dopiero tej nocy poczułam się dobrze będąc wśród ludzi, z którymi mogę się śmiać i przez ten krótki moment nie oceniają mnie oraz chcą dla mnie dobrze.


POWIEDZENIE KOREAŃSKIE

Przed dobrocią i gwiazdy chylą głowę. 

Korea Południowa to kraj wielu skrajności. Mówi się, że to niebo przy piekle Korei Północnej, ale moim zdaniem nic nie jest czarno-białe. Mnóstwo tu zobaczyłam szarości, mimo że z każdej strony bije po oczach kolor. Rodzice w Seulu, mając dostęp do szerokiej wiedzy i informacji, wolą inwestować tylko w karierę taneczną i muzyczną dziecka. Kiedy w Korei Północnej dostęp do wiedzy jest ograniczony. Poprawianie wyglądu staje się tak powszechne, jak jedzenie obiadu. Kiedy w Korei Północnej podstawowe kosmetyki są niedostępne. I wreszcie docenić życie można tam, dopiero przeżywając własną śmierć. Kiedy w Korei Północnej ludzie umierają, nie wiedząc co to życie. Znowu utwierdziłam się w przekonaniu, że ludzie wszędzie są tacy sami. Pragną miłości, akceptacji i bycia potrzebnym. Tu w Seulu potrzebne jest jeszcze odrobinę dobroci, bo wszystko pędzi tak szybko, że ludzie przestają dostrzegać, że ktokolwiek jej potrzebuje.

Zapraszam do obejrzenia mojego krótkiego filmu opowiadającego o Korei Południowej. Kolejny wpis już niebawem o Indonezji. 


Hej, dużo czasu zajęła mi praca nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie to uzasadnienie, że moja praca ma jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.


 

Follow:

JAPONIA – KRAJ, W KTÓRYM MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ.

Czas czytania: 6 minuty

Życie czasami pisze scenariusze, których nigdy byśmy się nie spodziewali. Wysyła nas w miejsca, o których nie marzyliśmy. Stawia przed nami wyzwania, którym wydaje nam się, że nie podołamy. Dostarcza emocji, na które nie jesteśmy gotowi. Podpowiada rozwiązania, na które byśmy nie wpadli. Wystarczy tylko dać się prowadzić intuicji i być otwartym na wszystko, co pojawia się na naszej drodze. Najtrudniejsze i najbardziej wymagające sytuacje mogą wtedy otworzyć oczy i poprowadzić nas dużo dalej niż granice naszych możliwości. Bo dopiero, wtedy możemy przekraczać siebie i dokonywać tego, co niemożliwe. To egzamin, który wielu ludzi oblewa, bo ściąga odpowiedzi od ludzi wokół, nie sprawdzając, czy mają taką samą grupę pytań. Życie jednak to test, w którym każdy z nas ma inny zestaw i nie zawsze są to pytania, w których wystarczy zaznaczyć a, b lub c. Nie ma klucza, w który musisz się wpisywać, a im bardziej jesteś kreatywny, tym życie staje się bardziej otwarte.


Japonia to kraj, który nie był dla mnie nigdy celem. Nie marzyłam o poznaniu jego specyficznej kultury, a jedyna wiedza, jaką miałam, ograniczała się do lekcji geografii, sporadycznym jedzeniu sushi i książek poświęconym długowieczności. Wyprawa do Japonii odłożona była na półkę „może kiedyś, raczej nigdy”. Tym bardziej wyobraźcie sobie moje zdziwienie i strach, kiedy dowiedziałam się, że właśnie tam mam wyprodukować program telewizyjny. „Nie dam rady”, „Nie znam języka”, „To będzie porażka” to tylko kilka ze zdań, które krążyły po mojej głowie. Później pojawiły się nieśmiałe „Nie wiem jak”, „To będzie katastrofa” i „Umrę w podróży”. Żeby na końcu powiedzieć „A, co mi tam”, „Nie mam nic do stracenia” i „Nadal cholernie się boje”. Miałam dwa miesiące na przygotowanie programu, który amerykanie produkowali rok. Miałam budżet na sześć odcinków, taki jak amerykanie na jeden odcinek. Miałam zerowe doświadczenie w produkcji czegokolwiek za granicą pięknej Polski. I miałam wreszcie dużo nadziei i energii, żeby zrobić to najlepiej, jak potrafię. Pamiętam jak na egzaminie do Łódzkiej Filmówki, nie odpowiedziałam dobrze na żadne pytanie, ale powiedziałam, że jestem mistrzem wykorzystywania szans i mam dużo uroku osobistego, który jest niezwykle potrzebny w pracy kierownika produkcji. Tak jak dostałam się Szkoły Filmowej, tak znalazłam się w Japonii. Kraju, który sprawił, że po powrocie wszystko się zmieniło.


Nanakorobi yaoki

Jeśli upadniesz siedem razy, wstań osiem. 

Japonia nauczyła mnie przede wszystkim podnosić się po każdej porażce i pokazała, że dam sobie radę w każdych okolicznościach. Pokazała, że na świecie nie ma żadnych barier, ani językowych, ani religijnych, ani ludzkich. Udowodniła, że kiedy jesteś dobry dla ludzi, ludzie są dobrzy dla Ciebie. I kiedy potrzebujesz pomocy, dostaniesz pomoc. Kiedy wylądowałam w Tokio, spodziewałam się głośnego, nowoczesnego miasta nie do zniesienia dla europejki. Okazało się jednak, że Tokio to cisza i spokój. Tokio to bezpieczeństwo i samotność. Tokio to autonomia. Najgłośniejsze na ulicach są samochody i turyści. Ale Tokio to też miejsce, w którym okazało się, że mimo licznej ekipy zdjęciowej z Polski, jestem zdana tylko na siebie. To, co wydawało się, że mnie złamie, dało mi siłę. Pamiętam taką sytuację, kiedy w nocy po zdjęciach sama pojechałam metrem do centrum na Shibuya Station. To był taki piękny moment, kiedy mogłam pobyć sama i miałam szansę poznać miasto. Chodziłam między wąskimi uliczkami, obserwując tłumy przechadzających się ludzi. Jedni wracali z pracy, inni wychodzili na imprezę, samotni lub w grupach, zdobywcy świata, mieszkający w stolicy najbardziej rozwiniętego technologicznie kraju na świecie. Byłam małą dziewczynką, z wielkimi worami pod oczami, po kilku dniach zdjęciowych trwających po kilkanaście godzin. Cieszyłam się każdym światełkiem, sklepem i napotkanym wzrokiem drugiego człowieka. Aż wreszcie się zgubiłam. Zgubiłam się na końcu świata, tak naprawdę, że nie wiedziałam, gdzie jestem. Wpadłam w panikę i wtedy spotkałam parę młodych Japończyków, których zapytałam o drogę do hotelu. I wiecie co? Odprowadzili mnie niemalże do pokoju, trwało to prawie pół godziny. Zostawili wszystko, co mieli zaplanowane na ten wieczór, aby pomóc obcej dziewczynie, która pochodzi z miejsca, które niewidoczne jest na ich mapie. To był naprawdę mały gest, ale na tyle duży, że nigdy go nie zapomnę.


Powiedzenie Japońskie

Jedno dobre słowo może ogrzać trzy zimowe miesiące.

Tokio było duże, nowoczesne i absurdalnie pełne ludzi, a jednak wciąż przepełnione samotnością. Mimo to czułam się tam dobrze i bezpiecznie. Następnym przystankiem w produkcji programu telewizyjnego było Kioto. Tradycyjne, bajkowe i piękne. Drapacze chmur zamienione na wiekowe zakorzenione w tradycji niskie budynki ze specyficznymi dla Japonii dachami. Nowoczesne garnitury zostały zastąpione przez klasyczne kolorowe kimona. I ludzie jakby bardziej uśmiechnięci i spoglądający w górę, w przeciwieństwie do stolicy, w której większość wzrok wlepiony miała w ziemię. Pewnego dnia, kiedy odwiedzaliśmy jedną z najstarszych świątyń buddyjskich, położonych na wzgórzu odmienił się mój świat. Suchy las, wysoka temperatura i niewielka skromna świątynia, w której stacjonowało kilka osób. W scenariuszu zaplanowane było „oczyszczenie” głównych bohaterów, ja jednak dostałam tam więcej, niż mogłam się spodziewać. Kręciliśmy tam zdjęcia prawie cały dzień, kiedy nadeszła pora obiadu okazało się, że ja nie istnieje. Wszyscy byli ważni, ale nikt absolutnie nie przejmował się mną. To takie nowe uczucie. Chciałam zadzwonić do mamy i powiedzieć jej, że jest mi źle, nic dzisiaj nie jadłam, wszyscy wymagają ode mnie, ale nikt nie zapyta się, czy piłam łyk wody. Ale nie miałam zasięgu, może to i dobrze, bo wtedy właśnie miałam szansę przemyśleć, na czym polega mój zawód i mogłam pełnoprawnie rozpłakać się mówiąc sobie „nigdy więcej”. Nigdy więcej nie chcę pracować na tym stanowisku, nie chcę być odpowiedzialna za wszystkich, nie chcę, aby ode mnie wymagano, aby traktowano mnie źle za cenę, która jest niewarta. Płakałam jak bóbr, kiedy trzydzieści osób jadło obiad. Siedziałam na schodach zwinięta w małą kulkę i wtedy właśnie podszedł do mnie stary Japończyk ze świątyni i mnie przytulił. Nic nie mówiąc, a raczej mówiąc coś w swoim języku, którego, mimo że nie rozumiałam, to wiem, że chciał powiedzieć „jesteś silna, będzie dobrze, dasz radę, teraz jesteś mądrzejsza o to doświadczenie”. To była scena filmowa, ja płakałam, mówiąc po polsku, a on pocieszał mnie, mówiąc po japońsku i obydwoje – wiedzieliśmy. Tak mało mi wtedy dał, a tak bardzo mi wtedy pomógł.


Powiedzenie Japońskie

Słońce nie rozróżnia między dobrymi ani złymi. Słońce ogrzewa wszystkich po równo. Kto znajduje siebie samego jest jak słońce.

Nie wiem, jaka jest Japonia, ale wiem, jakich spotkałam tam ludzi. Wewnętrznie wolnych, żyjący tu i teraz oraz bardzo troszczących się o innych. Na pierwszy rzut oka zamkniętych w sobie, a jednak otwartych na innych. Pełnych pokory i wdzięczności. Gotowych do nauki. Potężnie pokornych i doceniających życie.

Wszystko, co jest nie do zabrania z Japonii, to jej ulotność, tajemniczość, umiejętność życia z wdzięcznością i całkowita obecność w nurcie przemijania. Coś, czego my, Europejczycy, uczymy się latami, czasami nigdy nie rozumiejąc. Czego nie dostrzegamy, bo jesteśmy tak zajęci sobą, że nie sposób tego zauważyć. W Japonii zobaczyłam uosobienie krótkości życia, docenianie tego momentu, którym życie jest.

Zapraszam do obejrzenia mojego krótkiego filmu opowiadającego o Japonii. Kolejny wpis już niebawem o Korei Południowej. 


Hej, dużo czasu zajęła mi praca nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie to uzasadnienie, że moja praca ma jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.


 

Follow: