ŚLADY

Praga mnie zdumiewa. Praga mnie nasyca. Praga zmusza mnie do myślenia. Praga uczy mnie obserwować i dostrzegać. Bywałam w różnych miejscach, na zapierających dech w piersiach plażach, w tajemniczych miastach i pięknych budynkach. Bywałam w miejscach w których, na samą myśl przechodzą dreszcze, strasznych, opuszczonych i zapomnianych. Moje odważne ufne serce, nieraz wystawiane było na próby. Byłam tam, gdzie, od progu czuje się życie i tam, gdzie nadzieja o życie wypełnia każdy kąt. Nigdy jednak nie byłam tak blisko śmierci, żeby przejść obok, poczuć jej zapach, a później długi niepokój, który po sobie zostawia.


ZANIM

Ten dzień nie był wyjątkowy, choć Praga nauczyła mnie już, że każdy dzień jest jedyny w swoim rodzaju. Po przeprowadzce z Ursynowa zamieszkałam na Pradze południe. Piękna, odnowiona kamienica wyróżnia się wśród starych sypiących się ceglanych budynków, dużych ogrodzonych domów i zieleni, która wydaje się wygrywać walkę z czasem i postępem. Na wprost jest dom do rozbiórki, obok kamienica w remoncie, a po drugiej stronie ceglak, w którym mieszkają prości ludzie grający codziennie w karty, pijący piwo i rozmawiający o tym, jak przeżyć do pierwszego. Wiem to, bo balkonik mojego trzydziestometrowego mieszkanka wychodzi na podwórko. Słyszę te dylematy, obawy i troski. Codziennie chodzę do pobliskiego parku, oddalonego o pięć minut spacerem, żeby pobujać się na huśtawce, patrząc w niebo i dziękując, że i do pierwszego i po pierwszym będzie dobrze. Do pracy idę pieszo osiem minut, na rondzie zazwyczaj spotykam Pana Stanisława, starszego Pana, akordeonistę, którego podświadomie traktuje jak ciepłego dziadzia, którego nigdy nie miałam. Czasami mówimy sobie tylko szybkie „dzień dobry”, innym razem zamienimy parę zdań, niekiedy trudno mi dojść na czas do pracy, bo Pan Stanisław opowiada tak ciekawe historie, że stoimy na tym rondzie całą wieczność. Po pracy zaglądam na targ, snując się między straganami, nie mogę się zdecydować. Kończy się zazwyczaj na sezonowych owocach, ale myślę, że niejeden duszę tam sprzedał, kupić bowiem można niemal wszystko. Wracając, przechodzę wąskimi uliczkami, z oczami jak pięciozłotówki, niczym dziecko odkrywające nowy świat. Brzmi to może bardzo literacko albo bajecznie, ale wszystkie miejsca, w których mieszkałam dotychczas to bloki z płyty, pozbawione duszy i historii, choć pełne bezpieczeństwa i spokoju.

Mam wrażenie, że tutaj, na Pradze zamiast spokoju jest tajemnica. Zamiast bezpieczeństwa przygoda. Choć tajemnice bywają bolesne, a przygody smutne. O tym, przekonałam się właśnie wtedy. Wracam do domu z pracy i pierwszy raz, tutaj czuje prawdziwą niepewność. Nie wiem, o co chodzi, może to ta furtka, która zawsze jest zamknięta, a dziś jest otwarta na oścież, wzbudziła moje obawy. W domu nalewam wody i zabieram się do pisania, nie pisałam już dawno, mam duże wyrzuty sumienia. Siadam na moim fotelu marzeń i zanim zdążę napisać zdanie, słyszę jak do sąsiadów na zewnątrz puka policja. Policji boję się od dziecka, wzbudza we mnie jakiś nieokiełznany strach i obawę, że albo stało się, albo zaraz stanie się coś złego. Moja intuicja od wejścia się nie myli, ale przecież nic nie zrobię, więc wracam do pisania. Pustka. Nie wytrzymam, idę na spacer. Kiedy wracam, po godzinie policja nadal stoi przed klatką. Mam ochotę zapytać co się dzieje, ale dzisiaj już chyba do końca dnia będę tchórzem.


SKOŃCZY SIĘ

Niedługo potem przychodzi Magda moja przyjaciółka, siadamy na balkonie, popijając wino, rozmawiamy o wszystkim. W pewnym momencie zaczynam dostrzegać zapach, który jest mi całkowicie nieznajomy. Nie mówię o tym głośno, choć serce bije mi jak oszalałe. Po prostu czuje całą sobą, że coś jest nie tak. To już północ mówi Magda, informując mnie, że wychodzi. Odprowadzam ją do furtki, choć nie z grzeczności, a ze strachu, którego nigdy nie czułam tak intensywnie. Na klatce czuje smród, to ten sam zapach, choć mocno intensywny, który unosił się w powietrzu, kiedy siedziałyśmy na balkonie. Żegnam się z Magdą przed furtką, gdzie stoi zaparkowany duży samochód. Jeszcze nie łącze faktów, choć nie wiedząc czego, boje się jak małe dziecko. Odwracam się, aby wrócić do domu i mój wzrok przykuwa napis na dużym czarnym samochodzie. To „zakład pogrzebowy”.

Nie mogę spać. Jestem w panice, płacze i naprawdę potrzebuje, aby ktoś mnie przytulił. Łącząc wszystkie spostrzeżenia, moja świadomość już jest pewna. Zmarł tutaj człowiek, a zapach śmierci wypełnił cały korytarz. Nie mogę zrozumieć, co śmierć robiła tak blisko i po co przyszła dzisiaj, i czemu przyszła tutaj. Zadaje pytania w przestrzeń niczym małe dziecko. „Czemu ten człowiek zmarł?”, „Czy musiał w tej kamienicy, nie mógł w szpitalu?”, „Jak to się stało i dlaczego?”, „Czy może to był ktoś samotny, kogo nikt nie uratował na czas”, “A jeśli to byłabym ja? Nikt przecież ze mną nie mieszka, nie sprawdza codziennie, czy żyje”. Jakoś zasypiam, choć z pytaniami, bez odpowiedzi. Następnego dnia opowiadam wszystkim napotkanym ludziom, o tym, że ktoś umarł wczoraj. I nic. I słyszę tylko, że to się zdarza, że ciągle umierają ludzie, że to normalne. Ale jak normalne, jak ja nie mogę tego przeżyć?


NA ZAWSZE

I znowu mam wrażenie, że nic nie dzieje się bez powodu. Przecież nie bez przyczyny za ścianą umiera człowiek. A moje serce w jakimś celu wali jak szalone, po coś się przecież boje i coś muszę zrozumieć. Najbliższe kilka dni to nieustanny proces myślenia i zadawania sobie pytań. Niewątpliwie przeżyłam to bardzo. Osobiście, emocjonalnie i mocno. Na domiar złego Pan Stanisław nie pojawiał się przez kilka dni. Brakowało mi go, choć przecież jest obcym człowiekiem, który gra na ulicy, bo nie stać go na leki dla niego i żony. Wrażliwość to trudna cecha, wytrącająca z równowagi, pozbawiona dystansu i spokoju.

Od tego zdarzenia minęło już kilka dni. Dopiero dziś wrócił Pan Stanisław, który jak się okazało, nie pojawiał się ze względu na upały. Pogadałam z nim chwilę, dał mi artykuł z gazety o sobie i powiedział, że żona czuje się lepiej. Wracając, jakby mnie olśniło. Zdałam sobie sprawę z tego, że owszem pewnego dnia wszyscy umrzemy. Jednak ci, którzy są w ruchu, zostawiają ślady i później wracając po nich, nigdy nie umrą. Ślady to rzeczy, którymi zapisujemy się na kartach historii i w sercach ludzi. Jeśli pamięć o nas będzie trwać, to wrócimy w te same miejsca po śladach, które zostawimy w pamięci innych. Wspomnienia, które pozostawimy w innych ludziach będą trwać tak długo, jak długo żyje człowiek i jak długo będą przekazywane kolejnym. To wszystko oznacza, że po pierwsze, aby pozostawiać trwałe ślady, trzeba robić dobre rzeczy i być dobrze zapamiętanym. Po drugie nikt nie może mieszkać sam, bo jak się coś stanie, to nie ma nikogo, kto nas uratuje. I po trzecie już, ten człowiek, który umarł tu blisko, uświadomił mi, że nic nie jest dane na zawsze i że ten dzień, który wydawał się być normalnym, był jedyny w swoim rodzaju.

Dzisiaj poszłam do parku odrobinę później, ale dziękowałam już nie tylko za to, że będzie dobrze, ale za to, że dobrze jest.

Follow:
Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *