KUP MIESZKANIE, WYJDŹ ZA MĄŻ I PRZED TRZYDZIESTKĄ MIEJ PIERWSZE DZIECKO

To paskudne uczucie być wykluczonym z tłumu. Nie wpisywać się ramy. Być odludkiem, którego ciężko zrozumieć. Odstawać od normy, nie pasować do reszty, nie działać zgodnie ze schematem.

Boli zarówno w szkole, jak i w pracy, wśród znajomych, rodziny i jak gasną światła, kiedy zostajesz sam ze swoimi myślami.

Tak bardzo, za wszelką cenę chcemy być potrzebni, bo to sprawia, że życie ma sens. Choć wszyscy chcemy być oryginalni i niepowtarzalni, to tak naprawdę jesteśmy tacy sami. Bo w szkole nigdy nie mówiono, żeby być szczęśliwym, musisz to szczęście znaleźć w sobie. Nikt nie wspominał, że dobrze zatrzymać się i zastanowić czego naprawdę chcemy. Aby czuć się dowartościowanym, musieliśmy zasłużyć dobrą oceną, byciem lubianym w grupie, lepszymi rzeczami lub drugą osobą, która jest w nas wpatrzona jak w obrazek.


Miałam fajne dzieciństwo, bo tak mało było mi do szczęścia potrzebne, że nic mi w życiu nie brakowało. Zawsze byłam w centrum zainteresowania, lubiana w grupie, szybko w związku z chłopcem, który gdyby mógł, oddałby mi cały świat, nawet kiedy ten świat kończył się na pierogach z borówkami, które ukradkiem podkradał z domu, abym ja była szczęśliwa. Zawsze miałam blisko kogoś, kto stanął po mojej stronie, nieważne czy chodziło o wybór filmu w kinie, miasto, w którym zamieszkam czy racje, której nie miałam. To taki rodzaj uczucia, że dla świata możesz być nikim, ale dla tej jednej osoby jesteś najpiękniejszy, najmądrzejszy, najzabawniejszy — jesteś lepszy, niż w rzeczywistości, a wtedy chcesz jeszcze lepszym być.

Wszyscy byli zadowoleni i ja byłam w strefie stabilizacji, której wymagał ode mnie świat. 8 lat w związku, wspólne mieszkanie, pełna akceptacja mojej rodziny, planowany ślub na 15.08.2015. Praca na pełen etat (z pewną emeryturą w przyszłości), marzenie o dwójce dzieci, psie, zakupie domu i wakacjach w ciepłych krajach. W tym związku przeżyliśmy tyle dobrych i złych rzeczy, że wydawało się, że tak wygląda życie i już nic nie jest w stanie nas poróżnić.

I gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, to… nie wiem, gdzie bym teraz była, ale na pewno spełniłabym oczekiwania całego świata wobec siebie. Byłabym żoną, matką, w domu, który starałabym się wypełnić miłością.


Ale pewnego dnia przypomniałam sobie, że jak byłam mała, to chciałam być prezydentem. Zawsze chciałam więcej. Nigdy w domu nie miałam monotonii i przysięgałam, że nie będę jej mieć. Chciałam, żeby słuchały mnie tłumy, bo byłam na tyle bezczelna, żeby twierdzić, że jestem najlepsza i zawsze mam racje. Nie rozstawałam się ze sceną, bo ona dawała możliwość mówienia wieloma głosami. Miałam w sobie zawsze tak dużo empatii, na tyle, że czasami zastanawiałam się czy nie dostałam też porcji empatii mojego brata (co często jest ogromnym ciężarem). Marzyłam o tym, żeby zostawić coś po sobie światu, co sprawi, że zostawię go lepszym, niż teraz. Wybierałam zawsze jakieś kręte ścieżki, w których gubiłam się, traciłam czas, popełniałam nieodwracalne błędy i szłam pod wiatr. Nigdy nie chciałam być taka jak inni, dlatego, kiedy panowała moda na kolczyki w języku i pępku, ja obiecałam nigdy sobie ich nie zrobić, kiedy dziewczyny nosiły czarne bluzy, ja ubierałam różowy sztruksowy żakiet, jak moi rówieśnicy odrabiali lekcje, ja pisałam pamiętniki, a gdy wszyscy po liceum poszli na studia, ja wybrałam szkołę aktorską. Wreszcie, kiedy oni szukali pierwszej pracy, ja miałam już trzecią w innym mieście.


I cały plan jak domek z kart legł w gruzach. Zawiodłam wszystkie oczekiwania świata i innych ludzi, nawet mojej rodziny wobec mnie. Wybrałam niepewność, mieszkanie w kawalerce i umowę o dzieło. Byłam przekonana, że będzie banalnie prosto, bo takimi szalonymi chłopcami, podobnymi do mnie jest wypełniony cały świat. Więc szaleńczo się zakocham, objedziemy razem cały świat, tak aby niedługo naszym dzieciom pokazywać wszystko, co do zaoferowania ma świat.

I też nie wyszło. Tyle tylko, że świat krzyczy głośniej i zalewa mnie pytaniami: gdzie Twój mąż? Kiedy będziesz miała chłopaka? Co, nikt cię nie chce? Musi być z tobą coś nie tak, skoro nikogo nie masz? Oraz a kiedy ty dzieci chcesz mieć? Czy wiesz ile masz lat? Ja w twoim wieku miałam dwójkę? Najzdrowsze dzieci rodzi się przed trzydziestką… ale będziesz starą mamą… jak również od 10 lat wynajmujesz mieszkanie? Wiesz ile byś już miała spłaconego kredytu? Wynajmowanie się nie opłaca.. i też ty sobie składki na emeryturę odkładasz? Bo na starość, to nikt ci szklanki wody nie poda…


Ja pieprzę! Co ja mam odpowiadać? Tak. Bardzo chciałabym, aby ktoś mnie pokochał, chciałabym kogoś poznać, zakochać się, nie widzieć świata poza drugą osobą. Mieć kogo trzymać za rękę, z kim iść do kina, na kolacje i do łóżka. Bardzo chciałabym, aby moi rodzice byli dziadkami, chciałabym mieć trójkę wspaniałych zdrowych dzieci, być młodą mamą, która nigdy się nie starzeje i jest najfajniejszą mamą w przedszkolu. I naprawdę chciałabym mieć swój dom albo chociaż mieszkanie, móc pomalować ściany na kolor, o który marzę, wynająć moją przyjaciółkę Adę, aby zaprojektowała mi najpiękniejsze przestrzenie pod słońcem. Chciałabym mieć zmywarkę i dużą wannę, mozaikowe kafelki w kuchni i dużą biblioteczkę. I bardzo chciałabym mieć umowę o pracę, składki, urlop i możliwość zachorowania nie przychodząc do pracy. Premie, szczeble kariery, kartę multisportu i wolne weekendy.

Ale… nie mam. I nie mogę zadręczać się tym i nie możecie ode mnie oczekiwać, tego, co jest normą dla całego świata. To są akurat rzeczy, na które często nie mam wpływu, jak dzieci czy kochający facet. Choć jestem przekonana, że na pewno gdzieś jest ktoś, kto czeka na kogoś tak szalonego, jak ja (jeśli znacie kogoś takiego, to ja jestem chętna rzucić wszystko i iść na randkę). Świadomie jednak wybrałam pracę, w której może nie ma tych wszystkich korporacyjnych profitów, ale przychodzę do niej z pełną satysfakcją i przyjemnością. I jestem pewna, że ta praca właśnie da mi możliwość kupienia tego domu czy mieszkania, jak tylko będzie mnie na to stać. Bo nie stać mnie na spłatę kredytu bankowi w wysokości kilkuset tysięcy złotych. Stać mnie na to, aby wynajmować mieszkanie, ale nie stać mnie na ryzyko utraty zdrowia i stresu, bo brakuje mi jakiś nic nieznaczących papierków.


Więc jeśli nie masz mieszkania, męża i dziecka przed trzydziestką, to przybij piątkę i nie daj się zwariować, bo każdy ma swój własny czas. I zawsze jest odpowiedni czas na wszystko. I może, to jest czas, aby w sobie poszukać dziecka i nie brać wszystkiego, aż tak poważnie.

A tak w ogóle, to już tak do samej siebie, jeśli urodziłaś się, by być prezydentem, to czy widziałaś prezydenta użalającego się nad sobą, że jest sam, bez dzieci i mieszkania. Głupia TY!

Follow:
Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *