CZASEM TRZEBA ODPUŚCIĆ

Mentorzy tego świata mówią jednym głosem: „Nie poddawaj się, nie odpuszczaj, nie rezygnuj, bądź cierpliwy i wytrwały, bo tylko wtedy jesteś w stanie osiągnąć sukces”. I pewnie jest w tym trochę racji, bo rzeczywiście jak się coś kocha, a intuicja podpowiada, że nie można inaczej, wtedy warto nawet w najtrudniejszych chwilach zacisnąć zęby i iść dalej. Jednak częściej jest tak, że ta ścieżka po drodze przestaje nam się podobać, dawać satysfakcje i już dawno nie wiemy, gdzie właściwie zmierzamy. Mimo tego poczucia nie możemy przecież się zatrzymać lub nie daj Boże cofnąć, bo poniesiemy sromotną klęskę. Nawet mój tata wiele razy powtarzał mi, że mając słomiany zapał, nigdzie nie dojdę. A ja tato doszłam tu, gdzie jestem, bo próbowałam po drodze tak wielu rzeczy, że dziś wiem dokładnie, czego nie lubię, a w czym jestem dobra.

Wciąż jednak nie umiemy rezygnować, bo co jeśli pomyślą, że jesteśmy przegranymi. Nie potrafimy też szukać gdzie indziej, bo przecież to znaczy, że się poddajemy. Nie chcemy odpuszczać, bo wyjdzie na to, że nie mamy siły.


ONI MAJĄ TO GDZIEŚ

Absolutnie wszystko kręci się wobec oczekiwań, które stawiamy sobie, w obawie przed tym, co pomyślą inni. Działamy pod dyktando ludzi, próbując sprostać tendencji stworzonej i wypromowanej przez social media, marketing i reklamę. Oliviero Toscani, genialny włoski fotograf oraz autor książki „Reklama — uśmiechnięte ścierwo” w 1994 roku powiedział: „Żyjemy w strachu. Jesteśmy postludzkością i nie akceptujemy innej prawdy niż ta pojawiająca się w telewizorze”. 15 lat później wystarczy zamienić telewizor na internet i zdanie to, jest nadal aktualne oraz ponadczasowe. Rzeczywiście jedyna prawda, jaką wyznajemy to ta, którą oglądamy na instagramie. Musi być pięknie, minimalistycznie, idealnie. Czasami zabawnie, intrygująco lub kontrowersyjnie. Ale najważniejsze, żeby ktokolwiek na to reagował, wierzył w to, udostępniał, doceniał, podawał dalej. Godziny spędzone na stylizacjach, lokacjach, przeróbkach i odpowiednich filtrach to gwarancja na podziw ze strony innych. Poddajemy się temu w większości, powoli ograniczając się na tyle, że nie jesteśmy w stanie postawić kroku, jeśli nie jest on odpowiednio przeanalizowany pod kątem tego, jakie emocje wzbudzi oraz czy spodoba się innym użytkownikom. Wreszcie czy wzbudzimy podziw na tyle, aby kupowali, to, co im proponujemy, za co ktoś nam zapłacił i z czego właściwie żyjemy, nie zastanawiając się już nad tym, czy to jeszcze jestem ja, czy już postać, którą wykreowałam.

Niedawno jednak zdałam sobie sprawę z tego, że ludzie mają to gdzieś. Jedni dosłownie mają gdzieś w poważaniu czy coś do siebie pasuje, czy jest wymuskane, ładne i błyszczące oraz w ogóle kim jesteś, co sobą reprezentujesz i co u ciebie. A inni mają gdzieś głęboko w umyśle zakodowane, że jeśli będę taki jak inni, to będę tak samo lubiany, szanowany, doceniany i akceptowany. I tak żyjemy od relacji do relacji, szukając akceptacji u innych, bo wmówiono nam, że będzie to gwarancją akceptacji siebie.


WOJNY NIEWARTE ZACHODU 

Przez połowę życia toczyłam wojny o to, aby ludzie byli zaangażowani w życiu tak jak ja. Przegrywałam walki, mierząc innych swoją miarą. Nie rozumiałam, jak można zachowywać się w taki czy inny sposób, olewać sprawy, być nieuporządkowanym, niezorganizowany i nierzetelnym. Wściekałam się, że komuś nie zależy tak bardzo, jak mi, nie robi wystarczająco dużo. Dostawałam białej gorączki, gdy ktoś nie był przygotowany, kiedy ja poświęcałam godziny, aby nie zawieść innych. Co za gówno! To przecież opis człowieka, którego oczekiwania przerastają intelekt. Jest mi trochę przykro, że straciłam tyle nerwów, żeby to zrozumieć. Tak czy inaczej, zdałam sobie sprawę, że jedyną osobą, której akceptacji powinnam oczekiwać, jestem ja sama.

Ludzie są różni i nikt nie jest taki sam jak ja. I to jest pieprzona zaleta życia. Jeśli mam problem, z tym że ktoś nie daje z siebie wystarczająco dużo, to jest mój problem, nie tego gościa, od którego ja oczekuje, żeby był taki, jak ja sobie to wyobrażam. Spalałam się, próbując zmienić ludzi wokół, zamiast pozwolić wszystkim być takimi, jakimi chcą. Mama ma takie powiedzenie, że czasami trzeba dać sprawom się toczyć. Są rzeczywiście momenty, w których nie należy nic robić, a jedyne co jest słuszne to odpuszczenie. I długo ze sobą walczyłam, myśląc, że to poddanie się aż zrozumiałam, że umiejętność odpuszczania wiąże się z życiem w zgodzie z sobą i słuchaniem własnej intuicji. Odpuszczanie niekiedy może być bardziej opłacalne niż ślepe dążenie do celu. Czasami coś, co nam nie wychodzi, może być po prostu dla nas złą decyzją, ale zawzięcie próbujemy dalej to osiągnąć i nie widzimy, że marnujemy cenny czas. Odpuszczanie to zupełnie coś innego niż poddawanie się. To często zrobienie przestrzeni na nowe.


ZDANIE SIĘ ZMIENIA

Zastanawiałeś się kiedyś: Po co mi to wszystko? Na przykład wtedy, kiedy przesoliłeś jedzenie, albo kiedy randka w ciemno okazała się porażką lub gdy jedyne co chciałeś odpowiedzieć szefowi na prośbę o kolejne nadgodziny to: chętnie, ale mam ważniejsze rzeczy na głowie. A mimo to robiłeś wszystko tak jak zawsze, w myśl bycia profesjonalistą, który jak się za coś bierze, to choćby ziemia się waliła i choćby miał się zaharować na śmierć, zrobi to. Nie wiem kiedy, gdzie i jak ale stworzyliśmy w swoich głowach pewną i stabilną drogę. Jest cel, więc trzeba do niego dążyć. Bez zastanowienia, czasem bez motywacji i pomysłu. Bo tak wypada, bo ktoś kazał myśleć nam, że tak trzeba, że to kolejny etap naszego życia. A przecież zdarza się tak, że pewne pomysły na fali startu wydają się być genialne, ale potem okazuje się, że przybrały formę, która nie jest już nasza, nie zgadzamy się z nią.

I tak trwamy zafiksowani w tej pracy, która zjada nam życie, w miłości bez miłości i życiu, bo trzeba żyć. Wciąż walcząc albo o siebie, albo o projekt, zespół, inne życie, nie mając odwagi przyznać, że to, co wybraliśmy, zrobiło nam krzywdę, lub, że zyskaliśmy w jednej cząsteczce naszego życia, tracąc niemal wszystko w innych jego aspektach. Nie potrafimy przyznać się do błędnych wyborów lub zaakceptować, że to, co kiedyś było dla nas dobre, dzisiaj już jest prawdą nieaktualną.


TO JEST W PORZĄDKU

W życiu nie ma zbyt wielu przymusów, za to jest naprawdę dużo możliwości. Czasami można mieć olbrzymie cele, które powoli prowadzą do frustracji i niepokoju, bo ciężko poczuć się dobrze, jeśli wszystko, co się zaplanowało, jest nieosiągalne. Nie zawsze bowiem można zaprojektować swoje życie, mieć wszystko poukładane lub czuć się tak, jak bohater bollywoodzkiego filmu, który idzie przez miasto, a wszyscy dookoła zaczynają razem z nim śpiewać i tańczyć. Czasami w trakcie nawet genialnego planu potrzebna jest przerwa, może cofnięcie się, może poświęcenie czegoś, a może odpuszczenie. Jedno jest pewne, bez względu na wszystko trzeba czasami stanąć przed lustrem i zadać sobie pytanie: czy to nadal jestem ja, czy osoba, którą kreuje, aby inni mnie akceptowali? Czy ja siebie lubię takiego, jakim pokazuje się innym? Czy moja prawda jest zgodna z tym, co dzieje w moim życiu?

Follow:
Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *