Bali – nieodkryty Raj

Czas czytania: 7 minuty

Piszę ten artykuł dwa lata po powrocie z Indonezji. Mam w sobie teraz dużo dystansu i z pewnością jestem inną osobą, niż wtedy, kiedy pierwszy raz byłam na Bali w pracy. Pozostał jednak we mnie sentyment do tego miejsca, które nie pozwala o sobie zapomnieć i podpowiada, że powinnam tam wrócić. Bez pośpiechu i bez obowiązków, tylko z ciekawością i otwartą głową.


W PRACY

Bali było ostatnim przystankiem w mojej miesięcznej podróży zawodowej. Produkując program telewizyjny „Lepiej późno, niż wcale” zaczynaliśmy od mistycznej Japonii, przez szaloną Koree Południową, kończąc na rajskiej wyspie Bali. Cała podróż to był obłęd. Szaleńcze tempo i zewsząd pojawiające się wyzwania nie dawały momentu, aby zwolnić. W poprzednich wpisach o Japonii i Korei dowiesz się, z czym musiałam się mierzyć. Dziś opowiem jak to wyglądało na Bali, czyli w krainie czarów, magii i rytuałów, gdzie wszystko się może zdarzyć i zdarzyło.

Naszym fixerem, czyli opiekunem, wsparciem, a mówiąc wprost, Aniołem był Adam Piotrowski z Far Horizon. To on zabrał nas w miejsca, których nie ma w przewodnikach.

Na Bali mieszkaliśmy w Ubud bardzo blisko centrum. To był nasz punkt wyjściowy do innych podróży.


Pierwszy dzień to było przywitanie Króla. Mimo że na Bali nie sprawuje on władzy, to cieszy się wielkim szacunkiem wśród ludu. Ciekawostką jest, że na Bali praktykuje się poligamię, czyli Król może mieć kilka żon, miał natomiast jedną wybrankę. Król zaprosił naszych bohaterów na kolacje, ale my jako ekipa też mogliśmy spróbować tych specjałów. Co ciekawe na Bali bardzo często je się ręką, ale musi być to prawa ręka, bo lewa uznawana jest za nieczystą. Ogromna uroczystość pokazała jak życzliwi i gościnni są Balijczycy.

Kolejnym wyzwaniem dla bohaterów było nurkowanie, na które ja jako kierownik produkcji nie jechałam. Wtedy zajmowałam się organizowaniem telekomunikacji dla wszystkich. Musieliśmy używać specjalnych balijskich kart telefonicznych, tak wychodziło najtaniej. Ekipa była na miejscu cały dzień, więc to był też mój czas na spacer. To był tylko moment, w którym mogłam na spokojnie podziwiać naturę, wejść do kawiarni czy pójść na słynny balijski masaż. Jeden dzień, który pozwolił złapać oddech.

Następne miejsce to małpi las. Przepiękny park, w którym raj mają makaki. Mogą biegać swobodnie, a od wejścia czuć, że to ich królestwo. Zdaje się, jakby one dyktowały warunki i od nich zależało, jak blisko można podejść. Makaki są bardzo podobne do ludzi. Troskliwie opiekują się małymi, nie dając możliwości na podejście i skrzywdzenie. Krzyczą i atakują, jeśli coś im się nie spodoba. A na ogół są zabawne i  uśmiechnięte. Makaki wykorzystują też każdą okazję na dodatkowe przekąski od turystów, mając świadomość, że trzeba kuć żelazo, póki gorące.

Potem odbywała się joga na desce, którą wykonuje się na wodzie. To dużo trudniejsza joga, niż każda inna, bo bardzo ciężko utrzymać się w pozycji z powodu braku stabilizacji. Nie byłam niestety tego świadkiem, choć sama jestem pewna, że spróbuje takiej jogi w przyszłości.

Dużym przeżyciem była dla mnie Świątynia Tirta Taman Mumbul, w której dokonuje się oczyszczenia. Balijczycy wierzą bowiem, że woda jest jednym z najsilniejszych żywiołów i dzięki niej można oczyścić nie tylko ciało, ale także duszę. Według nich ludzkie ciało ma 11 „słoniowych otworów” – dwie gałki oczne, dwie dziurki nosa, dwie dziurki uszu, usta, pępek, cewka moczowa, otwór przewodu pokarmowego i jeden na skórze w okolicy dłoni, pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. W trakcie ceremonii należy modlić się do swojego Boga o zachowanie równowagi w ciele. Sam rytuał wygląda tak, że pije się wodę ze źródła, następnie zanurza się w nim głowę i modli przy 11 źródłach.

Tego samego dnia wieczorem w ciemnym oddalonym od wszystkiego buszu poznaliśmy Mepantigan, czyli tradycyjną sztukę walki łączącą w soboie taekwondo, capoire, kickboxing i judo, ale również balijski taniec. Walkę w basenie na polu ryżowym odbywali bohaterowie programu. Niestety nie zakończyła się ona szczęśliwie, bo Władysław Kozakiewicz doznał poważnej kontuzji kolana. Szczęście w nieszczęściu to, że produkcja była ubezpieczona i podróżował z nami lekarz niezastąpiony Łukasz Durajski. Niestety medycyna na Bali jest na bardzo niskim poziomie, dlatego kontuzja mogła być leczona dopiero po powrocie w Polsce.

Kolejny dzień to wodospady Aling Aling. Na wyspie jest mnóstwo bajecznych wodospadów, które zapierają dech w piersiach. Aling Aling to jedno z najbardziej popularnych miejsc, w których ludzie przełamują swój strach, skacząc do wody. Pierwszy pułap to 5 metrów, drugi to 10 metrów. Osobiście myślę, że woda to silny żywioł, z którym nie można zadzierać, inni wyzwanie traktowali jako akt odwagi. Ja niestety po skoku na Korfu wiem, że to nie zabawa dla mnie, podziwiam jednak odwagę.

W trakcie realizacji tych zdjęć też miałam trochę czasu na podziwianie oraz odkrywanie. Czułam się w tym lesie, jakbym powróciła do korzeni, miałam ochotę zatrzymać się i medytować. Marzyłam aby czas choć na chwilę się zatrzymał. Było czyste powietrze, dźwięki natury, czuć było wilgoć od wody i byłam tylko ja. Obiecałam sobie wtedy, że wrócę do tego miejsca.

Tego dnia wydarzyła się jeszcze jedna mistyczna sytuacja: wizyta u Szamana. Szamani na Bali nazywani są Balianam, mówi się, że uzdrawiają i doradzają duchowo. Swoją posługę pełnią za dary, czasami nawet w postaci kury. My spotkaliśmy się z Jero Dana jednym z najsłynniejszych na Bali Szamanów. Z jego usług korzysta prezydent Indonezji i gubernatorzy kraju. Kilka osób z ekipy zdecydowało się spotkać z Szamanem, ja jednak byłam całkowicie przeciwna. Lubię, że życie jest zaskakujące, że nie wiem, co się wydarzy, uważam, że rzeczy, które mogłabym usłyszeć, sugerowałyby mi wybory. Dziś jednak dwa lata później spotkałabym się porozmawiać z Szamanem.

Kolejnego dnia pojechaliśmy na pola ryżowe do wioski Jatiluwih — miejsce wpisane w 2012 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tam, poznaliśmy łowce i badacza węży Rona Lilleya. Mieszkańcy wzywają go do usuwania węży, które pojawiły się u nich w domach. A jest ich sporo. Na Bali żyje 46 gatunków węży, a kolejne 16 zamieszkuje morza wokół wyspy. Jest kilka gatunków, które potrafią ukąsić śmiertelnie. Mieliśmy do czynienia w programie z wężem, który zabija zaledwie w godzinę, a jego ukąszenie powoduje, że przestajemy oddychać i zatrzymuje nam się serce. Widzieliśmy też węża, który zabija w ciągu trzech dni. Jak to w życiu bywa, nic jednak nie jest czarno białe. Węże mają też swoje dobre strony. Wąż zbożowy jest na polach bardzo użyteczny, gdyż zabija dwa szczury dziennie. A szczury to największy szkodnik pól, ich duża ilość może zniszczyć 1/3 upraw ryżu. A ryż to główny posiłek Balijczyków. Uprawia się go na Bali prawie od 2000 tysięcy lat.

Ostatni punkt balijskiej podróży to królewski hotel Royal Pita Maha. Hotel ten jest jednym z najlepszych na wyspie, pewnie dlatego, że ma niesamowity widok na tropikalne lasy. My jako ekipa nie spaliśmy tam, choć chciałabym kiedyś spędzić w tym miejscu jedną noc. Doba w hotelu waha się od 1500 zł do nawet 5000 zł za noc. Hotel jest pięciogwiazdowy, ma najlepsze jedzenie i z każdej strony widok na naturę.

Jest kilka miejsc na świecie, które pragnę zobaczyć. To zdecydowanie Indie, Stany Zjednoczone, Skandynawia (Norwegia, Szwecja, Dania, Finlandia) i właśnie Indonezja. Dlatego, że 14 tysięcy kilometrów od Polski jest miejsce przepełnione naturą, ciepłem i dobrą energią. Mimo że za pierwszym razem nie było mi dane w spokoju tego doświadczyć.


WOLNO

Pamiętam, jak mój szef zaproponował mi kolejny projekt zagraniczny, wymieniając kraje, w których każdy marzy, aby znaleźć się przynajmniej raz w życiu: Kapsztad, Izrael, Gwatemala, Jordania, Tajlandia czy Meksyk. Brzmi jak bajka. Praca polegająca na produkcji video nie ma jednak nic wspólnego z bajką, z podróżowaniem, z odkrywaniem nowych miejsc. To raczej wyścig z czasem, budżetem i innymi ludźmi. Zrezygnowałam, choć wielu uważało wtedy, że jestem głupia, że dostałam szansę, że mogę zwiedzać kraje, a jeszcze będą mi za to płacić. Jestem bardzo wdzięczna za szansę, którą dostałam, mogąc wykonywać mój zawód w odległych miejscach. Czuje się wyróżniona, że to mi zaufano i zaproponowano taką możliwość. Mówi się jednak, że podróże zmieniają, że nie wraca się z nich już tą samą osobą i ja też nie wróciłam. Kiedyś byłam pierwsza na mecie, zawsze musiałam wygrywać, byłam szybka i nie do zatrzymania, a dziś już nie chce brać udziału w wyścigach, chcę spacerować, zatrzymywać się, obserwować, cieszyć i być wdzięczną za każdy szczegół, który będzie mi dane zobaczyć. Dlatego marzę, aby wrócić na Bali i odkryć je w rytmie slow.

Follow:

KOREA POŁUDNIOWA – KRAJ, W KTÓRYM MŁODOŚĆ KUPISZ NA ULICY.

Czas czytania: 8 minuty

W Korei Południowej znalazłam się za sprawą projektu, o którym wspominałam już przy okazji artykułu o Japonii. Realizując amerykański format programu telewizyjnego, dla polskiej stacji, drugim przystankiem był właśnie Seul w Korei Południowej. Kiedy wcześniej słyszałam Korea, myślałam szaleństwo, technologia (Samsung, LG, KIA) oraz niebo na pograniczu piekła zgotowanego w Korei Północnej. Kraj jednak zaczął mnie zaskakiwać jeszcze na długo przed tym, jak się tam znalazłam.

Zapraszam na spacer po Korei, w której będziesz o rok starszy, jednocześnie doświadczając śmierci, przenocujesz w najdroższym apartamencie na świecie, już nigdy nie napiszesz swojego imienia kolorem czerwonym oraz poznasz szaleństwo na punkcie muzyki K-POP. Jeszcze jedno — zapomnij o nawigacji, bo Google Maps w Korei nie istnieje.


POWIEDZENIE KOREAŃSKIE

Już za bramą domu rozciąga się inny świat. 

Korea Południowa jest jednym z najgęściej zaludnionych państw na Ziemi. Zamieszkuje ją ok. 51 mln ludzi, z których prawie połowa mieszka w Seulu. Stolica kraju to zachwycająca nowoczesna architektura z ciągłym dostępem do technologii i życiem trwającym 24 godziny na dobę. To jedno z najważniejszych i najszybciej rozwijających się ośrodków biznesowych w Azji. Korea jest na tyle rozwiniętym technologicznie krajem, że jako pierwsza wprowadziła cyfrowe podręczniki, a z Internetu można korzystać nawet podczas jazdy samochodem.

PODRÓŻ W CZASIE

Pobyt w Korei Południowej można nazwać podrożą w czasie. Nie tylko dlatego, że po przekroczeniu koreańskiej granicy zegarki trzeba przestawić o 7 godzin do przodu, ale także dlatego, że automatycznie stajemy się tam o rok starsi. Koreańczycy mają bowiem zupełnie inny system liczenia wieku. W Polsce dziecku, które przyszło na świat, nalicza się najpierw godziny, dni, miesiące, a następnie lata. W Korei każdy noworodek tuż po urodzeniu ma jeden rok. Oznacza to, że jeśli dziecko przyszło na świat 31 grudnia 2018 r., to 1 stycznia 2019 r. będzie miało już 2 lata, mimo że na świecie żyje tylko dwa dni. To pewnie jeden z powodów, dla których koreańczycy tak pielęgnują kult młodości.

BEZ MAPY

Google Maps w Korei nazywane jest pieszczotliwie aplikacją widmo. Kiedy o tym czytałam, byłam przekonana, że to bzdury, dlatego moje zdziwienie po wylądowaniu w Seulu było autentyczne. Aplikacja Google Maps po prostu zniknęła z mojego telefonu. To było trochę przerażające, zwłaszcza że czytałam wcześniej, iż niektóre teorie mówią o tym, że nawigacja Google Maps jest blokowana celowo, aby uniemożliwić północnym sąsiadom dokładniejszą inwigilację. Jedynym zastępczym rozwiązaniem jest aplikacja Never, która nie posiada nawigacji pieszej, ani rowerowej. To było bardzo uciążliwe i sprawiło, że miałam poczucie uzależnienia od map Google w telefonie. Także wdzięczność na dziś: Google Maps.


POWIEDZENIE KOREAŃSKIE

Chata zaczyna, się starzeć od płotu, a człowiek od głowy.

Cała historia związana z Koreą Południową zaczęła się jednak jeszcze w Polsce przy okazji Researchu do programu telewizyjnego. Wtedy właśnie miałam okazję, poznać Koreę szukając niestandardowych informacji na temat kraju. Przeglądałam Internet w poszukiwaniu ekstremalnych doświadczeń, jak również szalonych miejsc, które dla widza będą ciekawe. Korea już wtedy mnie zafascynowała, choć wiedziałam, że w ciągu kilku dni nie uda się zobaczyć wszystkiego. Jedną z rzeczy, na których najbardziej mi zależało było doświadczenie próbnego pogrzebu. I trochę za moim pośrednictwem bohaterowie mogli ten rytuał przeżyć.

ZOBACZYĆ SEUL I UMRZEĆ

Według statystyk, w roku 2009 w Korei Południowej skutecznych samobójstw doświadczyło 40 osób dziennie (!), z czego 30% to ludzie powyżej 65 roku życia. W 2015 roku ta liczba wyniosła 25 osób na 100 tysięcy mieszkańców. Nie bez powodu mówi się, że Korea to kraj samobójców.

Masz dość swojego życia? Nieustanny wyścig szczurów Cię wykańcza? Połóż się w trumnie! To nowy sposób walki Korei Południowej z plagą samobójstw. Taka terapia szokowa ma pomóc choremu otrząsnąć się i odzyskać radość życia. Korzystają z niej całe firmy, wysyłając do trumny swoich pracowników.

Motyw śmierci podobnie jak motyw życia towarzyszy nam nieustannie. Ale kiedy pierwszy raz o tym usłyszałam, byłam zszokowana, jednak jeśli taki sposób działa, to nie ma powodu się temu sprzeciwiać. To trochę tak jak z docenianiem rzeczy po ich utracie. Często jest tak ze zdrowiem, miłością, przyjaciółmi czy rodziną. Uważam, że autor tego pomysłu jest mistrzem świata. W sposób ekstremalny, ale jednak, dał możliwość ludziom doceniania swojego życia. Poprzez spisanie testamentu, człowiek ma możliwość zauważenia, co tak naprawdę jest ważne, jak dużo posiada i jak wiele jeszcze może zrobić. Zamknięcie w trumnie, to doświadczenie poczucia strachu i pustki, najgorsze z możliwych, ale sprawiające, że nie tego chcemy w życiu. Marzyłam o tym, żeby się tam znaleźć, żeby poczuć to miejsce i tę energię na własnym ciele. Jest to wyjątkowe, południowokoreańskie doświadczenie. Inne miejsca na świecie mają różne relacje ze śmiercią. Jednak usłyszymy w nich raczej, że należy udać się do psychologa.

Upalne popołudnie. Wraz z ekipą telewizyjną znajdujemy się w biurowcu Hyowon Healing Center w Seulu. Na czwartym piętrze jest miejsce wypełnione drewnianymi trumnami. Tej energii nie da się opisać, czuje się jakiś nieokreślony strach, ale też poczucie radości z życia, że ono jest, że ja mogę tego doświadczać. Nie mam problemu z docenianiem, ale w tym momencie jeszcze bardziej jestem wdzięczna za życie.


POWIEDZENIE KOREAŃSKIE

Aby rano zobaczyć księżyc, nie trzeba nań czekać od wieczora.  

To nie nowy projekt rakiety odrzutowej. To Signiel Seoul, operated by LOTTE Hotels & Resorts. Ale to przede wszystkim miejsce, w którym można poczuć się obrzydliwie bogatym.

Mieszczący się pomiędzy 76. i 101. piętrem wieżowca Lotte World Tower hotel Signiel Seoul oferuje 235 pokoi z panoramicznym widokiem na Seul. Ten pięciogwiazdkowy obiekt dysponuje barem serwującym szampana, wyróżnioną gwiazdką przewodnika Michelin restauracją, krytym basenem, centrum fitness i zapleczem bankietowym. Podziemne przejście łączy go bezpośrednio ze stacją metra Jamsil (linia 2 i 8). We wszystkich pomieszczeniach można korzystać z bezpłatnego szybkiego WiFi.

Cena pokoju typu Deluxe Suite z widokiem na miasto na 101 piętrze to koszt ponad 4000 zł za osobę za noc.

Widok rzeczywiście zapierający dech w piersiach. Praca w takich warunkach wydaje się być spełnieniem marzeń i była, choć teraz zrobiłabym to w innym charakterze. Jestem przekonana, że jeszcze przyjadę do tego hotelu jako gość, robiąc własne interesy w Seulu.

K-POP – SZALEŃSTWO NA POKAZ

W Stanach Zjednoczonych było Destiny’s Child i The Pussycat Dolls, w Polsce Queens, a w Wielkiej Brytanii Spice Girls. Te girlsbandy zyskały miłość setek tysięcy fanów na całym świecie. To było jednak w latach 90, potem trend zespołów minął, artyści zaczęli rozwijać swoje solowe kariery, a niektórzy całkowicie zrezygnowali z muzyki. Obecnie niesamowitą popularność i sukces zdobywają zespoły K-POP wywodzące się właśnie z Korei Południowej. Największe królowe popu sprzedają ponad 600 milionów płyt.

K-pop („k” czytamy jak „kej”) to koreański pop i połączenie tańca, electro, electropop, hip-hop i R&B, który powstał w Korei Południowej, ale rozprzestrzenił się w całej Azji (i teraz rozprzestrzenia się po całym świecie). Co istotne ta muzyka jest całkowicie zakazana w Korei Północnej pod karą pozbawienia wolności. 

Dla mnie k-pop to wysoka jakość produkcji muzyki i teledysków oraz zaskakujący trend na dziecięcą urodę, jak również promowanie wokalistów „od dziecka”. Mam na myśli wielki przemysł kryjący się za karierą młodych artystów. W Korei Południowej są specjalne bardzo drogie szkoły, które przygotowują do castingów do zespołów muzycznych. Rodzice, zamiast inwestować w intelektualny rozwój dziecka, szukają najlepszego managera. To dziwne, ale co ja tam wiem o wychowaniu albo może tak po prostu wygląda przyszłość?

Wraz z ekipą mieliśmy okazje być przy produkcji programu telewizyjnego należącego do jednego z najpopularniejszych zespołów muzycznych w gatunku K-POP MOMOLAND. Zespół pod piosenką, którą podlinkowuje obok, ma ponad 345 milionów wyświetleń. To niewyobrażalne. Więcej jednak jest szumu i na ten szum stawiają managerzy, niż to jest tak naprawdę warte. Samo spotkanie z zespołem Momoland kosztowało nas produkcyjnie kilkaset tysięcy złotych, a nie wniosło absolutnie nic.

WIECZNIE MŁODE MIASTO, KTÓRE NIGDY NIE ZASYPIA

Mam wrażenie, że ludzie w Korei Południowej są sfiksowani na punkcie wyglądu. Kliniki chirurgii plastycznej są dostępne niemal z ulicy. Można wejść, zeskanować twarz, zobaczyć jak będzie się wyglądało za 20 lat oraz jak będzie się wyglądało po zabiegu. Wszystko szybko i bezboleśnie. Są nawet poradniki i reklamy jak odjąć sobie kilka lat. Mężczyźni dodatkowo używają makijażu na co dzień. I to wydaje się być całkowicie normalne. A wszystko to, aby ludzi zaakceptowali inni ludzie, bo sami nie są w stanie tego zrobić. Tak jak ciężko jest im pogodzić się z rzeczywistością, tak trudno zaakceptować przemijanie.

Wieczorem jednak upijając w urokliwych barach, wszystko przestaje mieć znaczenie. Wiem, bo tego doświadczyłam na własnej skórze. To wszystko, co piszę wydaje się bajką, ale to projekt, który bardzo mnie stresował i był wyjątkowo trudny. Wszystko to na co amerykanie mieli ponad rok, ja musiałam wyprodukować w 2 miesiące. Przeszkodą był czas, ludzie i pieniądze. Żadne nerwy nie były tego warte. Teraz już wiem. Jednak wracając do tej nocy w urokliwym barze, to spędziłam ją z Rydią (fixerką z Seulu) oraz z Kasią Meciński, która pomagała nam zorganizować program w Japonii i Korei. Ta noc była najlepszym naładowaniem energii i nie miało znaczenia, że skończyła się nad ranem. Dopiero tej nocy poczułam się dobrze będąc wśród ludzi, z którymi mogę się śmiać i przez ten krótki moment nie oceniają mnie oraz chcą dla mnie dobrze.


POWIEDZENIE KOREAŃSKIE

Przed dobrocią i gwiazdy chylą głowę. 

Korea Południowa to kraj wielu skrajności. Mówi się, że to niebo przy piekle Korei Północnej, ale moim zdaniem nic nie jest czarno-białe. Mnóstwo tu zobaczyłam szarości, mimo że z każdej strony bije po oczach kolor. Rodzice w Seulu, mając dostęp do szerokiej wiedzy i informacji, wolą inwestować tylko w karierę taneczną i muzyczną dziecka. Kiedy w Korei Północnej dostęp do wiedzy jest ograniczony. Poprawianie wyglądu staje się tak powszechne, jak jedzenie obiadu. Kiedy w Korei Północnej podstawowe kosmetyki są niedostępne. I wreszcie docenić życie można tam, dopiero przeżywając własną śmierć. Kiedy w Korei Północnej ludzie umierają, nie wiedząc co to życie. Znowu utwierdziłam się w przekonaniu, że ludzie wszędzie są tacy sami. Pragną miłości, akceptacji i bycia potrzebnym. Tu w Seulu potrzebne jest jeszcze odrobinę dobroci, bo wszystko pędzi tak szybko, że ludzie przestają dostrzegać, że ktokolwiek jej potrzebuje.

Zapraszam do obejrzenia mojego krótkiego filmu opowiadającego o Korei Południowej. Kolejny wpis już niebawem o Indonezji. 


Hej, dużo czasu zajęła mi praca nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie to uzasadnienie, że moja praca ma jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.


 

Follow:

JAPONIA – KRAJ, W KTÓRYM MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ.

Czas czytania: 6 minuty

Życie czasami pisze scenariusze, których nigdy byśmy się nie spodziewali. Wysyła nas w miejsca, o których nie marzyliśmy. Stawia przed nami wyzwania, którym wydaje nam się, że nie podołamy. Dostarcza emocji, na które nie jesteśmy gotowi. Podpowiada rozwiązania, na które byśmy nie wpadli. Wystarczy tylko dać się prowadzić intuicji i być otwartym na wszystko, co pojawia się na naszej drodze. Najtrudniejsze i najbardziej wymagające sytuacje mogą wtedy otworzyć oczy i poprowadzić nas dużo dalej niż granice naszych możliwości. Bo dopiero, wtedy możemy przekraczać siebie i dokonywać tego, co niemożliwe. To egzamin, który wielu ludzi oblewa, bo ściąga odpowiedzi od ludzi wokół, nie sprawdzając, czy mają taką samą grupę pytań. Życie jednak to test, w którym każdy z nas ma inny zestaw i nie zawsze są to pytania, w których wystarczy zaznaczyć a, b lub c. Nie ma klucza, w który musisz się wpisywać, a im bardziej jesteś kreatywny, tym życie staje się bardziej otwarte.


Japonia to kraj, który nie był dla mnie nigdy celem. Nie marzyłam o poznaniu jego specyficznej kultury, a jedyna wiedza, jaką miałam, ograniczała się do lekcji geografii, sporadycznym jedzeniu sushi i książek poświęconym długowieczności. Wyprawa do Japonii odłożona była na półkę „może kiedyś, raczej nigdy”. Tym bardziej wyobraźcie sobie moje zdziwienie i strach, kiedy dowiedziałam się, że właśnie tam mam wyprodukować program telewizyjny. „Nie dam rady”, „Nie znam języka”, „To będzie porażka” to tylko kilka ze zdań, które krążyły po mojej głowie. Później pojawiły się nieśmiałe „Nie wiem jak”, „To będzie katastrofa” i „Umrę w podróży”. Żeby na końcu powiedzieć „A, co mi tam”, „Nie mam nic do stracenia” i „Nadal cholernie się boje”. Miałam dwa miesiące na przygotowanie programu, który amerykanie produkowali rok. Miałam budżet na sześć odcinków, taki jak amerykanie na jeden odcinek. Miałam zerowe doświadczenie w produkcji czegokolwiek za granicą pięknej Polski. I miałam wreszcie dużo nadziei i energii, żeby zrobić to najlepiej, jak potrafię. Pamiętam jak na egzaminie do Łódzkiej Filmówki, nie odpowiedziałam dobrze na żadne pytanie, ale powiedziałam, że jestem mistrzem wykorzystywania szans i mam dużo uroku osobistego, który jest niezwykle potrzebny w pracy kierownika produkcji. Tak jak dostałam się Szkoły Filmowej, tak znalazłam się w Japonii. Kraju, który sprawił, że po powrocie wszystko się zmieniło.


Nanakorobi yaoki

Jeśli upadniesz siedem razy, wstań osiem. 

Japonia nauczyła mnie przede wszystkim podnosić się po każdej porażce i pokazała, że dam sobie radę w każdych okolicznościach. Pokazała, że na świecie nie ma żadnych barier, ani językowych, ani religijnych, ani ludzkich. Udowodniła, że kiedy jesteś dobry dla ludzi, ludzie są dobrzy dla Ciebie. I kiedy potrzebujesz pomocy, dostaniesz pomoc. Kiedy wylądowałam w Tokio, spodziewałam się głośnego, nowoczesnego miasta nie do zniesienia dla europejki. Okazało się jednak, że Tokio to cisza i spokój. Tokio to bezpieczeństwo i samotność. Tokio to autonomia. Najgłośniejsze na ulicach są samochody i turyści. Ale Tokio to też miejsce, w którym okazało się, że mimo licznej ekipy zdjęciowej z Polski, jestem zdana tylko na siebie. To, co wydawało się, że mnie złamie, dało mi siłę. Pamiętam taką sytuację, kiedy w nocy po zdjęciach sama pojechałam metrem do centrum na Shibuya Station. To był taki piękny moment, kiedy mogłam pobyć sama i miałam szansę poznać miasto. Chodziłam między wąskimi uliczkami, obserwując tłumy przechadzających się ludzi. Jedni wracali z pracy, inni wychodzili na imprezę, samotni lub w grupach, zdobywcy świata, mieszkający w stolicy najbardziej rozwiniętego technologicznie kraju na świecie. Byłam małą dziewczynką, z wielkimi worami pod oczami, po kilku dniach zdjęciowych trwających po kilkanaście godzin. Cieszyłam się każdym światełkiem, sklepem i napotkanym wzrokiem drugiego człowieka. Aż wreszcie się zgubiłam. Zgubiłam się na końcu świata, tak naprawdę, że nie wiedziałam, gdzie jestem. Wpadłam w panikę i wtedy spotkałam parę młodych Japończyków, których zapytałam o drogę do hotelu. I wiecie co? Odprowadzili mnie niemalże do pokoju, trwało to prawie pół godziny. Zostawili wszystko, co mieli zaplanowane na ten wieczór, aby pomóc obcej dziewczynie, która pochodzi z miejsca, które niewidoczne jest na ich mapie. To był naprawdę mały gest, ale na tyle duży, że nigdy go nie zapomnę.


Powiedzenie Japońskie

Jedno dobre słowo może ogrzać trzy zimowe miesiące.

Tokio było duże, nowoczesne i absurdalnie pełne ludzi, a jednak wciąż przepełnione samotnością. Mimo to czułam się tam dobrze i bezpiecznie. Następnym przystankiem w produkcji programu telewizyjnego było Kioto. Tradycyjne, bajkowe i piękne. Drapacze chmur zamienione na wiekowe zakorzenione w tradycji niskie budynki ze specyficznymi dla Japonii dachami. Nowoczesne garnitury zostały zastąpione przez klasyczne kolorowe kimona. I ludzie jakby bardziej uśmiechnięci i spoglądający w górę, w przeciwieństwie do stolicy, w której większość wzrok wlepiony miała w ziemię. Pewnego dnia, kiedy odwiedzaliśmy jedną z najstarszych świątyń buddyjskich, położonych na wzgórzu odmienił się mój świat. Suchy las, wysoka temperatura i niewielka skromna świątynia, w której stacjonowało kilka osób. W scenariuszu zaplanowane było „oczyszczenie” głównych bohaterów, ja jednak dostałam tam więcej, niż mogłam się spodziewać. Kręciliśmy tam zdjęcia prawie cały dzień, kiedy nadeszła pora obiadu okazało się, że ja nie istnieje. Wszyscy byli ważni, ale nikt absolutnie nie przejmował się mną. To takie nowe uczucie. Chciałam zadzwonić do mamy i powiedzieć jej, że jest mi źle, nic dzisiaj nie jadłam, wszyscy wymagają ode mnie, ale nikt nie zapyta się, czy piłam łyk wody. Ale nie miałam zasięgu, może to i dobrze, bo wtedy właśnie miałam szansę przemyśleć, na czym polega mój zawód i mogłam pełnoprawnie rozpłakać się mówiąc sobie „nigdy więcej”. Nigdy więcej nie chcę pracować na tym stanowisku, nie chcę być odpowiedzialna za wszystkich, nie chcę, aby ode mnie wymagano, aby traktowano mnie źle za cenę, która jest niewarta. Płakałam jak bóbr, kiedy trzydzieści osób jadło obiad. Siedziałam na schodach zwinięta w małą kulkę i wtedy właśnie podszedł do mnie stary Japończyk ze świątyni i mnie przytulił. Nic nie mówiąc, a raczej mówiąc coś w swoim języku, którego, mimo że nie rozumiałam, to wiem, że chciał powiedzieć „jesteś silna, będzie dobrze, dasz radę, teraz jesteś mądrzejsza o to doświadczenie”. To była scena filmowa, ja płakałam, mówiąc po polsku, a on pocieszał mnie, mówiąc po japońsku i obydwoje – wiedzieliśmy. Tak mało mi wtedy dał, a tak bardzo mi wtedy pomógł.


Powiedzenie Japońskie

Słońce nie rozróżnia między dobrymi ani złymi. Słońce ogrzewa wszystkich po równo. Kto znajduje siebie samego jest jak słońce.

Nie wiem, jaka jest Japonia, ale wiem, jakich spotkałam tam ludzi. Wewnętrznie wolnych, żyjący tu i teraz oraz bardzo troszczących się o innych. Na pierwszy rzut oka zamkniętych w sobie, a jednak otwartych na innych. Pełnych pokory i wdzięczności. Gotowych do nauki. Potężnie pokornych i doceniających życie.

Wszystko, co jest nie do zabrania z Japonii, to jej ulotność, tajemniczość, umiejętność życia z wdzięcznością i całkowita obecność w nurcie przemijania. Coś, czego my, Europejczycy, uczymy się latami, czasami nigdy nie rozumiejąc. Czego nie dostrzegamy, bo jesteśmy tak zajęci sobą, że nie sposób tego zauważyć. W Japonii zobaczyłam uosobienie krótkości życia, docenianie tego momentu, którym życie jest.

Zapraszam do obejrzenia mojego krótkiego filmu opowiadającego o Japonii. Kolejny wpis już niebawem o Korei Południowej. 


Hej, dużo czasu zajęła mi praca nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis na facebookunapisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie to uzasadnienie, że moja praca ma jakiś sens. Dziękuję, że jesteś.


 

Follow:

SPOSÓB NA SUKNIE – DLACZEGO TO NIE BĘDZIE PROGRAM O SUKIENKACH?

Czas czytania: 4 minuty

Kiedy dowiedziałam się, że nasz girl power team production ma wyprodukować program o sukniach ślubnych, byłam średnio zadowolona. Wiadomo, kocham swoją pracę i włożę serce w każdą produkcję, ale tematyka ślubna? Naprawdę? Naprawdę program tego typu mają produkować dziewczyny, które ze ślubem mają wspólnego tyle, że kiedyś na jakimś były? Poza tym, co trudnego może być w realizacji programu o kieckach? A jednak Pani Producent od początku powtarzała, że będzie to wielkie wyzwanie. Niech Was zatem nie zwiedzie tytuł, bo było dokładnie tak jak przewidziała – to zdecydowanie moje największe wyzwanie zawodowe.

Nie – nie szyją się w nim suknie ślubne. Nie – nie pracowali przy nim ślubni zapaleńcy. Nie – nie występowały w nim puste dziewczyny, dla których liczy się tylko wygląd. I nie – nie było łatwo.


NIE SZYJĄ SIĘ SUKNIE ŚLUBNE

lydia-harper-252256

Choć z pozoru wokół nich kręci się cała historia. Choć nie szyją się suknie, ale szyją suknie niezwykle utalentowane krawcowe, które swoją pracą nieraz udowadniają, że z kawałków materiału można zrobić dzieło sztuki. Pod okiem niesamowitej projektantki Magdaleny Sochy-Włodarskiej powstają zaskakujące kreacje, które wraz z historią sukienki doprowadzają do ekstremalnych emocji i wzruszeń. Mam wrażenie, że sukienka w tym programie jest tylko symbolem, bowiem historie ludzkie toczące się wokół niej są kluczem w każdym odcinku. Materiał może być tylko kawałkiem szmaty, ale jeśli ten materiał ma niespełna 70 lat i przetrwał pokolenia to, czy ktokolwiek ma odwagę tak go nazwać. Jeżeli ten materiał nosi w sobie momenty szczęścia, wzruszeń, walki o marzenia i zalążki nowego życia to, czy jest to tylko sukienka, czy aż sukienka?

A jeżeli kobieta, ubierając nową suknię odzyskuje wiarę w siebie, nabiera pewności i staje się piękna to czy można tę magię spłycić do kawałka materiału?

Pewnie tak jak Tobie wydawało mi się, że tak. Ale trzeba to przeżyć, doświadczyć i obejrzeć, aby dowiedzieć się, że nie – to nie jest kolejny program o sukienkach ślubnych.


NIE PRACUJĄ ŚLUBNI ZAPALEŃCY

charisse-kenion-229492

Myślę, że oprócz teamu produkcyjnego większość ludzi pracujących przy tym programie to mężczyźni. Zarówno operatorzy, dźwiękowcy, montażyści, jak i większość ekipy realizacyjnej to wbrew wszystkiemu nie jest płeć piękna. Mieliśmy ponad pięćdziesiąt dni zdjęciowy. Budowaliśmy scenografie w studiu, ale i jeździliśmy po całej Polsce. I tu spotkało mnie kolejne zaskoczenie, mężczyźni nie tylko okazali się mieć fenomenalne wyczucie, ale i zdarzało im się płakać, kiedy pojawiały się naprawdę wzruszające momenty. Może to i lepiej, że nie tworzyli tego programu ludzie na co dzień zajmujący się tematyką ślubną, bo robiliśmy ten program z sercem i wyczuciem, a nie z suchą wiedzą. Pracowało przy tym programie prawie siedemdziesiąt osób, nie boję się napisać, najlepszych na rynku, począwszy od szefów studia, kierownika planu, runnera, pionu operatorskiego, dźwiękowego, genialną stylistkę, najlepsze wizażystki, fryzjerzy, obsługa planu i wiele innych osób, którym nie wiem jak dziękować, bo bez nich naprawdę nie powstałoby nic. I nie jest to przesadne czarowanie czy podlizywanie się tylko naprawdę szczera prawda. Nie wyobrażam sobie zrobić tego programu z innymi ludźmi.


NIE WYSTĘPUJĄ ZWYKŁE DZIEWCZYNY

jake-thacker-113197

Ślub dla wieku kobiet to jeden z najpiękniejszych dni w życiu. To zazwyczaj jedyny moment, aby poczuć się  naprawdę wyjątkową, aby wszystkie oczy były zwrócone na mnie, to dowód miłości i to wspomnienie, które pozostaje na zawsze. A jeśli ma zostać na zawsze, to powinno być idealnie. Ale przecież żadna z nas nie jest idealna i dziewczyny biorące udział w tym programie doskonale o tym wiedzą. To nie o perfekcyjność tutaj chodzi, a o uczucia, symbole i ideały. O przekazywanie wartości, o rodzinę, o tworzenie i o miłość. Zarówno tą nową, którą mają zamiar za chwilę przypieczętować, jak i o miłość do bliskich, o której nie mają zamiaru nigdy zapomnieć. To nie będzie Amerykański sequel, to będzie Polska walka o siebie.


NIE BYŁO ŁATWO

pro-image-photography-126737

Największym problemem zazwyczaj był czas, a raczej jego ciągły brak. Bywało jednak też bardzo niebezpiecznie, aż do stopnia interwencji policji i karetki pogotowania. Pracowaliśmy jednak w poczcie czoła jak mrówki – nic nie było w stanie nas złamać. Wiem jednak na pewno, że było warto, bo jeśli robimy program, w którym ktoś odnajduje siebie, ja odnajduje wspaniałych ludzi, a ludzie odnajdują szczęście, to chyba to jest właśnie praca z pasją.

Gdzie: TLC
Kiedy: 17.10.2017 
O której: 21:30
Follow:

„Misja pies” czyli jak się pracuje z Joanną Krupą?

Czas czytania: 4 minuty

Cały czas dostaje mnóstwo pytań o pracę przy nowym programie dla telewizji TVN pt. „Misja Pies”. W związku z tym, że kończymy powoli zdjęcia mogę zdradzić Wam tajniki mojej pracy oraz współpracy z Joanną Krupą, o którą dostaje najwięcej pytań.

Kiedy dostałam propozycje pracy jako kierownik produkcji przy programie na główną antenę TVN produkowanym przez firmę Golden Media bardzo bałam się podjąć wyzwanie. Nie dlatego, że obawiałam się, że sobie nie poradzę, ale dlatego, że wielkość przedsięwzięcia oraz tematyka programu były mi dotychczas obce.

„Misja Pies” to misyjny i wdzięczny program, który opowiada o adopcji psów oraz o kłopotach behawioralnych czworonogów, choć jak się przekonaliśmy wszyscy w ekipie głównie o problemach właścicieli. Program jest nie tylko rozrywkowy, ale i edukacyjny. My jako ekipa nauczyliśmy się przede wszystkim tego, że jak jest problem to jest rozwiązanie i , że problem jest zawsze w nas oraz w efekcie końcowym tego, że to od siebie powinniśmy zacząć naprawianie świata czy naszego czworonożnego przyjaciela.

andrew-branch-192535


Joanna Krupa – mistrz świata

890a873e6c23040c28a9cd8c75d8.1000

zdj. http://www.telemagazyn.pl/artykuly/misja-pies-joanna-krupa-rozpoczyna-swoja-misje-4-marca-w-tvn-wideo-zdjecia-55829.html

Często pytacie: jaka jest? jak się zachowuje? jak wygląda na żywo? Po ponad 30 dniach zdjęciowych mogę z całą pewnością stwierdzić, że Joanna Krupa jest mistrzem świata. Ta kobieta nie tylko jest piękna, niemal idealna, ale jest przede wszystkim profesjonalistką i człowiekiem o ogromnym sercu. W trakcie nagrywania programu mieliśmy do czynienia z bardzo trudnymi warunkami atmosferycznymi, zdarzało się, że nagrywaliśmy kilkanaście dubli na mrozie -13, Joanna Krupa wówczas z uśmiechem na ustach powtarzała wszystko o co poprosił reżyser. Oprócz wytrzymałości i cudownego charakteru jest również bardzo twórcza i utalentowana. Program reality show wymagał od nas niekiedy reakcji na zaistniałą sytuacje, Joanna Krupa odnajdywała się w każdych warunkach i potrafiła świetnie się do nich dopasować. Nigdy nie oceniała, zawsze była miła, serdeczna, uprzejma i niezwykle empatyczna. Takimi również ludźmi otacza się Asia. Fryzjer Łukasz Urbański oraz charakteryzatorka Gosia Urbańska to ludzie dzięki którym, zarówno moja praca, jak i praca całej ekipy była przyjemnością. Gosia oprócz tego, że zna wszystkie tajniki pięknego wyglądu potrafi również wesprzeć dobrym słowem, nawet, kiedy sytuacja jest trudna, a praca wymaga od nas zaangażowania kilkunastu godzin dziennie. Łukasz natomiast jest profesjonalistą w każdym calu, można na niego liczyć zawsze, a jego uśmiech sprawia, że się chce.

W całej produkcji programu zdarzyło się tak, że cała ekipa nie tylko okazała pełen kunszt w trakcie realizacji, ale świetnie dopasowała się do trudnych warunków pracy ze zwierzętami. Tacy ludzie na planie to istny skarb!


Dlaczego warto?

jesse-schoff-56768

W trakcie zdjęć spotykaliśmy się z wieloma sytuacjami, które bardzo często były wzruszające, jak uratowanie życia suczce o imieniu Lea, która skrzywdzona zmierzała błyskawicznie do śmierci głodowej, ale również niezwykle zabawnych jak pies szczekający na telewizor. Była uciekająca Akita, ale i szczeniak terroryzujący właścicieli. Behawiorystka i psi psycholog Aneta Awtoniuk czyniła cuda zarówno z psam, jak i z właścicielami. A Franciszek Paśko lekarz weterynarii pokazał, że pies wymaga tak samo wiele uwagi i zadbania jak każdy człowiek. Było dużo łez i dużo radości. Byliśmy między innymi w Gdańsku, w Poznaniu, w Płocku, w Warszawie, czy w Mszanie Dolnej. Naprawiliśmy relacje wielu właścicieli psów, do dziś dostajemy informacje zwrotne od zadowolonych uczestników. Jeśli w życiu chodzi o naprawianie świata to mam poczucie, że poprzez produkcje programu „Misja Pies” zrobiliśmy wszystko, aby był on choć odrobine lepszym. Zobaczcie jak my widzimy tą zmianę i dajcie feedback czy warto.

simone-dalmeri-110419


Fajnie jest kochać swoją pracę i wykonywać ją z przyjemnością. Jestem ponadto wdzięczna, że poznałam tak cudownych, wartościowych i zdolnych ludzi, że dostaje informacje zwrotną, że jest dobrze oraz, że moja producentka Joanna Romanowska tak bardzo we mnie wierzy każdego dnia.

Dziękuje Wam również za wszystkie smsy, komentarze, snapy i za to, że jesteście, kibicujecie i oglądacie efekty naszej pracy.

Zrzut ekranu 2017-03-06 o 21.16.30

Jeśli przegapiliście pierwszy odcinek łapcie: http://player.pl/programy-online/misja-pies-odcinki,5066/

Follow: