WDZIĘCZNOŚĆ NA DZIŚ: CUD.

Dzieciństwo to czas, który pamięta się do końca życia. Pierwsze kroki, śpiew mamy i wypowiedziane słowa. Niespodziewane upadki, łzy i odkrywanie świata. Dokładne przyglądanie się swoim bliskim i zauważenie, że nie wszyscy jesteśmy tacy sami. Bezwarunkowa miłość, świeżość chłonnego umysłu, nowi przyjaciele. Ortodonta, gimnastyka korekcyjna i leżakowanie. Nagrywanie audycji, pisanie pamiętników, marzenia o scenie. Walka o bliskich i tłumaczenie słabości. Pierwszy Bóg i pierwsza utrata wiary.
Kiedy mój brat zachorował nie mogłam zrozumieć, dlaczego nas to spotkało. Wydawało się to najgorszą karą na ziemi. Choroba, która zabiera radość, spontaniczność, wiarę i możliwości. Nie dało się tego wyjaśnić i nie dało się ustalić kto za tym stoi. Dlaczego my? Co poszło nie tak? Codziennie pojawiało się mnóstwo nowych pytań, bez odpowiedzi.
Ale im więcej czasu poświęcaliśmy na zadawanie pytań i odzyskanie tego, co już dawno zostało nam zabrane, tym mniej tak naprawdę dostrzegaliśmy i więcej tego czasu przeciekało między palcami.

Byłam dzieckiem, a kazano mi rozumieć, coś, czego dorosły umysł nie mógł pojąć.
Życie dało mi rodzeństwo, ale nie pozwoliło nigdy z nim porozmawiać. Dostałam starszego brata, ale nie doświadczyłam zaufania i braterskiej miłości. Otrzymałam siłę, ale nie jego mocne ramiona i wsparcie. Oddałabym całe złoto milczenia za jedno wypowiedziane siostrzyczko. I wszystkie pieniądze świata za wyłącznie jeden uścisk dłoni.
Dawno temu myślałam, że zjawiłam się na ziemi, żeby uratować brata. I choć oddałabym za niego swoje życie, to okazuje się, że ostatecznie nie taki był plan.
Każde uderzenie ludzkiego serca jest kosmosem możliwości. I każde uderzenie serca jest cudem. Serce mojego brata szybko pozwoliło mi zrozumieć, że dopiero, kiedy pojmę, że we wszystkim można dostrzec cud, wtedy zrozumiem, jak to jest, że jego serce tłumaczy wszechświat.
Nie zjawiłam się na ziemi, aby uratować brata, ale chodziło o to, że ja po prostu mam brata.

Za cel nadrzędny postawiłam sobie niezależność. Mam w życiu dużo cudów. Cud zdrowia i szczęścia. Mnóstwo determinacji i samodzielności. Doświadczenie waleczności od dziecka ukształtowało silną i mądrą kobietę, która do wszystkiego chciała dochodzić sama. Długo nie umiałam przyjąć pomocnej dłoni, bo choć miłość do innych wyssałam z mlekiem matki, to nigdy nie nauczyłam się kochać siebie. Każdy z nas boryka się z innymi problemami, mamy kompleksy, ale każdy z nas ma również wewnętrzną siłę, która pomaga nam je pokonać. Bo życie to walka, niezależność zyskują w nim ci, którzy nauczą się kochać siebie. Przestałam więc udawać, że wszystko jest w porządku, jeśli się boje okazuje strach, uwalniam go i idę dalej. Jestem tylko człowiekiem, jestem wrażliwa, płacze i łatwo mnie zranić. Nie różnie się od innych. Przyznaje się – jestem słaba. Ale przecież nikt nikogo nie powinien osądzać, bo nikt nie może spojrzeć na świat czyimiś oczami, to co mówię, jest prosto z serca.


Z serca płynie też pasja, coś, czego nikt za żadne skarby nie może nam odebrać. Coś, czego szukamy całe życie, ale kiedy odnajdujemy to, wiemy, że to właśnie to. Z pasji zaczęłam robić filmy i z pasją wykonuje swój zawód kierownika produkcji. Choć to taki podły zawód, który coraz lepiej rozumiem. Rodzice wychowali mnie na dobrego człowieka, ale teraz wiem, że w interesach grzeczność się nie sprawdza, oczywiście należy postępować uczciwie i kulturalnie, ale ludzie uprzejmi często muszą iść na ustępstwa, a tutaj trzeba być twardym. Kobietom w tym świecie jest znacznie trudniej. Uczę się tego.


Cudem są też marzenia. Późno zorientowałam się, że nie mają żadnej wielkiej mocy, magicznego sprawstwa, nie są nieosiągalnymi gwiazdkami z nieba. To po prostu, tylko i wyłącznie rzeczy, które trzeba zrealizować, tylko po to, aby je spełnić. Kiedy marzenia stały się planami, wszystkie realizowałam w mgnieniu oka. Chciałam rzeczy nieosiągalne, miałam je. Spełnianie marzeń dawało mi szczęście. A wtedy będąc sama, w Warszawie zrozumiałam, że szczęście jest prawdziwe, tylko wtedy, kiedy je dzielimy z innymi.
Nie wszystko w życiu musi mieć sens.
Ale absolutnie wszystko, co robimy, ma określony wpływ na nasz świat wewnętrzny i każdym działaniem tworzymy naszą rzeczywistość. Choć najważniejszym decyzjom w życiu nie towarzyszą fanfary, czasem podejmuje się je nieświadomie.

Nie wiem, dlaczego mam w życiu tyle szczęścia, może dzięki temu, że modli się za mnie moja mama. W najtrudniejszych chwilach, kiedy byłam pewna, że sobie nie poradzę czułam, że Bóg istnieje i nieważne dokąd pójdę, bo wszędzie czuje jego obecność.
Cudem jest też śmierć. Nie może być przecież mowy o prawdziwym szacunku dla życia, zarówno swojego i innych, dopóki nie stanie się twarzą w twarz z własnym przemijaniem. Kiedy się to zrobi, zaczyna się patrzeć na świat w nowy, o wiele głębszy sposób.
Cudem są też przyjaciele, którzy kochają cię za każdą twoją wadę i wywołują uśmiech, nawet jak wali się świat. Oni uczą zaufania, zarówno wzajemnego, jak i tego do siebie, bo kiedy szukamy odpowiedzi na pytania, które nas dręczą, poznajemy ludzi i nie potrzebujemy odpowiedzi.

Cudem wreszcie jest życie. Każde życie. Nawet takie, jak życie mojego brata, które jest niedoskonałe.
I cudem jest pisanie. Jeżeli nie urodziłam się po to, aby uratować brata, to jakiś wewnętrzny szelest daje znać, że mówię też jego głosem. Pierwszy pamiętnik zaczęłam pisać, jak miałam siedem lat. Zrezygnowałam z papieru w wieku 14 lat, kiedy założyłam bloga. Świadomość dzielenia się swoimi przemyśleniami z innymi dodawała pisaniu sensu. Chociaż z polskiego miałam zawsze dobre stopnie, pisać w ojczystym języku nie jest łatwo, dzielenie się swoimi przemyśleniami to wystawianie się na wstyd, a pokusa skasowania całości jest super, ale zapomnijcie każde słowo, jakie w życiu napisałam, bo dzisiaj zaczynam od nowa.
Follow:
Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *