Madera – wyspa przekraczania granic.

Czas czytania: 13 minuty

Image

POSŁUCHAJ

Ostatnio dużo czytam o uważności, dostrzeganiu i pozwoleniu życiu po prostu się dziać. Jak wracam do momentów z przeszłości, w których odpuszczałam kontrolę, okazuje się, że spotykały mnie najfajniejsze rzeczy. Tak było w przypadku Madery. Pewnego dnia Agnieszka, moja koleżanka z przedszkolnych i szkolnych lat zadzwoniła do mnie, aby zaproponować wyjazd na Maderę. Widziałyśmy się już jakiś czas wcześniej i nasz przedszkolny dobry kontakt wrócił w kilka minut, nie mniej jednak byłam trochę zdziwiona tą propozycją, mimo że z ust Agi brzmiała ona podwójnie dobrze. Agnieszka, czyli @hands_up_travel skończyła turystykę i bardzo dużo podróżuje. Jej wyprawy w góry są imponujące, bardzo ją podziwiam i jestem z niej dumna. Wyjeżdża w każdej wolnej chwili i zdobywa nowe szczyty.

Serce mocniej mi zabiło i pomyślałam: czemu nie? A później włączyłam mózg, który już nie był taki podekscytowany. Bo właśnie zawalił mi się sufit na głowę w mieszkaniu, które wynajmuje, więc czeka mnie przeprowadzka. To czas i koszty. Dodatkowo praca, w której muszę być na 200%, bo jesteśmy zaraz przed startem zdjęć. A gwoździem do trumny były przeczytane fakty o Maderze i krążące legendy o niebezpiecznym locie. Ale moje serce biło szybciej, niż myślał mózg, ani się obejrzałam, jak wpłacałam zaliczkę na wyjazd.

Stało się! Lecę do mojej ukochanej Portugalii, z dwoma wspaniałymi kumpelami z przedszkola i niczego się nie boję. Czy to nie brzmi super?


Dlaczego Madera?

Zacznijmy jednak od początku, czyli od miejsca. Madera należy do Portugalii i nazywana jest wyspą wiecznej wiosny lub zielonym podzwrotnikowym rajem. Temperatury wahają się od 16 stopni w okresie zimowym do 25 w okresie letnim. Kierunek ten nie jest zbyt często wybierany przez turystów ze względu na to, że zmusza wręcz do aktywnego wypoczynku. Chodzenie wzdłuż lewad, pływanie w naturalnych basenach, piesze wędrówki na szczyty czy dżungla pełna roślin i wodospadów to normalne aktywności na Maderze. Zamiast sukienek i szpilek, zabrałyśmy z dziewczynami wygodne buty, bluzy i plecak.

Maderę na co dzień zamieszkuje dwieście sześćdziesiąt tysięcy szczęśliwych ludzi. Mówi się, że wyspa jest idealnym miejscem dla emerytów, ale moim zdaniem Madera to ludzie, którzy nigdzie nie pędzą i cierpliwie uprawiają swoje schodkowe pola oraz ziemie stworzoną do przekraczania granic. I tych fizycznych i tych we własnej głowie.


Granica pierwsza: lot.

Zapomniałam tylko, że boję się latać. Boję się nie z powodu wysokości, ale z powodu braku kontroli. Oddaje swoje życie w ręce człowieka, którego nie znam, nie wiem kim jest, jakie ma problemy i czy przypadkiem dziś nie odechce mu się żyć. Co gorsza, lądowanie na Maderze, to nie lada wyzwanie. Madera jest bardzo górzystą wyspą, na której ciężko znaleźć płaski kawałek ziemi, dlatego lotnisko w Funchal zbudowane jest na wybrzeżu. Lądujący samolot musi zawrócić przy pasie i lecieć równolegle do linii brzegowej, a następnie konkretnie wycelować w pas lotniska, który zaczyna się na sporej wysokości nad wodą. Jeśli wybiera się ten kierunek lepiej nie oglądać filmów w Internecie, które pokazują lądowania samolotów na Maderze. Ja o tym nie wiedziałam. Będąc w samolocie, mocno się modliłam, próbując się uspokoić, ale nie było to łatwe. Aga pomagała mi, ciągle trzymając za rękę. Kiedy samolot podchodził do lądowania, czuć było wiatr, który zdawał się przejąć kontrolę nad maszyną. Ze statystyk wynika, że lotnisko jest bezpieczne, ostatnia katastrofa lotnicza miała miejsce w 1977 roku, kiedy Samolot lecący z Brukseli do Funchal rozbił się przy lądowaniu w trudnych warunkach atmosferycznych. W wyniku katastrofy śmierć poniosło 131 osób (125 pasażerów i 6 członków załogi), a 33 osoby zostały ranne. Też tak macie, że zastanawiacie się, jak to jest możliwe, że 33 osoby przeżyły wypadnięcie samolotu z pasa startowego i zsunięcie się ze stromej skały 61 metrów w dół. Maszyna dodatkowo przełamała się na dwie części i stanęła w płomieniach. Zawsze wtedy myślę sobie jakimi szczęściarzami muszą być ci ludzie, choć jestem niemal pewna, że z moim szczęściem byłabym wśród nich.

Pewnie dzięki temu fartowi, tego dnia warunki pogodowe były bardzo dobre, choć lądowanie i tak było odczuwalne. Spokój jednak poczułam nie wtedy, kiedy samolot dotknął pasa, ale dopiero, wtedy gdy całkowicie się zatrzymał.


Granica druga: poranki.

Nie jestem mistrzynią wstawania rano i niewiele niestety widziałam w życiu wschodów słońca. Obiecuje sobie, że to się mocno zmieni. Na Maderze jednak wszystko przyszło jakoś naturalnie. Mieszkałyśmy z Asią i Agnieszką w hotelu Dorisol Mimosa Studio Hotel i dzięki znajomościom Agi miałyśmy przepiękny widok na ocean. Mieszkałyśmy na 10 piętrze w 11 piętrowym budynku, wyżej był już tylko dach, do którego miałyśmy dostęp. I to właśnie dach stał się moim miejscem medytacji i ćwiczeń z rana. Starałam się wstawać na wschód słońca, który był zjawiskowy, w każdym razie na tyle wcześnie rano, że dziewczyny jeszcze spały. To był czas tylko dla mnie. Bez telefonu, bez ludzi, bez odgłosów miasta. To w tym miejscu zdecydowałam, że chcę rozpocząć nowy etap. Nie wiedziałam jeszcze jaki, ale nowy.


Granica trzecia: drogi.

Prawo jazdy mam od 13 lat. Nigdy nie spowodowałam wypadku. Skromnie uważam, że jestem bardzo dobrym kierowcą. Umiem zachować się w różnych warunkach, bez względu na pogodę czy nawierzchnię jezdni. Na wyspie jedynym dobrym wyborem przemieszczenia się jest samochód, dlatego jeszcze przed naszym przyjazdem ustaliłyśmy, z jakiej firmy wynajmującej skorzystamy. Samochód podjechał do nas pierwszego dnia pobytu i ten mały Renault Clio był niezawodnym towarzyszem tej podróży. Wszystkie trzy lubimy jeździć samochodem, dlatego miałyśmy plan zmieniać się regularnie. Plan planem, a jak przyszło do jazdy, to już nie było tak kolorowo. Drogi na Maderze są najtrudniejszymi, jakie w życiu widziałam. Nigdy nie spotkałam się z tak ostrymi zakrętami na tak wąskiej ulicy, tak stromymi zboczami i tak niebezpiecznymi podjazdami w górę. Miałam poczucie, że zaraz zginę co najmniej 50 razy. Kiedy przychodziła moja kolej na prowadzenie noga pod górkę trzęsła mi się jak galareta. Przy zakrętach widziałam upadający w przepaść samochód. A jak dojechałam w jakieś miejsce, byłam cała mokra. Za to mistrzem świata była Aśka, jakby urodziła się na tych terenach. Niczego się nie bała, była uważna, ostrożna i czujna. Kiedy pytałam ją jakim cudem zachowuje spokój, mówiła, że jak przeprowadziła się do Londynu, to musiała sobie jakoś poradzić. Ja rozumiem radzenie sobie, ale nie rozumiem dróg wyglądających jak z katastroficznych filmów. Takich wiecie, że oglądacie film i już jesteście przekonani, że tam się wydarzy wypadek. Nie mniej dałam radę i mogę powiedzieć głośno, że prowadziłam samochód na Maderze. Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem bardzo dobrym kierowcą, bo po tym, co widziałam mogę być jedynie przeciętnym kierowcą.


Granica czwarta: szczyty.

Zdobytych szczytów na wyspie było wiele. Byłyśmy na Pico da Torre, Ponta Do Pargo, Levada do Caniçal, Curral Das Freiras, Serra De Agua i wiele innych mniejszych przystanków z panoramicznym widokiem na wszystko. Chce jednak skupić się na dwóch najważniejszych dla mnie szczytach. To Pico do Arieiro i Pico Ruivo. Pico do Arieiro to trzeci co do wysokości szczyt na Maderze o wysokości 1818 m.n.p.m. Dla mnie jednak to najpiękniejszych wschód słońca, jaki widziałam. To wschód otoczony puchatymi chmurami. Ta droga poza bardzo wczesnym wstaniem, nie kosztowała nas dużo wysiłku, na sam szczyt można wjechać samochodem. I to porównałabym do takiego pięknego, bezproblemowego, spokojnego życia. Niby wczesne wstanie, niby trochę zimno, ale jednak zapierający dech w piersiach widok i to bez wysiłku. Ale jak to w życiu bywa, żadne nie jest idealne. Wtedy pojawia się szczyt Pico Ruivo – cały na biało (dosłownie).

Przygotowując się do wyjazdu na Maderę, nie miałam czasu czytać i zagłębiać się w to, co mnie tam czeka. Byłam odkrywcą cieszącym się małymi rzeczami. Nawet kiedy usłyszałam, że na szczyt Pico Ruivo idzie się średnio 6 godzin, nadal nic nie wzbudziło we mnie wątpliwości. Ah, gdybym wtedy wiedziała z czym się mierzę… najpewniej zostałabym na Pico Arieiro i podziwiała niesamowity widok. Dystans na pozór nie jest duży – 11 km, różnica wysokości – też nie. 1150m w górę i w dół. Niestety trasa to strome podejścia i zejścia. Czasami jest z górki, często pod górkę, a bardzo rzadko jest płaski teren. Idzie się po dróżce, która ma różne podłoże. Kamienie, piasek, trawa, tunele, woda, ciemność, strome metalowe schody i zbocza bez barierek – brzmi jak film grozy, a to tylko wchodzenie na szczyt. Cała trasa jest bardzo złudna – szlak zaczyna się bardzo przyjemnie, od zejścia w dół. Zupełnie jak w życiu, kiedy wydaje ci się, że jest z górki, nagle pojawia się strome wzniesienie, kiedy przez chwile jest płasko, pojawia się ciemny tunel pełen wody, kiedy myślisz, że to już koniec, że nie dasz rady dalej, pojawia się ktoś, kto podaje ci rękę.

Takim wsparciem były dla mnie moje dziewczyny. Obie wprawione są w chodzeniu po górach, ja przy nich zdobyłam jedynie osiedlowy pagórek i byłam nad Morskim Okiem. Aśka była moim wielkim wsparciem psychicznym i trochę takim przewodnikiem na tym szlaku. Ona pewnie pomyśli, że wyolbrzymiam, ale jej słowa sprawiły, że coś się we mnie odblokowało. Po pierwsze była przy mnie, mimo że ja szłam bardzo powoli i co chwile się zatrzymywałam. Po drugie jak się poddawałam i mówiłam, że nie pójdę już dalej, ona cierpliwie powtarzała: „Kaśka, zrób tylko jeden krok, nie liczy się, co jest za tobą i co jest przed tobą, tylko jeden krok” i tak szłam mówiąc w myślach „tylko jeden krok”. Sprytnie się jednak z Agą wymieniały wspieraniem mnie w największym wyczynie fizycznym w moim życiu. Aga nosiła mój plecak i swoją energią motywowała mnie, abym szła do przodu. I wreszcie zrobiłam to! Doszłam na sam szczyt, o własnych nogach, siłą własnej woli z pomocą innych. Tak chyba wygląda sukces w życiu. Nigdy nie czułam takiej satysfakcji i takiego szczęścia. To był spacer w chmurach, a nagrodą był oczyszczony umysł.

Bardzo jestem wdzięczna za tą wędrówkę, bo pokazała mi jak smakuje życie, i jak wygląda wychodzenie na szczyt. Teraz jak pojawiają się jakieś wielkie problemy – mówię do siebie po cichu: „Kaśka, zrób tylko jeden krok, nie liczy, się co jest za tobą i co jest przed tobą, tylko jeden krok”.


Granica piąta: woda.

Woda jest dla mnie najniebezpieczniejszym żywiołem. Prawdziwą jej siłę poznałam trzy lata temu, jak skoczyłam z 10 metrów ze statku do morza. Z pozoru fajna wakacyjna zabawa, ale dla mnie było to przeżycie, które miało tak silny wpływ, że jak sobie o nim przypominam, to oddycham trzy razy szybciej. Skoczyłam z dużą siłą, zanurzając się głęboko w wodzie i miałam poczucie, jakbym nie mogła się wydostać przez całą wieczność. Kiedy już się wynurzyłam, nie mogłam złapać oddechu. To był dla mnie prawdziwy horror. Na Maderze w porównaniu do tego to był tylko dreszczyk emocji, ale równie ciekawy, aby wspominać go swoim dzieciom.

Porto Moniz miasto, w którym znajdują się naturalne baseny wulkaniczne, wypełniające się wodami Oceanu Atlantyckiego. Powierzchnia basenów to 3800 m kw.. Robią one ogromne wrażenie, z pozycji widza (z daleka). Niestety nie wygląda, to jednak tak bajecznie, jak jesteś w środku. Baseny są bardzo głębokie, woda zimna, a fale rozbijające się o skały osiągają wysokość nawet kilkunastu metrów. Od samego początku było w tym miejscu coś przerażającego, miałam poczucie, że ludzie chcą okiełznać i bawić się z naturą, a ona mówi: „ej to mój teren spadajcie”. No i stało się. Moje przeczucia się sprawdziły.

Na zdjęciu powyżej widoczne są baseny z góry, my zajęłyśmy miejsce z lewej strony na betonie niedaleko wejścia. Rozłożyłyśmy ręczniki, obok zostawiłyśmy plecaki, ubrania, było sporo ludzi. Fale były duże i agresywne, ale stanowiły atrakcje dla turystów. Co odważniejsi zajmowali miejsce (na samym dole zdjęcia) pomiędzy granicą basenu a oceanem. Fale wznosiły się i pokrywały beton, tak, że ludzie wpadali do wody. I tak w kółko. My weszłyśmy do wody dosłownie na moment i to raczej przy „brzegu”. Po niespełna godzinie poprosiłam Agę, żeby porobiła mi trochę zdjęć. Odwróciłam się w stronę oceanu i w sekundę ogromna fala dotarła do nas z taką siłą, że wepchnęła nas i nasze rzeczy do basenu. Nie wiem, czy brzmi to tak, przerażająco, jak wyglądało na żywo, ale wszystkie najadłyśmy się strachu. Aga w dodatku straciła swój telefonu, który się zalał w wyniku tego wypadku.

Woda to bez wątpienia żywioł, z którym nie należy zadzierać.


Granica szósta: natura.

Natura w Portugalii jest fascynująca. Zachwycają tam wszechobecne kolorowe kwiaty, zielone pnącza, różne krajobrazy z zapierającymi dech w piersiach urwiskami i cudownymi wodospadami. Ocean jest wisienką na torcie. Byłam w Portugalii w okresie zimowym oraz letnim i zawsze odkrywa się ją od nowa, czując się tam po prostu dobrze. Spowodowane jest to pewnie spokojem mieszkańców, czystym powietrzem i dużą ilością słońca oraz zieleni. Madera mnie nie zawiodła. To miejsce nazywane Wyspa Kwiatów, których jest mnóstwo w różnych gatunkach. Symbolem Wyspy jest strelicja, nazywana rajskim ptakiem.

Imponującą roślinność można podziwiać w ukrytych w lasach lewady kanałach nawadniających, wzdłuż których powstało ok. 1400 km tras trekkingowych i spacerowych. Wędrując wśród bujnej roślinności, czułam się jak mała dziewczynka odkrywająca każdą roślinkę. Jednak dopiero kiedy udałyśmy się do prastarego lasu wawrzynowego wpisanego na listę dziedzictwa narodowego UNESCO, mój zachwyt nie miał umiaru. Szlak prowadzi do wodospadu Risco i 25 źródeł o długości 11 kilometrów. A wszędzie tropikalna natura.

Jeśli chodzi o plaże, to na Maderze są tylko dwie piaszczyste  – w Machico i Calheta. Na żadnej z nich nie byłyśmy, bo szkoda nam było czasu. Reszta plaż jest kamienista i żwirowa.

Zachwycającym miejscem na wyspie jest klif Cabo Girao, który jest najwyższym w Europie punktem widokowy z przeszkloną podłogą. Można z niego podziwiać przepiękny widok na malowniczy krajobraz Madery. Następne miejsce to Camara de Lobos – miasteczko portowe z cudownymi widokami i turkusową wodą. W Ponta do Pargo jest latarnia morska, a w jej pobliżu można oglądać wyjątkowy widok na zachodnie wybrzeże. Imponujący dla mnie był też płaskowyż Paul da Serra, który przypomina drogę na dzikim zachodzie. To pustkowie gdzie widać tylko niebo i dziką naturę.

Niewarte zobaczenia i rozczarowujące były Jaskinie i Centrum Wulkanologiczne w São Vicente.  

W ciągu 7 dni objechałyśmy całą wyspę. Nie zdążyłyśmy zobaczyć tylko Santany, czyli parku tematycznego z charakterystycznymi domkami. No cóż, trzeba wrócić. Może na starość? Co myślicie dziewczyny?


Granica siódma: chmury.

Jak jest się ponad nimi, to ma się ochotę wskoczyć w te puchowe kłębuszki. Takie mięciutkie, cieplutkie poduszeczki przypominające watę cukrową. W rzeczywistości jednak te chmury to potwory. Żartuje. Ale nie ma w nich na pewno nic słodkiego i miłego. Kiedy wjeżdża się w taką chmurę, nagle robi się zimno, szaro, wilgotno i mówiąc wprost brzydko. Jedyne, o czym się myśli, to jak najszybciej wyjechać spod chmury. Po tym szoku, którego doznałam, przyszedł czas na refleksje. Czy mieliście tak kiedyś, że coś wam się bardzo podobało i w waszych wyobrażeniach było takie piękne, wspaniałe, idealne, a w rzeczywistości okazywało się, że jednak nie do końca tak jest? Chmury stały się metaforą zawodu, który wykonuje. Marzyłam o robieniu dobrych filmów, z pięknym przesłaniem, o życiu, pomaganiu i dobroci. Oglądałam mnóstwo filmów, o tym, jak wspaniale współpracuje ekipa, jak jest miło i zabawnie. Byłam przekonana, że to idealna praca na zawsze. Patrząc z góry, wydawała się puchowym kłębuszkiem. Ale kiedy znalazłam się w środku, okazało się, że jest szaro, zimno, wilgotno i brzydko. Zamiast uśmiechów jest wszechobecne narzekanie, zamiast projektów zmieniających świat są projekty zmieniające moje myślenie o ludziach. Czasami tylko trafia się na wspaniałych mądrych ludzi, którzy mają podobne do ciebie wartości. Czasami to jednak za mało jak na jedno życie.


Dorota — producentka, z którą teraz pracuje, powiedziała mi kiedyś, żebym nigdy nie rezygnowała z żadnego wyjazdu w świat, bo skoro pojawia się na mojej drodze jakiś kierunek, to jest to po coś. Dokładnie tak było z Maderą. Granice, które musiałam przezwyciężyć, strach, który trzeba było pokonać i rzeczy, które musiałam zrozumieć. To jest to coś.

Życie jest jak droga z Pico do Arieiro na Pico Ruivo. Bywa z górki, lekko, przyjemnie, podziwiając piękne krajobrazy. Ale zdarza się również droga pod górkę, kiedy jest ciężko, szaro i nadziei brak. To ten moment, kiedy chcemy się poddać. Wtedy pojawiają się ludzie, którzy trwają przy tobie, mówiąc: „Zrób tylko jeden krok”. Nagrodą w bólach jest unoszenie się z ponad chmurami. To cena za wolność, którą jak nigdy mogłam poczuć. I kiedy już triumfujesz, otwierając szampana, uświadamiasz sobie, że musisz wrócić, a w trakcie drogi czekają cię znów wzloty i upadki. Życie jest jak poranki na Maderze. Im wcześniej wstaniesz, tym więcej zobaczysz, uważniej pomyślisz i głębiej w siebie zajrzysz. Życie jest jak drogi na wyspie. Kręte, wąskie, niebezpieczne i czasami trzeba komuś ustąpić, żeby przeżyć. Życie jest jak ocean w basenach wulkanicznych w Porto Moniz. Nie można w nim igrać z naturą. W życiu jest też jak z chmurami na Maderze. Czasami to, czego nie mamy, wydaje się być kolorowe i mięciutkie, a w rzeczywistości jest zupełnie na odwrót.

Życie jest wreszcie jak lądowanie na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk. Musisz być odważny, zaryzykować i zaufać, mimo że cholernie się boisz. To pokonywanie strachu i przekraczanie granic, sprawiają, że rośniemy, uczymy się i stajemy się silniejsi.

Follow:
Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *