GDYBY ULICE UMIAŁY MÓWIĆ

Czas czytania: 7 minuty

Jest rok 2020 r. na ulicach pustki. Jeśli jednak pojawiają się pojedyncze postacie, to ludzie omijają się szerokim łukiem. Sklepy święcą pustkami. Nie istnieje kino, teatr i muzeum. Nie można leniwie pójść na śniadanie do restauracji ani na do kawiarni poczytać czy poobserwować ludzi. Place zabaw zaklejone są czarną taśmą. Autobusy jeżdżą do połowy puste. Nie możemy spotkać się z rodziną, pocałować mamy, ani przytulić taty. Nie ma mowy o podróżowaniu, ani nawet planowaniu jakiegokolwiek wyjazdu poza kraj. Zakazane jest pójść na basen, spotkać się z przyjaciółmi czy poleżeć na plaży i złapać trochę słońca. Wiele osób nie pracuje, sporo nie wie, jak przeżyje kolejny miesiąc, a ci, którzy mogą wypełniać obowiązki, oddzieleni są od ludzi wielkimi plastikowymi szybami. Niektórzy nawet kontaktują się jedynie telefonicznie. Ludzie zakrywają twarze, więc ich zamiary i intencje można wyczytać tylko z oczu. A to niełatwe, nie uczono nas tego w szkole. Zakazane są bliskość i dotyk. Nie można pójść do lekarza, chyba że zostanie się zakwalifikowanym jako przypadek nagły. Nie słychać dzieci bawiących się dworze, ani nawet pana pod wpływem alkoholu, który się awanturuje. Nie ma głodnych bezdomnych ani Rumunek z dziećmi proszących o pieniądze. Bo pieniędzy też ma, są tylko wirtualne. Można natomiast zamawiać online, wszystko, co online można kupić, szkoda, że nadal nie można kupić online bliskości — może to nisza, którą odkryłam. Można też rozmawiać przez telefon — klasycznie albo video. Można czytać książki, oglądać filmy i słuchać głośno muzyki. Można napisać wszystko o wszystkim i wreszcie wziąć udział w dyskusji, wyrażając swoją opinię na każdy temat. Można pomagać online, nawet jeśli w realnym życiu się tego nie robi. Można ćwiczyć w domu i ćwiczyć cierpliwość układając puzzle. Można wreszcie zrobić porządki i pozbyć się wszystkich niepotrzebnych rzeczy. Realny kontakt można mieć tylko z osobami, z którymi się obecnie mieszka. Nadal mamy również dzień i noc, które wyznaczają standardy jak żyć. Istnieje też internet i można wszystko tam przeczytać, nawet, że koniec jest bliski. Nie wiem, jaka jest definicja końca, ale siedząc w domu, czuje, że dotykam końca koniuszkami palców, próbując wydostać się na ląd normalności.

Tej normalności, której nie docenialiśmy, nie zauważaliśmy, często nie chcieliśmy i na którą po wielokroć narzekaliśmy. To dostaliśmy stan wyjątkowy, bo przecież wielu z nas chciało, aby było magicznie, nieprzeciętnie i niesztampowo.

Witaj w kolejnym dniu zarazy. Mamy skażone ubrania, buty, telefony. Mamy brudne myśli i brzydkie opinie. Mamy świat zamknięty w czterech ścianach. Mamy także dużo miłości, którą chcielibyśmy podzielić się z innymi ludźmi. Ogrom tęsknoty, której chcielibyśmy się pozbyć. I hektolitry wiary, w to, że jeszcze będzie normalnie. Mamy też trochę nadziei, która brzmi: „Jak to się skończy, to..”.


GDYBY ŚCIANY MOGŁY MÓWIĆ

Nie wiem, jaki dzisiaj jest dzień, poniedziałek czy czwartek. Pory dnia definiuje śniadanie, obiad i czas po pracy. Po pracy Damiana, bo moja praca stanęła w miejscu. Było zostać jak on programistą albo jakimś innym specjalistą od internetu. Mogłam też osiągnąć karierę w social mediach i dziś prowadzić życie LIVE 24h mówiąc o tych kosmetykach, które przysłała mi firma. Mogłam zostać znaną bloggerką modową, która teraz w swoim dwupiętrowym lofcie proponuje stylizacje „po domu”. Mogłam być pisarką, która przy kubku kawy, wypatruje przez okno kolejnego rozdziału nowej książki. Mogłam być trenerką, która dziś za symboliczną kwotę poprowadzi ćwiczenia z domu, motywując swoich kursantów. Mogłam przecież, chociaż zostać wirtualną asystentką, która zarządza zadaniami i ustala priorytety swoich klientów (tak pisze w internecie). Albo kimkolwiek z przydomkiem -E: E-handlowiec, E-dietetyk, E-PRowiec. A już najbardziej żałuje, że nie zostałam księgową. Wszystko, co wydawało mi się nudne i bezwartościowe dzisiaj jest ciekawe i potrzebne. Kiedy przeczytałam w pewnej gazecie, że niedługo będzie tak, że będziemy się przebranżawiać co 10 lat, to pomyślałam, że to bzdura. A dziś już szukam kursów, dających mi zawód, który będę wykonywać za parę lat.

Gdyby ściany w moim domu mogły mówić, to zadałyby pytanie: Co robisz? I czy to, co robisz, jest wartościowe, czy tylko warte twoją wypłatę?

Gdyby ściany umiały mówić, zdradziłyby jeszcze, że odżywiam się zdrowo, ćwiczę i pije zamrożoną wodę o cudownych właściwościach. Modlę się, medytuje, czasami nawet tańczę. Polewam się ciepłą i zimną wodą na przemian, bo to podobno bardzo zdrowe. Dużo czytam i mnóstwo zadaje sobie pytań. Oczyszczam się z nienawiści, zazdrości i złości. Odkrywam w sobie małą dziewczynkę, która bardzo się boi, bo straciła całą kontrolę, którą miała. Najpierw oddając na pożarcie serce swojemu przyjacielowi, a później, oddając swoje poukładane życie, pod dyktando nieznanej zarazy. Dotychczas robiłam wszystko, aby być niezależną i aby mieć kontrolę nad każdym obszarem swojego życia. Ale może kontrola, w ogóle nie istnieje i dopiero uświadomienie sobie tego jest drogą ku wolności?

Lubię siebie, swój dom i lubię swoje życie, zwłaszcza teraz, kiedy jest w nim dużo spokoju, porządku, akceptacji i miłości. Ale w życiu najbardziej kocham innych ludzi, wyzwania, możliwości, podróże, wzloty i upadki, przekraczanie granic i mierzenie się ze słabościami. Więc jeśli byłaby szansa, to czy mógłbyś już sobie pójść koronawirusie?


GDYBY KTOKOLWIEK CHCIAŁ SŁUCHAĆ

Ze wszystkich lekcji, których nie nauczono nas w szkole, najbardziej nie rozumiem, czemu nie było słuchania? Jesteśmy dorosłymi, którzy ani nie umieją słuchać siebie, swojego serca, mózgu i ciała. Ani, co gorsza, nie umiemy słuchać innych. O słuchaniu intuicji i dostrzeganiu znaków szkoda nawet wspominać.

Epidemia koronawirusa to dla mnie, dziewczyny urodzonej w latach 90, nie boje się użyć tego terminu: zagłada. Nie przypominam sobie czasów, w których zakazane było pójście do szkoły, ba! musiałam tam chodzić, nawet jak byłam przeziębiona, bo u mojej mamy nie było usprawiedliwienia. Nie pamiętam zamkniętych kin, teatrów, galerii i parków. Nigdy bym nie pomyślała, że przyjdą czasy, w których kontakt z drugim człowiekiem będzie groził śmiercią. Nigdy nie musiałam aż tak bać się o życie bliskich. Jest rok 2020 i nastała wojna. Ciągle zadaje sobie pytanie: czemu to się stało?

Trochę czytam, słucham i oglądam. I mam wrażenie, że świat zwariował. Jemy ciągle zwierzęta, śmiecimy nadal bez wyrzutów sumienia, kupujemy bezustannie ubrania, marnujemy jedzenie i wreszcie dbamy o siebie wciąż za mało.

W raporcie Living Planet Report z 2018 roku dowiadujemy się, że: „Ziemia potrzebuje półtora roku na wyprodukowanie surowców, które zużywamy w ciągu roku. Oznacza to, że żyjemy na ekologiczny kredyt. Jeśli nic się nie zmieni, w 2030 r. będziemy potrzebować dwóch, a w 2050 prawie trzech kul ziemskich , by zaspokoić nasze potrzeby. Ponadto w przyszłości najprawdopodobniej zabraknie ziemi do wytworzenia wystarczającej ilości pożywienia czy papieru i materiałów budowlanych. Zgodnie z prognozami w 2050 r. może ona przekroczyć 9 mld. ludzi. Konieczne będą zmiany w diecie, wytwarzaniu i zużywaniu energii oraz wzmocnienie ochrony zasobów naturalnych.”

Czy to naprawdę przypadek, że pojawia się na świecie zaraza, która w ciągu dwóch miesięcy zainfekowała pół miliona ludzi, a 25 tysięcy pochłonęła bezpowrotnie? Chorują zwykli ludzie, celebryci, sportowcy, a nawet władcy państw. Nikt nie jest w stanie się przed tym uchronić. Wirus z Wuhan zniszczył nasze poczucie bezpieczeństwa i wolność. Podarował strach i niepewność. A mówi się, że koronawirus powstał na targu, gdzie można kupić żywe i martwe, gotowane, pieczone i surowe zwierzęta, o jakich nawet nie myślę, że można zjeść. Zanieczyszczenie, jakie Chiny powodują swoją masową produkcją, jest przerażające. Ale my nie chcemy o tym słuchać, bo my chcemy mieć tanio, smacznie, dobrze i na teraz. Jedna plastikowa torba, jedna słomka czy jeden wypad do KFC, to przecież jeszcze nie koniec świata. A właśnie okazuje się, że koniec. Nasze małe czyny wpływają na całość życia na Ziemi. Możemy zatykać uszy, odwracać wzrok, zasłaniać się wymówkami, że nie da się inaczej, ale jak to mówi moja mama: w życiu zawsze jest równowaga. I to, co dzisiaj jest twoją drobną wygodą, jutro może okazać się zagładą świata.

Gdyby ulice umiały mówić, byłoby nam wstyd. Gdyby ściany mogły mówić, byłoby nam niezręcznie. Gdyby ziemia mogła krzyczeć, ogłuchlibyśmy. A gdyby oceany mogły rozmawiać, to z pewnością płakałyby. Gdybyśmy jednak mogli tak naprawdę uważnie posłuchać tych, którzy mogą mówić. Gdybyśmy znaleźli moment (może właśnie teraz) i zechcieli wsłuchać się w siebie, zadając sobie pytanie: czy dobrze czynię? Gdybyśmy mogli złożyć sobie jedną obietnicę, zaczynającą się od: „Jak to się skończy, to..” I gdybyśmy mogli docenić tę normalność, będąc bardziej uważnym i wdzięcznym za to, co mamy. Nawet jeśli nie uratuje to świata, to na pewno mu nie zaszkodzi, a może sprawi, że będzie trochę lepszy.

Follow:
Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *